Moje świadectwo o tym, jak Chrystus nauczył mnie rozumieć grzech, tożsamość i prawdziwą wolność
Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że odnalazłam swoje prawdziwe "ja". Nie uważałam się za osobę zmagającą się z pociągiem do kobiet. Nie postrzegałam siebie jako kogoś rozdartego wewnętrznie. Wręcz przeciwnie – moje życie wydawało mi się spójne, sensowne i szczęśliwe.
W wieku około trzydziestu lat weszłam w pierwszy związek homoseksualny. Otworzył on przede wszystkim moje serce na nowy sposób patrzenia na siebie. Nie chodziło wyłącznie o seksualność. Pociągało mnie wszystko, co wiązało się z kobiecym światem: bliskość, rozmowy, wspólnota, budowanie domu, wspólnego życia i środowiska ludzi myślących podobnie.
Byłam wykładowczynią literatury angielskiej. Fascynowała mnie filozofia postmodernizmu. Wierzyłam, że człowiek sam tworzy swoją tożsamość. Sprzeciwiałam się wszelkim wielkim narracjom, które twierdziły, że istnieje jedna prawda obowiązująca wszystkich. Chrześcijaństwo uważałam właśnie za taką opresyjną narrację.
Nie czułam się ofiarą. Nie czułam się zniewolona. Nie czułam też potrzeby zmiany.
Dopiero spotkanie z żywym Chrystusem pokazało mi, jak bardzo można się mylić co do własnego serca.
Nawrócenie nie zakończyło walki
Wielu ludzi wyobraża sobie, że nawrócenie natychmiast usuwa wszystkie niewłaściwe pragnienia. Moje doświadczenie było zupełnie inne.
Kiedy Pan otworzył moje oczy na Ewangelię, pojawiła się ogromna radość, ale również głęboki ból. Po raz pierwszy zobaczyłam swój grzech jako bunt przeciwko świętemu Bogu.
Jednocześnie pozostały pytania.
Jaka dziedzina właściwie wymaga opamiętania?
Czy grzechem są wyłącznie czyny?
A może również pragnienia?
Co zrobić z poczuciem własnej tożsamości, które przez lata budowałam wokół homoseksualizmu?
Czy wystarczy zmienić zachowanie?
Czy Bóg oczekuje czegoś znacznie głębszego?
To były pytania, na które nie znajdowałam prostych odpowiedzi.
Spotkanie z Johnem Owenem
Przyjaciel polecił mi wtedy siedemnastowiecznego purytanina, Johna Owena. Początkowo czytałam go z oporem.
To, co ja nazywałam swoją osobowością, Owen nazwał... mieszkającym we mnie grzechem.
Brzmiało to brutalnie.
A jednak z czasem zrozumiałam, że właśnie tutaj znajduje się odpowiedź na współczesny chaos dotyczący seksualności.
Owen nie sprowadza grzechu jedynie do pojedynczych czynów.
Pokazuje, że istnieje coś głębszego.
Biblia nazywa to grzechem mieszkającym w człowieku.
Apostoł Paweł opisuje to niezwykle szczerze:
"Albowiem nie czynię dobrego, które chcę, ale złe, którego nie chcę, to czynię. A jeśli czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, lecz grzech, który mieszka we mnie." (Rzymian 7:19–20)
BWP: (19) Nie czynię bowiem dobra, którego pragnę, lecz dopuszczam się zła, którego przecież nie chcę. (20) Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, to już nie ja dopuszczam się tych czynów, lecz grzech, który we mnie mieszka.
Nie jest to usprawiedliwienie grzechu. To jego diagnoza.
Nawrócony człowiek odkrywa, że w jego wnętrzu nadal działa stara natura.
Nie oznacza to jednak, że grzech stał się jego nową tożsamością. Wręcz przeciwnie.
Oznacza to, że rozpoczęła się wojna.
Pierwsza lekcja – zagłodź grzech
Owen uczył, że grzech przypomina pasożyta.
Pasożyt żyje tylko wtedy, gdy jest karmiony.
Jeżeli karmimy swoje pożądliwości obrazami, fantazjami, rozmowami, muzyką czy wspomnieniami, nie możemy oczekiwać zwycięstwa.
Dlatego pierwszą odpowiedzią nie jest silniejsza samodyscyplina.
Pierwszą odpowiedzią jest karmienie nowego człowieka.
Słowo Boże jest pokarmem dla nowego życia, ale jednocześnie trucizną dla grzechu.
Z czasem odkryłam niezwykłą wartość śpiewania Psalmów.
Psalm po Psalmie Boże Słowo zaczynało kształtować moje emocje.
Nie tylko uczyłam się nowych prawd.
Zmieniały się moje pragnienia.
Nie stało się to w jeden dzień.
Ale Duch Święty przez swoje Słowo wykonywał pracę, której sama nigdy nie mogłabym dokonać.
Druga lekcja – nazwij grzech po imieniu
Współczesna kultura uwielbia oswajać grzech.
Nadajemy mu łagodniejsze nazwy.
Mówimy o "orientacji", "autentyczności", "stylu życia", "potrzebie bliskości", "odnajdywaniu siebie".
Owen ostrzegał, że grzech jest jak mały tygrys przyniesiony do domu.
Jeżeli nazwiemy go "Puszkiem" i będziemy go głaskać, pewnego dnia odkryjemy, że wyrósł i właśnie nas pożera.
Tak działa każdy grzech. Nie tylko homoseksualizm. Pycha. Pożądliwość. Chciwość. Gniew. Zazdrość. Plotkarstwo. Każdy grzech obiecuje pokój. Każdy prowadzi do niewoli.
Największym niebezpieczeństwem jest nauczyć się z nim współżyć.
Biblia nigdzie nie zachęca wierzących do pokojowego współistnienia z grzechem.
Trzecia lekcja – grzechu nie można oswoić, trzeba go uśmiercić
Owen słynął z tego zdania:
"Uśmiercaj grzech, albo grzech uśmierci ciebie."
Brzmi ostro.
Ale właśnie tak mówi apostoł Paweł:
"Jeśli Duchem uśmiercacie uczynki ciała, żyć będziecie." (Rzymian 8:13)
Nie chodzi tutaj o ascetyzm ani o nienawiść do własnego ciała. Chodzi o codzienne odrzucanie wszystkiego, co sprzeciwia się Chrystusowi. Nasza tożsamość nie pochodzi z naszych pragnień. Nasza tożsamość pochodzi z naszej jedności z Chrystusem.
Rzymian 6 przypomina, że wraz z Chrystusem zostaliśmy ukrzyżowani, pogrzebani i wzbudzeni do nowego życia.
Krzyż nie jest jedynie przebaczeniem. Krzyż jest także końcem starego panowania grzechu. Szatan często próbuje wykorzystać nasze upadki.
Mówi:
"Popatrz na siebie.
Czy naprawdę jesteś dzieckiem Bożym?"
Najlepszą odpowiedzią nie jest zaprzeczanie grzechowi.
Najlepszą odpowiedzią jest przyznanie: "Tak. To rzeczywiście był grzech. Ale Chrystus zapłacił za niego swoją krwią. Nie należę już do grzechu ale do Chrystusa."
Czwarta lekcja – pielęgnuj nowe życie
Chrześcijaństwo nie polega jedynie na ciągłym mówieniu "nie". To tylko połowa obrazu. Druga połowa to rozwijanie nowego życia. Purytanie używali dwóch określeń:
mortification – uśmiercanie grzechu,
vivification – ożywianie nowego człowieka.
Jedno bez drugiego prowadzi do wypaczeń.
Jeżeli jedynie walczymy z grzechem, łatwo popadniemy w legalizm.
Jeżeli natomiast mówimy wyłącznie o Bożej miłości, a nie walczymy z grzechem, kończymy w kompromisie.
Duch Święty nie tylko odbiera stare pragnienia. On tworzy nowe.
Thomas Chalmers nazwał to "wypierającą mocą nowego uczucia".
Silniejsza miłość do Chrystusa stopniowo wypiera dawne przywiązania. Nie dzieje się to mechanicznie. Nie zawsze szybko. Ale dzieje się naprawdę.
Ta walka dotyczy każdego wierzącego
Moje świadectwo dotyczy homoseksualizmu, ale zasada jest znacznie szersza. Każdy chrześcijanin posiada swoje "ulubione grzechy". Każdy nosi w sobie coś, co chce zająć miejsce Boga. Dlatego nauczanie Owena nie jest przeznaczone jedynie dla osób zmagających się z grzechami seksualnymi. Jest podręcznikiem duchowej walki dla całego Kościoła.
Jednak najpierw potrzebne jest nowe serce
John Owen podkreślał coś niezwykle ważnego. Człowiek nieodrodzony nie jest w stanie naprawdę uśmiercać grzechu. Może zmieniać zachowania. Może ograniczać pewne nałogi. Może poprawiać moralność. Nie potrafi jednak zmienić serca.
Dlatego największą potrzebą niewierzącego nie jest samokontrola. Jest nią nowe narodzenie.
Dopiero Duch Święty daje nowe życie, nowe pragnienia i nową zdolność do walki z grzechem.
Bez tego wszystkie wysiłki przypominają ścinanie chwastów, których korzeń pozostaje nienaruszony.
Ślepa uliczka i prawdziwy dom
Przez wiele lat wierzyłam, że seksualna autonomia prowadzi do wolności. Dzisiaj wiem, że prowadziła mnie do ślepej uliczki. Grzech zawsze obiecuje więcej, niż może dać. Obiecuje wolność, a daje niewolę. Obiecuje spełnienie, a pozostawia pustkę. Obiecuje tożsamość, a odbiera prawdziwe poznanie siebie.
Chrystus zrobił coś odwrotnego.
Najpierw odebrał mi wszystko, na czym budowałam swoje życie. Potem dał mi samego siebie. Z początku było to przerażające. Dzisiaj wiem, że było największym darem, jaki mogłam otrzymać.
Dziś stoję w jednej linii z Marią Magdaleną. Ewangelia przyszła do mnie z łaską, ale i z wezwaniem do nieustannej wojny z grzechem. Na tym polu bitwy Bóg dał mi niezwykłe pragnienie stania się pobożną kobietą, a z czasem – żoną pobożnego męża.
Jedność ze zmartwychwstałym Chrystusem oznacza, że moje dawne życie zostało przybite do krzyża. Nie mogę już wrócić do tego, kim byłam. I nie chcę.
Bo odkryłam, że Ewangelia zawsze prowadzi naprzód. Nigdy wstecz. Prawdziwy dom nie znajduje się za nami. Jest przed nami.
Każdego dnia, wyłącznie dzięki łasce Bożej, uczę się żyć jako córka Króla. Moją tożsamością nie są moje dawne grzechy ani obecne pokusy. Moją tożsamością jest Chrystus. To On jest moją sprawiedliwością, moją nadzieją i moją przyszłością.
Dlatego nawet najtrudniejsza wojna z grzechem nie kończy się rozpaczą, lecz nadzieją. Tam, gdzie grzech prowadzi do ślepej uliczki, Ewangelia otwiera drogę do życia, pokoju i radości w społeczności z Bogiem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz