środa, 1 lipca 2026

William Mitchell Ramsay - "..udowodnię, że Biblia to mit..."



William Mitchell Ramsay - 1850-1939 brytyjski archeolog 

„Nie chciał uwierzyć. Chciał obalić.”

– Wierzy Pan, że te wszystkie historie z Biblii wydarzyły się naprawdę? – zapytał student swojego starszego profesora podczas przerwy na uniwersytecie.

– A dlaczego pytasz? – odpowiedział profesor.

– Bo wydaje mi się, że gdyby ktoś dokładnie zbadał te opowieści, wszystko by się rozsypało. Zwłaszcza historia o zmartwychwstaniu. Przecież to brzmi jak legenda.

Profesor uśmiechnął się.

– Wiesz, podobnie myślał pewien człowiek ponad sto lat temu. Nazywał się William Mitchell Ramsay. Był wybitnym archeologiem, historykiem i znawcą starożytności. Studiował na najlepszych uczelniach swoich czasów. Wychowany został w atmosferze krytycznego podejścia do Biblii. Uważano wtedy, że szczególnie księga Dziejów Apostolskich jest pełna błędów, legend i pobożnych wymysłów.

– I co odkrył?

– Odkrył coś, czego wcale nie chciał odkryć.

William Ramsay nie wyruszył na Bliski Wschód, aby udowodnić prawdziwość Biblii. Wyruszył, aby wykazać jej błędy. Przez lata przemierzał Azję Mniejszą, badał ruiny starożytnych miast, odczytywał inskrypcje, analizował dokumenty i porównywał je z opisami Łukasza zawartymi w Dziejach Apostolskich.

Spodziewał się znaleźć nieścisłości.

Zamiast nich znajdował potwierdzenia.

Im głębiej kopał w ziemi, tym bardziej podkopywane były jego własne przekonania.

Dzieje Apostolskie okazały się zadziwiająco dokładne.

Łukasz nie pisał jak człowiek tworzący legendę. Pisał jak świadek historii.

Spójrzmy tylko na kilka przykładów.

W Dziejach Apostolskich 13:7 prokonsulem Cypru nazwany jest Sergiusz Paweł. Przez lata krytycy twierdzili, że Łukasz użył niewłaściwego tytułu urzędniczego. Późniejsze odkrycia archeologiczne potwierdziły jednak, że właśnie taki tytuł nosił rzymski zarządca Cypru.

W Dziejach Apostolskich 19:31 pojawia się niezwykłe określenie „azjarchowie” – wysocy urzędnicy prowincji Azji. Krytycy uznawali ten termin za błąd. Później odkryto liczne inskrypcje potwierdzające istnienie dokładnie takiego urzędu.

W Dziejach Apostolskich 17:6 władze Tesaloniki nazwane są „politarchami”. Przez długi czas nie znaleziono takiego tytułu nigdzie poza Biblią. Dzisiaj archeolodzy odkryli dziesiątki inskrypcji zawierających właśnie ten termin, szczególnie w Macedonii.

Łukasz znał nie tylko miasta i urzędy. Znał drogi, odległości.

Znał zwyczaje żeglugi. Znał lokalne warunki polityczne. Znał kolejność odwiedzanych miejsc. Znał nawet zmieniające się granice administracyjne prowincji.

Dla człowieka siedzącego wiele lat później przy biurku byłoby niemal niemożliwe odtworzenie tylu szczegółów bez popełniania błędów.

Ramsay doszedł do wniosku, że Łukasz należy do najwybitniejszych historyków starożytności.

Ale najważniejsze pytanie nie dotyczyło tytułów urzędników.

Nie chodziło o nazwy miast ani o starożytne inskrypcje.


Te szczegóły prowadziły do większego problemu.

Jeżeli Łukasz był tak dokładny tam, gdzie możemy go sprawdzić, to co zrobić z tym, czego nie możemy wykopać z ziemi?

Co zrobić z jego świadectwem o pustym grobie?

Co zrobić z jego opisem spotkań ze zmartwychwstałym Chrystusem?

Co zrobić z tysiącami ludzi, którzy nagle zaczęli głosić, że Jezus żyje?

Dzieje Apostolskie nie opisują grupy ludzi zdobywających władzę lub bogactwo.

Opisują ludzi gotowych cierpieć. Bitych. Więzionych. Wypędzanych ze swoich domów. Wyśmiewanych. A wielu z nich ostatecznie zabitych za swoje wierne świadectwo.

Trudno uwierzyć, by tylu ludzi oddawało życie za coś, o czym wiedzieli, że jest oszustwem. Apostołowie twierdzili coś bardzo prostego:

„Tego Jezusa wskrzesił Bóg, czego my wszyscy świadkami jesteśmy” (Dz. 2:32).

Nie mówili: „Tak nam się wydaje”. Albo: „Mamy piękną filozofię”.

Mówili: „Widzieliśmy Go.”

1 Jana 1 (1)Ogłaszamy wam to, co było od początku, o czym usłyszeliśmy, co zobaczyliśmy na własne oczy, czemu się przyglądaliśmy i czego dotknęły nasze ręce, a co odnosi się do Słowa życia. (2)  Życie bowiem zostało objawione! Poświadczamy to jako naoczni świadkowie! I przynosimy wam wieść o tym życiu wiecznym! Było ono u Ojca, lecz zostało nam objawione. (3)  To zatem, co zobaczyliśmy i o czym usłyszeliśmy, przekazujemy wam...

Właśnie dlatego chrześcijaństwo nie zaczyna się od ślepej wiary.

Zaczyna się od faktu. Od wydarzenia. Od pustego grobu. Od zmartwychwstałego Chrystusa.

William Ramsay nie planował zostać obrońcą wiary chrześcijańskiej.

Chciał wręcz obalić jej fundament.

Jednak to nie dowody ugięły się pod ciężarem jego sceptycyzmu.

To jego sceptycyzm ugiął się pod ciężarem dowodów.


I tu pojawia się pytanie dla każdego z nas.

Nie brzmi ono: „Czy istnieją wystarczające dowody?”

Pytanie brzmi raczej:

„Co zrobię z dowodami, które już otrzymałem?”

Bo największym problemem człowieka często nie jest brak światła.

Problemem jest niechęć pójścia za światłem tam, dokąd prowadzi.

Jezus powiedział:

„Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11:25).

Jeżeli Chrystus rzeczywiście zmartwychwstał, to nie jest tylko postacią historyczną.

Jest żyjącym Panem.

A jeśli jest żyjącym Panem, to domaga się od nas nie tylko podziwu dla dowodów, ale odpowiedzi serca.

Dowody, owszem, mogą doprowadzić człowieka pod sam krzyż.

Ale tylko wiara może sprawić, że uklęknie pod tym krzyżem, przed swoim Zbawicielem.


wtorek, 30 czerwca 2026

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy” - ale czy na pewno wszyscy?



Pewnego dnia po nabożeństwie podszedł do mnie człowiek i mówi:

— Jezus powiedział: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy”. To znaczy, że decyzja należy do człowieka. Jeśli ktoś chce, przyjdzie. Jeśli nie chce, nie przyjdzie. Nie potrzeba żadnego szczególnego działania Boga.

Na to odpowiadam:

— A dlaczego jeden chce przyjść, a drugi nie chce? Dlaczego dwaj ludzie słyszą tę samą Ewangelię, siedzą w tej samej ławce, słuchają tego samego kazania, a jeden wychodzi skruszony, a drugi obojętny?

— Po prostu, bo jeden z nich podjął właściwą decyzję.

— No dobrze, ale skąd wzięła się ta właściwa decyzja? Czy człowiek z natury szuka Boga? Czy serce grzesznika samo z siebie pragnie Chrystusa?

Zapadła chwila ciszy...

To właśnie pytanie prowadzi nas do jednego z najgłębszych tematów Pisma Świętego: dlaczego jedni przychodzą do Chrystusa, a inni pozostają daleko?

Zaproszenie dla wszystkich

Nikt nie powinien mieć wątpliwości: Ewangelia jest zaproszeniem skierowanym do wszystkich ludzi.

Pan Jezus powiedział:

„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie.” (Mt 11,28)

Kościół nie ma prawa wybierać, komu głosić Ewangelię. Nie mamy mówić: „Temu tak, a temu nie”. Każdy człowiek powinien usłyszeć wezwanie do opamiętania i wiary.

Gdy głosimy Ewangelię, możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć każdemu:

„Jeżeli przyjdziesz do Chrystusa, On cię nie odrzuci.”

To nie jest tylko nasze przypuszczenie. To obietnica samego Pana:

„Tego, który do mnie przychodzi, nie wyrzucę precz.” (J 6:37)

Każdy, kto przychodzi do Chrystusa, znajduje przebaczenie, łaskę i życie.

Ale pozostaje pytanie: dlaczego jedni przychodzą, a inni nie?

Diagnoza Jezusa

Współczesny człowiek lubi myśleć o sobie jako o kimś duchowo neutralnym.

Mówi:

„Jeżeli będę chciał, uwierzę. Jeżeli nie będę chciał, nie uwierzę.”

Jednak Jezus przedstawia inną diagnozę.

Powiedział:

„Nikt nie może przyjść do mnie, jeśli mu to nie jest dane od Ojca.” (J 6:65)

Zwróćmy uwagę na słowa „nie może”.

Jezus nie mówi tylko, że człowiek „nie chce”. Mówi, że nie może.

Problem nie leży wyłącznie w braku informacji. Problem tkwi w sercu.

Człowiek upadły jest jak Łazarz w grobie. Nie potrzebuje jedynie słów zachęty. Potrzebuje słowa życia.

Martwy człowiek nie odrzuca pomocy dlatego, że ją dokładnie przemyślał. On nie reaguje dlatego, że jest martwy.

Podobnie grzesznik potrzebuje czegoś więcej niż argumentów. Potrzebuje działania Ducha Świętego.

Rolnik i tajemnica wzrostu

Paweł używa pięknego obrazu.

Mówi:

„Ja zasadziłem, Apollos podlał, ale Bóg dał wzrost.” (1 Kor 3:6)

Wyobraźmy sobie rolnika. Wychodzi na pole i rozsiewa ziarno.

Nie wybiera tylko najlepszych miejsc. Sieje szeroko.

Potem czeka.

Nie potrafi stworzyć życia wewnątrz ziarna. 

Nie może nakazać deszczowi, aby spadł. 

Nie może rozkazać słońcu, by ogrzało ziemię.

Wszystko, co może zrobić, to wiernie siać i czekać.

Tak samo jest z głoszeniem Ewangelii.

Naszym zadaniem jest siać.

Mamy wołać do ludzi:

„Przyjdź do Chrystusa!”

Ale tylko Bóg może sprawić, że martwe serce zacznie bić dla Niego.

Tylko łaska może dać to, co jest wymagane...

To jedna z najpiękniejszych prawd Ewangelii.

Bóg nie tylko nakazuje wierzyć.

Bóg daje także zdolność do wiary.

Nie tylko mówi: „Przyjdź.”

On również otwiera oczy, zmiękcza serce i wzbudza pragnienie przyjścia.

Podobnie jest z każdym Bożym przykazaniem.

Bóg mówi: „Bądźcie świętymi.”

A jednocześnie daje Ducha Świętego, który uświęca.

Bóg mówi: „Opamiętajcie się.”

A jednocześnie daje skruszone serce.

Bóg mówi: „Uwierzcie.”

A jednocześnie daje wiarę.

Całe zbawienie jest od początku do końca dziełem łaski.

Dlatego nikt w niebie nie będzie mógł powiedzieć:

„Jestem tutaj, bo byłem różsądniejszy od innych.”

Wszyscy będą śpiewać tę samą pieśń (Ap.5:12): „Godzien jest ten Baranek zabity wziąć moc i bogactwo, i mądrość, i siłę, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo..”

Dlaczego to ma znaczenie?

Ta prawda daje niezbędną dla królewskiego przyjęcia szatę pokory.

Gdy patrzymy na własne nawrócenie, nie możemy chlubić się sobą i swoimi zasługami.

Nie możemy mówić: „Byłem bardziej rozsądny niż inni.”

Mówimy raczej: „Panie, dziękuję, że otworzyłeś moje oczy.”


Ta prawda daje również nadzieję w ewangelizacji.

Być może modlisz się za dziecko, współmałżonka albo przyjaciela, który od lat odrzuca Ewangelię.

Gdyby zbawienie zależało wyłącznie od ludzkiej decyzji, moglibyśmy rozpaczać.

Ale skoro Bóg potrafi otworzyć najtwardsze serce, nigdy nie tracimy nadziei.

Przecież otworzył serce Lidii.

Przemienił prześladowcę Saula.

Przyprowadził do siebie łotra na krzyżu.

I nadal czyni to samo.

Zakończenie

Wyobraźmy sobie jeszcze jedną scenę.

Po kazaniu młody człowiek siedzi sam w ławce. W jego sercu toczy się walka. Wie, że powinien przyjść do Chrystusa, ale boi się. Myśli o swoich grzechach, porażkach i latach zmarnowanego życia.

Podchodzi do niego starszy wierzący.

— O czym tak myślisz?

— Zastanawiam się, czy Chrystus przyjąłby kogoś takiego jak ja.

— A dlaczego miałby nie przyjąć?

— Za dużo złego zrobiłem.

— Czy słyszałeś dzisiaj, co powiedział Jezus?

— Które słowa?

— „Tego, który do mnie przychodzi, precz nie odrzucę.”

— Ale skąd mam wiedzieć, czy jestem jednym z tych, których Ojciec daje Synowi?

Starszy brat uśmiechnął się.

— Nie próbuj zaglądać do księgi Bożych tajemnic. Tam, Bóg nie kazał nam szukać odpowiedzi. Kazał nam patrzeć na Chrystusa.

— Ale co konkretnie mam zrobić?

— To, co mówi Ewangelia. Opamiętaj się. Uwierz w wystarczalność Jezusa. Przyjdź do Niego ze wszystkim, co masz w sercu...

— A jeśli nie będę potrafił?

— Czy masz pragnienie aby do Niego przyjść?

— Tak... chyba tak.

— A jak myślisz, skąd wzięło się to pragnienie? Martwe serca nie tęsknią za Chrystusem. Kamienne serca nie szukają przebaczenia. Jeśli słyszysz dziś Jego głos i odczuwasz potrzebę Zbawiciela, nie kombinuj, nie uciekaj od Niego.

Młody człowiek spuścił głowę.

— A jeśli przyjdę i zostanę odrzucony?

Starszy brat otworzył Biblię i położył otwartę dłoń na tekście.

— Znajdź mi jedno miejsce, gdzie ktoś przyszedł do Jezusa ze skruchą i wiarą, a On powiedział: „Odejdź. Nie ma dla ciebie miejsca.”

Po chwili milczenia młody człowiek pokręcił głową.

— Chyba nie ma takiego miejsca.

— Właśnie. Nie ma. Są natomiast tysiące dowodów Jego miłosierdzia. Celnicy, nierządnice, złodzieje, prześladowcy, ludzie religijni i ludzie z tzw. dna społecznego. Wszyscy znaleźli łaskę, gdy przyszli do Niego.

— Więc co powinienem zrobić teraz?

— Nie roztrząsaj tego, czego Bóg nie objawił. Odpowiedz na to, co objawił. Chrystus mówi: „Przyjdź”. Nie jutro. Nie za rok. Dzisiaj.


I właśnie takie jest przesłanie Ewangelii dla każdego z nas.

Nie pytaj: „Czy jestem wybrany?”

Zapytaj siebie: „Czy chcę przyjść do Chrystusa?”

Podobnie, nie pytaj: „Czy Bóg może mnie przyjąć?”

Chrystus już odpowiedział:

„Tego, który do mnie przychodzi, nie odrzucę precz.”

Jeżeli więc słyszysz dziś Jego głos, nie zatwardzaj (nie zagłuszaj, nie znieczulaj) serca. Przyjdź do Niego ze swoim grzechem, ciężarem, winą i bezradnością. A gdy przyjdziesz, odkryjesz ku swojej radości, że to Dobry Pasterz przez cały czas szukał swojej owcy i prowadził ją do domu.




poniedziałek, 29 czerwca 2026

Pragnienie śmierci... na podstwie: A.Pink

 


Pragnienie śmierci...

Cierpienie nie dopada nas tylko na końcu życia, nie dotyczy tylko ludzi starych i obłożnie chorych... czy nie jest tak, że niejednemu w jakimś nieoczekiwanym momencie przychodzi do głowy myśl, żeby zakończyć swoją udrękę...

______________

Thomas Hobbes, angielski filozof i sceptyk przed śmiercią w 1679 roku, wypowiedział słynne słowa: „Wyruszam w moją ostatnią podróż, wielki skok w ciemność” (ang. Now I am about to take my last voyage, a great leap in the dark).

Ta krótka wypowiedź idealnie odzwierciedlała jego racjonalno-materialistyczne podejście do życia... Słowa te wskazują, że śmierć była dla niego całkowitą niewiadomą, „skokiem” w nieznaną przestrzeń.

Niektóre źródła podają również warianty w podobnym tonie, np. słowa zapisane przez jego biografów: „Byłbym rad znaleźć jakąś dziurę, by wymknąć się z tego świata”.

_____________

Wyobraź sobie...

Tej samej nocy, w tym samym szpitalu, na tym samym oddziale umierają dwaj ludzie.

Za jednymi drzwiami leży człowiek, który przez wiele miesięcy walczył z chorobą. Ból odebrał mu siły, sen i nadzieję. Każdy oddech jest wysiłkiem. Każdy dzień wydaje się cięższy od poprzedniego. Kiedy odwiedzają go bliscy, powtarza jedno zdanie:

— Już nie mogę. Chcię tylko, żeby to się skończyło.

Nie mówi o Bogu. Nie myśli o wieczności. Nie czeka na spotkanie z Chrystusem. Chce tylko, aby ustał ból.

Kilka sal dalej leży inny człowiek.

Również cierpi. Jego ciało jest wyniszczone. Lekarze nie mają już dla niego lekarstwa. Wie, że jego godziny są policzone.

Ale kiedy odwiedza go rodzina, na jego twarzy oprócz grymasu bólu jest autentyczny pokój.

Mówi:

— Chyba będzie mi was trochę brakowało. Chyba.., bo przecież zobaczymy się wkrótce.. Dziękuję Bogu za wspólne lata z wami na tym ziemskim padole. Ale wiecie... coraz bardziej myślę tylko o tym, że już niedługo zobaczę mojego Pana... 

Nie mówi tak dlatego, że kocha śmierć.

Ani dlatego, że cierpienie przestało mieć znaczenie.

Mówi tak dlatego, że kocha Chrystusa bardziej niż życie.

Obaj pragną odejść.

Obaj wiedzą, że ich ziemska droga dobiega końca.

Obaj patrzą w stronę śmierci.

Ale ich serca patrzą w dwóch zupełnie różnych kierunkach.

Jeden chce uciec od cierpienia a nadzieją jest grób..

Drugi chce spotkać Zbawiciela a jego nadzieją jest niebo..

Jeden mówi: „Nie chcę już tego bólu”.

Drugi mówi: „Chcę już być z moim Panem”.

Z zewnątrz może to wyglądać podobnie. Jednak w oczach Boga jest to różnica tak wielka jak różnica między nocą a dniem.

Istnieje radykalna różnica między pragnieniem uwolnienia od cierpienia a pragnieniem bycia z Chrystusem. Człowiek niewierzący może pragnąć śmierci, bo ma dosyć życia. Chrześcijanin pragnie nieba, ponieważ jego największym skarbem jest Chrystus.

To właśnie dlatego apostoł Paweł nie napisał: „Pragnę umrzeć, bo jestem zmęczony i mam wszystkiego dosyć..!”.

Napisał:

„Mam bowiem pragnienie rozstać się z życiem i być z Chrystusem, bo to daleko lepiej” (Flp 1:23).

Niebo było dla Pawła cenne nie dlatego, że kończyło cierpienie.

Niebo było cenne dlatego, że prowadziło do Chrystusa.

I dlatego każdy z nas powinien zadać sobie pytanie:

Gdybym dziś stanął u kresu życia, czego pragnąłbym najbardziej? Końca tylko bólu czy spotkania z Jezusem?

Od odpowiedzi na to pytanie zależy więcej, niż nam się wydaje. Ono odsłania bowiem nie tylko nasze poglądy na temat nieba, ale przede wszystkim stan naszego serca.

T.Hobbes: Piekło, to prawda odkryta za późno... (Hell is Truth seen too late)


A Eutanazja? Czy wcześniejsze odejście jest złym rozwiązaniem?

Żyjemy w czasach, gdy coraz częściej słyszymy o eutanazji. Przedstawia się ją jako akt współczucia, sposób zakończenia bólu, odzyskania kontroli nad własnym losem i uniknięcia upokorzenia chorobą. 

Warto zauważyć, że argumenty za eutanazją niemal zawsze koncentrują się na jednym pytaniu:

„Jak uwolnić człowieka od cierpienia?”

Biblia stawia inne pytanie:

„Jak człowiek może uwielbić Boga aż do końca swojej drogi?”

Do Piotra Jezus wręcz powie o jego starości i odejściu: “..gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz”. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. (J 21:19)

To ogromna różnica.

Chrześcijanin nie szuka śmierci jako rozwiązania problemów. Nie traktuje śmierci jako lekarstwa na ból. Wie, że jego życie należy do Boga od pierwszego do ostatniego oddechu.

Paweł, choć pragnął być z Chrystusem, nie próbował przyspieszać swojego odejścia. Wręcz przeciwnie.

Napisał:

„Pozostawać zaś w ciele to dla was rzecz potrzebniejsza” (Flp 1:24).

Innymi słowy:

„Chciałbym być już z Panem, ale jeśli Pan chce, abym jeszcze tutaj służył, pozostanę.”

To jest postawa wiary.

To nie jest bunt przeciwko życiu i Dawcy życia..

Nie jest to też kurczowe trzymanie się życia.

Ale oddanie swojego życia Bogu.

Chrześcijanin mówi:

„Panie, Ty wyznaczyłeś dzień moich narodzin i dzień mojej śmierci. Dopóki mnie tutaj chcesz, chcę być wierny. A gdy zechcesz mnie odwołać, pójdę do Ciebie z radością.”

Takie podejście jest zupełnie inne niż współczesne myślenie, które często widzi wartość człowieka przez pryzmat jego sprawności, przydatności, samodzielności czy jakości życia.

Bóg widzi wartość człowieka nawet wtedy, gdy leży bezsilny na łożu choroby.

Niejedno świadectwo cierpliwości, ufności i pokoju w ostatnich dniach życia przyniosło więcej chwały Bogu niż dziesiątki lat aktywnej służby.


Jak wygląda piękne odejście człowieka Bożego?

Jednym z najpiękniejszych obrazów w Biblii jest śmierć starego Symeona.

Przez całe życie oczekiwał Mesjasza.

Pewnego dnia do świątyni przyniesiono małego Jezusa. Symeon wziął Go na ręce i powiedział:

„Teraz puszczasz sługę swego, Panie, według słowa swego w pokoju; gdyż oczy moje widziały zbawienie twoje” (Łk 2:29–30).

Nie słyszymy tutaj zmęczonego starca, który mówi:

„Nareszcie koniec.”

Nie słyszymy człowieka rozgoryczonego życiem.

Nie słyszymy kogoś, kto chce uciec od problemów.

Symeon mówi:

„Widziałem Chrystusa. Zobaczyłem na własne oczy obiecanego Mesjasza. Ratunek mojej duszy. Teraz jestem gotowy odejść.”

Jego oczy nie były skierowane na grób jako nadzieję szczęśliwego zakończenia..

Jego oczy były skierowane na Zbawiciela, który pokona grób, pokona śmierć..

To jest biblijna sztuka umierania.

Nie kochamy śmierci ani umierania..

Kochamy Chrystusa, jedynego który ma władzę nad śmiercią.. 

Nie tęsknimy za końcem życia.

Tęsknimy za spotkaniem z Panem.


Jakub umierający w wierze

Podobny obraz widzimy u patriarchy Jakuba.

Po burzliwym życiu pełnym błędów, strat, cierpień i Bożych interwencji dochodzi do kresu swojej drogi.

Autor Listu do Hebrajczyków wspomina go w niezwykły sposób:

„Przez wiarę Jakub, umierając, błogosławił każdego z synów Józefa i oddał pokłon (Bogu), opierając się o wierzch swojej laski” (Hbr 11:21).

Umierający człowiek wiary nie skupiają się na sobie.

Nie rozpaczaja. 

Nie walczy desperacko o jeszcze kilka dni.

Jakub oddaje cześć Bogu.

Jego ostatnie chwile stają się aktem wiary.


Najwspanialszy przykład

Najpełniejszym wzorem pozostaje sam Chrystus.

Jezus nie szukał śmierci, ale gdy nadeszła godzina wyznaczona przez Ojca, przyjął ją dobrowolnie.

Nie uciekał od cierpienia za wszelką cenę.

Nie przyspieszał wydarzeń.

Nie skracał swojej drogi.

Powiedział:

„Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego” (Łk 23:46).

Tak umiera człowiek doskonale ufający Bogu.

Nie wybiera sam chwili odejścia. Powierzaja ją Ojcu.


Dlatego chrześcijańska nadzieja jest czymś znacznie głębszym niż pragnienie zakończenia bólu.

Świat mówi:

„Usuńmy cierpienie, nawet jeśli trzeba usunąć cierpiącego.”

Ewangelia mówi:

„Przejdźmy przez cierpienie z Chrystusem, aż On sam otworzy nam bramę do domu.”

My nie szukamy śmierci. Ale też się jej nie boimy..

Czekamy na naszego Pana.

I gdy nadejdzie wyznaczona przez Niego godzina, chcemy umieć powiedzieć wraz z Symeonem:

„Teraz puszczasz sługę swego w pokoju...”

Bo największym pragnieniem wierzącego nie jest tylko uwolnienie od cierpienia.

Największym pragnieniem wierzącego jest być z Chrystusem, bo to jest o niebo lepiej. (Flp 1:23)







niedziela, 28 czerwca 2026

Miłość, która miała nigdy nie istnieć - afrykański książę, Seretse Khama i Angielka, Ruth Williams



To jedna z najbardziej niezwykłych historii miłosnych XX wieku. Nie jest to tylko opowieść o małżeństwie, ale o odwadze, wierności i zwycięstwie nad uprzedzeniami.

Miłość, która miała nigdy nie istnieć

Rok 1947. W powojennym Londynie życie powoli wracało do normalności. Pewnego wieczoru młody afrykański książę, Seretse Khama, pojawił się na zabawie organizowanej przez londyńskie środowisko misyjne.

Przyjechał do Anglii studiować prawo. Jego przyszłość wydawała się już zaplanowana. Miał wrócić do swojej ojczyzny – brytyjskiego protektoratu Beczuana (dzisiejsza Botswana) – i zostać wodzem ludu Bamangwato.

Tego wieczoru poznał jednak młodą Angielkę, Ruth Williams.

Ruth była zwyczajną kobietą. Pracowała jako urzędniczka w londyńskim rynku ubezpieczeniowym. W czasie wojny służyła w lotnictwie pomocniczym. Nigdy nie była w Afryce. Nie przypuszczała, że jej życie za chwilę zmieni bieg historii.

Seretse poprosił ją do tańca.

Rozmawiali przez wiele godzin.

Kilka miesięcy później wiedzieli już, że chcą spędzić razem życie.

Problem polegał na tym, że świat nie był na to gotowy.


Ślub, który wywołał międzynarodowy kryzys

29 września 1948 roku pobrali się w Londynie.

Dzisiaj nie byłoby w tym nic niezwykłego. Wówczas jednak czarnoskóry następca afrykańskiego tronu poślubiający białą Brytyjkę był dla wielu ludzi szokiem.

Szczególnie dla sąsiedniej Republika Południowej Afryki.

Właśnie wtedy do władzy doszedł tam rząd budujący system apartheidu – prawnego rozdziału ras. Małżeństwa mieszane były tam zakazane.

Południowa Afryka wywarła ogromną presję na rząd brytyjski.

Brytyjczycy stanęli przed wyborem: obronić młode małżeństwo, albo chronić swoje polityczne i gospodarcze interesy.

Wybrali kiepsko, wybrali interesy.


Wygnanie

W 1950 roku Seretse został wezwany do Londynu pod pozorem konsultacji politycznych.

Spodziewał się rozmów.

Otrzymał wyrok.

Nie pozwolono mu wrócić do domu.

Tymczasem Ruth była już w Afryce i spodziewała się ich pierwszego dziecka.

Małżeństwo zostało rozdzielone przez decyzję polityków.

W 1951 roku ogłoszono formalne wygnanie.

Przez pięć lat żyli w Anglii jako osoby niepożądane przez własny rząd i przez część świata.

A jednak nie rozpadli się. Nie rozwiedli się. Nie poddali się zgorzknieniu.


Lud, który nie zapomniał

Brytyjczycy próbowali przekonać plemię Bamangwato do wyboru nowego wodza.

Wysyłano komisje, urzędników i polityków.

Odpowiedź była zawsze taka sama:

— Czekamy na Seretse.

Dla jego ludu ważniejszy był charakter przywódcy niż kolor skóry jego żony.

Po pięciu latach presji Brytyjczycy ustąpili.

W 1956 roku pozwolili małżeństwu wrócić.

Kiedy samolot wylądował, tysiące ludzi przyszły ich powitać.

Tłum był tak wielki, że Seretse nie mógł dotrzeć do samochodu.

Ludzie podnieśli go na ramiona i nieśli przez miasto, śpiewając i wiwatując.

A obok niego szła Ruth. Nie jako obca. Nie jako skandal. Jako jedna z nich.


Budowanie narodu

Seretse zrzekł się tradycyjnego wodzostwa, ale nie przestał służyć swojemu krajowi.

Założył partię polityczną.

Wygrał wybory.

30 września 1966 roku Beczuana uzyskała niepodległość jako Botswana.

Seretse Khama został pierwszym prezydentem nowego państwa.

W tamtym czasie Botswana była jednym z najbiedniejszych krajów świata:

  • prawie nie było asfaltowych dróg,

  • bardzo niewielu ludzi miało wyższe wykształcenie,

  • gospodarka praktycznie nie istniała.

Niedługo później odkryto złoża diamentów.

Wielu afrykańskich przywódców wykorzystałoby takie bogactwo dla siebie.

Seretse postąpił inaczej.

Dochody z diamentów przeznaczono na szkoły, szpitale, drogi i rozwój państwa.

Botswana stała się jednym z najbardziej stabilnych i najmniej skorumpowanych krajów Afryki.


Ruth

Po śmierci męża w 1980 roku Ruth nie wróciła do Anglii.

Została w Botswanie. Żyła tam jeszcze ponad dwadzieścia lat.

Ludzie, którzy kiedyś mieli ją odrzucić, pokochali ją.

Kiedy zmarła w 2002 roku, została pochowana obok męża z najwyższymi honorami państwowymi.

Kobieta, którą niektórzy kiedyś nazywali „skandalem”, stała się matką narodu.


Ciekawy szczegół

Kiedy Seretse i Ruth pobierali się w 1948 roku, wielu polityków twierdziło, że ich dzieci nigdy nie zostaną zaakceptowane ani przez Brytyjczyków, ani przez Afrykanów. Był to jeden z argumentów używanych przeciwko ich małżeństwu.

Historia potoczyła się zupełnie inaczej.

Ich dzieci zostały pełnoprawnie zaakceptowane przez społeczeństwo Botswany. Co więcej, jedno z nich zostało prezydentem kraju, który ich rodzice pomogli stworzyć.

Potomstwo Seretse i Ruth Khama odegrało znaczącą rolę w historii Botswany.

Seretse Khama i Ruth Williams Khama mieli czworo dzieci:

1. Ian Khama

Najbardziej znany z ich dzieci.

Urodził się w 1953 roku podczas wygnania rodziny w Wielkiej Brytanii. Został zawodowym żołnierzem, a następnie dowódcą sił zbrojnych Botswany.

W 2008 roku objął urząd prezydenta Botswany i sprawował go przez dziesięć lat, do 2018 roku. Był więc drugim członkiem rodziny Khama na stanowisku głowy państwa.

To niezwykły zwrot historii: syn człowieka, którego brytyjski rząd uznał kiedyś za niepożądanego przywódcę, sam został przywódcą niepodległego państwa.

2. Anthony Khama

Mniej angażował się w politykę. Zajmował się głównie działalnością gospodarczą i życiem prywatnym.

3. Tshekedi Khama

Nosił imię po stryju Seretsego, który przez pewien czas pełnił funkcję regenta plemienia Bamangwato. Także uczestniczył w życiu publicznym i biznesowym kraju.

4. Jacqueline Khama

Najmniej znana spośród rodzeństwa, prowadziła bardziej prywatne życie.



Refleksja biblijna

W historii Seretse i Ruth można dostrzec echo słów z Księgi Psalmów:

„Sprawiedliwy (...) niech będzie błogosławiony. Potomstwo jego będzie potężne na ziemi.” (Ps 112,1-2)

Nie chodzi o obietnicę bogactwa czy sukcesu politycznego, ale o prawdę, że wierność rodziców często wydaje owoce w następnym pokoleniu.

Seretse i Ruth mogli wybrać łatwiejszą drogę: zrezygnować z małżeństwa, ulec presji, ratować własną pozycję. Zamiast tego pozostali wierni sobie nawzajem. Dziesiątki lat później ich dzieci żyły w kraju, który powstał częściowo dzięki tej wierności.

To przypomina, że nasze decyzje rzadko dotyczą tylko nas samych. Wierność dzisiaj może stać się błogosławieństwem dla następnego pokolenia.



Nie wiemy wiele o jego osobistym stosunku do Chrystusa ale ciekawe, że ich pierwsze spotkanie miało miejsce podczas potańcówki organizowanej przez środowisko związane z działalnością misyjną. Sam Seretse wychowywał się pod silnym wpływem chrześcijaństwa, które było obecne wśród ludu Bamangwato od czasów misjonarzy.

Ich historia przypomina biblijne rozumienie małżeństwa:

„Co tedy Bóg złączył, człowiek niechaj nie rozłącza.” (Mk 10,9)

Politycy, rządy i ideologie próbowały ich rozdzielić, ale pozostali wierni przysiędze.


Apartheid opierał się na przekonaniu, że ludzie różnych ras nie są sobie równi. 

Ewangelia mówi coś przeciwnego:

„Nie masz Żyda ani Greka (...) albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Chrystusie Jezusie.” (Ga 3,28)

Nie wiemy czy Seretse głosił tę prawdę ale praktycznie budował państwo oparte na tej zasadzie.


Jak mogli zareagować? Mogli odpowiedzieć gniewem i zemstą.

Zamiast tego odpowiadali cierpliwością, godnością i służbą.

To przypomina słowa Pawła:

„Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.” (Rz 12,21)


Podsumowanie

Historia Seretse i Ruth przypomina, że ludzkie plany mogą zostać zablokowane, ale Boże zamysły nie.

Kiedy pobierali się w małym londyńskim urzędzie, wielu uważało, że niszczą swoją przyszłość.

Tymczasem Bóg często buduje swoje dzieła właśnie przez ludzi, którzy pozostają wierni wtedy, gdy wszyscy inni ustępują.

Józef został sprzedany do niewoli.
Daniel trafił do jaskini lwów.
Estera stanęła przed królem z ryzykiem utraty życia.
Seretse i Ruth zostali wygnani.

We wszystkich tych historiach widać tę samą prawdę:

„A wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują.” (Rz 8,28)

Ich małżeństwo miało być zgorszeniem dla świata.

Stało się fundamentem jednego z najbardziej udanych państw Afryki.

I być może właśnie dlatego ich historia przypomina nam, że miłość zakorzeniona w wierności, poświęceniu i prawdzie potrafi przetrwać nacisk całych imperiów. Nie dlatego, że jest silna sama w sobie, ale dlatego, że odzwierciedla charakter Boga, który jest wierny swoim obietnicom mimo sprzeciwu całego świata.