środa, 20 maja 2026

„Pożyczanie kłopotów”


  „Pożyczanie kłopotów”


Wieczór był cichy. Deszcz uderzał o parapet, a w pokoju paliła się tylko jedna lampka.

Młody człowiek siedział przy stole z Biblią otwartą przed sobą, ale od dłuższego czasu nie przeczytał ani jednego wersetu.


Starszy pastor spojrzał na niego uważnie.


— Czytasz czy walczysz? — zapytał łagodnie.


Młody człowiek westchnął ciężko.


— Boję się tego, co może przynieść przyszłość. O dzieci. O żonę. O zdrowie. O pracę. O to, co będzie za kilka lat. Czasem budzę się w nocy i czuję, jakby moje serce już teraz przeżywało tragedie, które jeszcze się nie wydarzyły.


Pastor milczał chwilę.


— Czyli pożyczasz kłopoty.


— Pożyczam, możesz wytłumaczyć?


— Tak. Człowiek bierze cierpienia z jutra, z przyszłego roku, może nawet z wydarzeń, które nigdy nie nadejdą… i wkłada je na swoje barki już dziś.


Młody człowiek spuścił wzrok.


— Ale przecież trzeba myśleć o przyszłości.


— Tak. Lecz czym innym jest odpowiedzialność, a czym innym niewiara ubrana w ostrożność.


Za oknem zawiał wiatr.


Pastor otworzył Ewangelię Mateusza.


— Posłuchaj słów Chrystusa:


 „Nie zamartwiajcie się więc o jutro, gdyż jutro będzie troszczyć się o swoje sprawy. Dosyć ma dzień swego utrapienia.”  — Mt 6:34


— Jezus nie mówi, że życie będzie łatwe — ciągnął pastor. — On mówi, że każdy dzień ma własny ciężar. Ale my próbujemy nieść ciężary całego życia naraz. 


Młody człowiek pokręcił głową.


— Ale co, jeśli naprawdę nadejdzie cierpienie?


Pastor uśmiechnął się smutno.


— Nadejdzie i to na pewno... Na tym świecie nikt nie pporusza się bez bólu.

Ale problem polega na tym, że chcesz dziś otrzymać siłę na znoszenie cierpienia, którego dziś jeszcze nie ma.


Po chwili dodał:


— Bóg nigdy tak nie działa.


— Co masz na myśli?


— (Pwt 33:25) Mojżesz przekazując słowa błogosławieństwa pokoleniu Aszera mówi: „Jak twoje dni, tak niech będzie twoja siła” lub inaczej: „Twoje dni będą trwały tak długo, jak twoja siła”. Jest to obietnica wsparcia na każdy dzień: Bóg zapewnia, że w każdym momencie życia da człowiekowi dokładnie tyle siły, ile będzie w danym momencie potrzebował. Nie oznacza to braku trudności, ale gwarancję, że na każdy dzień przyjdzie odpowiednia łaska.


— Zatem łaska przychodzi razem z godziną próby? Nie wcześniej.. — zastanowił się na głos. 


Pastor pochylił się lekko.


— Człowiek zdrowy nie potrzebuje jeszcze łaski umierania.

Ojciec, który jeszcze nie stracił dziecka, nie ma jeszcze łaski na taki ból.

Męczennik przed uwięzieniem często drży ze strachu. A potem gdy przychodzi chwila próby — Bóg daje siłę, której wcześniej nie było.


Młody człowiek podniósł wzrok.


— Czyli moje lęki są próbą życia bez łaski na dzisiejszy dzień?


— Właśnie tak. Próbujesz żyć jutrem bez jutrzejszej pomocy Boga.


Zapadła cisza.


W końcu młody człowiek spytał cicho:


— Dlaczego Bóg ukrywa przed nami przyszłość?


Pastor zamknął Biblię.


— Z miłosierdzia.


— Z miłosierdzia?


— Gdybyś dziś zobaczył całe swoje przyszłe cierpienie naraz, najprawdopodobniej byś się załamał. Bóg daje człowiekowi światło tylko na tyle drogi, ile trzeba do następnego kroku.


Potem spojrzał w okno.


— My chcielibyśmy mapy całego życia. Bóg daje lampę na dzisiejszą noc.


Znów zapadła długa cisza.


— Ale ja ciągle analizuję przyszłość — przyznał młody człowiek. — W głowie układam scenariusze. Katastrofy. Rozmowy. Straty. Wszystko.


— No i cierpisz dwa razy.


— Dwa razy?


— Tak. Najpierw w wyobraźni. Potem — jeśli naprawdę coś nadejdzie — w rzeczywistości.

A często cierpisz ten pierwszy raz za coś, co nigdy się nie wydarzy.


Pastor otworzył list do Koryntian.


 „Gdyż w wierze chodzimy (pielgrzymujemy), a nie w oglądaniu.” — 2 Kor 5:7


— Widzisz — powiedział — człowiek cielesny chce kontrolować przyszłość, bo ufa temu, co widzi. Człowiek wierzący uczy się iść za Bogiem nawet wtedy, gdy droga tonie w ciemności.


Po chwili dodał spokojnie:


— Dawni chrześcijanie śpiewali: „Wolę kroczyć z Bogiem w ciemności, niż iść samemu w światłości.”


Młody człowiek zamyślił się głęboko.


— Jak więc walczyć z tym lękiem praktycznie?


Pastor odpowiedział powoli:


— Rób wiernie obowiązki dzisiejszego dnia.

Módl się o dzisiejszy chleb.

Dźwigaj dzisiejszy krzyż.

Okaż skruchę z dzisiejszego grzechu.

Kochaj ludzi, którzy są dziś obok ciebie.


Potem uniósł palec.


— A gdy przyjdą myśli o przyszłości, pytaj siebie:

„Jakie znaczenie będzie miało to wydarzenie za tysiąc lat?”


Młody człowiek milczał.


— W wieczności — ciągnął pastor — większość naszych dzisiejszych lęków okaże się cieniem, mgłą, parą wodną.


Po chwili dodał coś jeszcze.. ciszej:


— Jest jeszcze jedna rzecz.


— Jaka?


— Martwisz się, jak będziesz żył jutro.

A może powinieneś bardziej pytać, czy jesteś gotowy umrzeć jutro.


Pokój ucichł całkowicie.


— Chrześcijanin nie tylko przygotowuje się na kolejny dzień pracy.

On przygotowuje się na spotkanie z Bogiem.


Pastor otworzył Ewangelię Jana.


 „Niech się nie trwoży serce wasze; jak wierzycie w Boga, tak wierzcie i we mnie.” — J 14:1


— Ostatecznym lekarstwem na lęk nie jest pewność jutra. Jest nim pewność, pełne zaufanie Chrystusowi.


Młody człowiek siedział długo bez słowa.


Deszcz nadal padał.


Ale ciężar w jego oczach był już trochę mniejszy.


Jakby zrozumiał, że nie został powołany do niesienia całego życia naraz.


Tylko do wiernego przejścia z Bogiem przez dzisiejszy dzień.


W.Plumer | Balsam dla duszy... | r.6 Lekceważenie Bożego karcenia



Lekceważenie Bożego karcenia

W starym domu na skraju wsi siedział dziadek z nastoletnim wnukiem przy kominku. Za oknem wiał zimny wiatr, a w piecu trzaskał ogień. Dziadek trzymał w dłoni kawałek wosku i małą glinianą kulkę.


— Zobacz coś ciekawego — powiedział dziadek, podsuwając oba przedmioty bliżej płomienia.


Po chwili wosk zaczął mięknąć i topnieć. Glinka natomiast stawała się coraz twardsza.


— Ten sam ogień — powiedział spokojnie dziadek — ale dwa zupełnie różne skutki.


Chłopiec patrzył uważnie.


— Tak samo jest z ludzkim sercem. Ten sam ogień, albo inaczej.. to samo cierpienie jednego człowieka prowadzi do pokory i modlitwy, a drugiego do gniewu, pychy i zatwardziałości.


I właśnie o tym mówi Słowo Boże:


I wrzuciłem cię do ognia jak srebro 

i wypróbowałem w piecu różnych utrapień.”

Izajasza 48:10 bwp


Bóg utrapienie nazywa piecem. Nie ogrodem. Nie miejscem wygody. Piecem. Miejscem gorąca, bólu, oczyszczania i próby. Ale jednocześnie mówi: „wypróbowałem cię”. A więc cierpienie w rękach Boga nigdy nie jest chaosem. Ono ma cel.


To jedna z najtrudniejszych prawd chrześcijańskiego życia: Bóg używa utrapienia, aby objawić, co naprawdę mieszka w naszym sercu.


To samo słońce, które zmiękcza wosk, utwardza glinę. Ta sama Ewangelia jednych prowadzi do życia, innych do jeszcze większego oporu i zatwardziałości wobec Boga. Tak samo dzieje się z cierpieniem. Jedni pod wpływem bólu stają się bardziej łagodni, bardziej zależni od Boga, bardziej świadomi swojej kruchości. Inni stają się cyniczni, zamknięci i pełni goryczy.


Daniel mówi, że przez ucisk lud Boży zostaje „oczyszczony, wybielony i wypróbowany”. Nie dlatego, że cierpienie samo w sobie ma magiczną moc, ale dlatego, że Duch Święty używa go jak dłuta w ręku rzeźbiarza.


Pismo pokazuje nam, jak wygląda serce, które przechodzi przez próbę we właściwy sposób. W Trenach Jeremiasza czytamy niezwykłe słowa wypowiedziane pośród ruin, łez i narodowej katastrofy:


Nie wyczerpała się litość Pana, miłość nie zgasła. 

Odnawia się ona co rano: 

ogromna Twa wierność.”. Tr.Jer.3:22 bt


To zdumiewające. Jeremiasz nie mówi tego z pozycji wygodnego domu. Mówi to z miejsca zniszczenia. Miasto leży w gruzach. Lud cierpi. Wszystko wygląda jak klęska. A jednak właśnie tam prorok odkrywa coś, czego człowiek syty często nie widzi: „Pan jest moją częścią (działem)w.23.


Dopóki człowiek ma wiele podpór, łatwo mu mówić o wierze. Ale kiedy Bóg usuwa podpory — zdrowie, bezpieczeństwo, plany, ludzi, poczucie kontroli — wtedy okazuje się, czy naprawdę On sam jest naszym skarbem.


Jeremiasz mówi dalej w.26:


 „Dobrze jest czekać w milczeniu na zbawienie (ratunek) Pana”.


To jedno z najtrudniejszych zdań Biblii dla współczesnego człowieka. 

My oczekujemy natychmiastowego wyjaśnienia, szybkiego rozwiązania i ulgi. Tymczasem Bóg bardzo często uczy swoich ludzi czekania

Nie dlatego, że jest okrutny, ale dlatego, że cierpliwe zaufanie oczyszcza wiarę głębiej niż natychmiastowy ratunek.


Podobnie mówi prorok Micheasz (7:8):


„...choć upadłem, powstanę, 

choć siedzę w ciemnościach, 

Pan jest światłością moją.”.


Zwróć uwagę: on nie zaprzecza ciemności. Biblia nie jest naiwnym optymizmem. Człowiek Boży mówi: „siedzę w ciemności”. 

Ale jednocześnie mówi: „Pan będzie moją światłością”.


To właśnie odróżnia chrześcijańską nadzieję od pustego pocieszania. 

Nadzieja wierzącego nie polega na tym, że omija go cierpienie, że nic nie czuje, ale że Bóg pozostaje wierny pośród cierpienia.


I tu dochodzimy do dwóch wielkich błędów, przed którymi ostrzega nas Słowo Boże.


Synu mój, nie lekceważ karania Pańskiego 

ani nie upadaj na duchu, gdy On cię karci”. 

Hebrajczyków 12:5


Lekceważenie i rozpacz.


Pierwszy błąd to zatwardziałość (lekceważenie). Człowiek przechodzi przez cierpienie, ale niczego się nie uczy. Nie bada swojego serca. Nie uniża się przed Bogiem. Nie pyta: „Panie, czego chcesz mnie nauczyć?”. Zamiast tego buntuje się albo staje się obojętny.


Bóg mówi przez Izajasza (1:5):


„W co was jeszcze bić, skoro coraz bardziej się buntujecie?”


To przerażające słowa. Można przechodzić przez kolejne ciosy życia i zamiast mięknąć — twardniejemy.


Są ludzie, którzy po latach cierpienia stają się bardziej pokorni. Ale są też tacy, którzy stają się bardziej gniewni, bardziej oskarżający, bardziej zamknięci na Boga.


To właśnie znaczy lekceważyć Boże karcenie.


Nie chodzi o to, że człowiek nie czuje bólu. Chodzi o to, że nie pozwala, aby ból przyprowadził go bliżej Boga.


A przecież karcenie jest często dowodem tego, że jesteśmy prawowitymi dziećmi.


Dobry ojciec karci dziecko nie dlatego, że je nienawidzi, ale dlatego, że o nie walczy. Najstraszniejszym momentem nie jest ten, gdy ojciec dyscyplinuje. Najstraszniejszy moment byłby wtedy, gdyby powiedział: „Już mi nie zależy”.


Dlatego utrapienie wierzącego — choć bolesne — nie jest znakiem odrzucenia, lecz często właśnie znakiem Bożej troski.


Ale istnieje też drugi błąd — równie niebezpieczny — o którym mówi ten sam werset: „ani nie upadaj na duchu”.


Jedni twardnieją pod cierpieniem. Drudzy rozpadają się całkowicie i tracą nadzieję. Myślą: „Bóg mnie opuścił. Już nie ma dla mnie łaski. To koniec”.


A przecież Jeremiasz właśnie pośród największego bólu mówi:


 „Nie ustaje (niewyczerpała się) Jego litość”.


Szatan chce, abyś interpretował Boga przez swoje cierpienie. 

Wiara uczy interpretować cierpienie przez charakter Boga.


Krzyż Chrystusa jest największym dowodem, że Boża miłość i cierpienie mogą istnieć jednocześnie. Pod Golgotą mogło się wydawać, że wszystko zostało przegrane. A właśnie tam dokonywało się zbawienie świata.


Dlatego, kiedy przechodzisz przez piec utrapienia, nie patrz tylko na ogień. Patrz także na rękę Tego, który nad nim panuje.


Bóg nie wrzuca swoich dzieci do pieca, aby je zniszczyć, ale aby oczyścić ich wiarę z tego wszystkiego, co nie jest podobne do Chrystusa.


I często dopiero w ogniu okazuje się, że Jezus nie jest dodatkiem do życia, ale jedyną nadzieją życia.


Może właśnie teraz jesteś zmęczony. Może siedzisz „w ciemności”, jak to ujął Micheasz. Może nie rozumiesz Bożych dróg. Ale nie popełnij tych dwóch błędów: nie zatwardzaj serca i nie trać nadziei.


Nie lekceważ Bożego działania. Ale też nie rozpaczaj.


Ojciec, który prowadzi swoje dziecko przez trudną drogę, nie przestaje być Ojcem tylko dlatego, że droga jest bolesna.


A Chrystus, który przeszedł przez największy piec cierpienia, potrafi być blisko tych, którzy przechodzą przez swój własny.


poniedziałek, 18 maja 2026

W.Plumer | r.5 cz.2 | Granice żałoby: Jak zachować duszę w godzinie mroku?

 



Kiedy człowiek przechodzi przez wielką stratę, często nie zauważa momentu, w którym zwykły smutek zaczyna przemieniać się w coś cięższego i ciemniejszego.


Na początku jest szok. Potem cisza. Potem zmęczenie.

A potem przychodzą pytania, które wracają każdego ranka jak zimny wiatr:


„Jak mam dalej żyć?”

„Co mam zrobić z tym bólem?”

„Czy Bóg oczekuje ode mnie, żebym po prostu przestał płakać?”


I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które stawia William Plumer:

jak wierzący człowiek powinien zachować się w godzinie mroku?


Nie chodzi o to, czy wolno płakać. Biblia nigdy tego nie zabrania. Problemem nie są łzy. Problemem jest kierunek, w którym łzy zaczynają prowadzić duszę.


Pewien starszy pastor odwiedził kiedyś kobietę po śmierci syna. Dom był zasłonięty ciężkimi kotarami, jakby światło stało się intruzem. Na stole leżały nieruszone listy. Zegar zdawał się tykać głośniej niż zwykle. Kobieta siedziała nieruchomo i mówiła tylko o jednym:


— Nie potrafię przestać o tym myśleć.


Pastor nie odpowiedział od razu. Po chwili zapytał spokojnie:


— A czy jeszcze potrafisz myśleć o Bogu?


To trudne pytanie.

Bo istnieje taki rodzaj cierpienia, który powoli zamyka człowieka wyłącznie w sobie samym. Ból zaczyna wtedy wypełniać każdą rozmowę, każdą myśl, każdą modlitwę. Człowiek już nie patrzy ku Bogu przez swoje cierpienie — on patrzy tylko na samo cierpienie.


I właśnie przed tym ostrzega Plumer.


Pisze, że każda emocja, nawet dobra i naturalna, staje się niebezpieczna, gdy wymyka się spod Bożego porządku.


Pracowitość może zamienić się w chciwość.

Ostrożność w chłód i obojętność.

Radość w lekkomyślność.


A smutek może przemienić się w „dobrowolną melancholię”.

To bardzo trafne określenie.


Nie chodzi o człowieka, który cierpi.

Chodzi o człowieka, który zaczyna urządzać sobie dom w swoim cierpieniu.


Są ludzie, którzy po stracie już nigdy nie pozwalają, by do ich serca weszło światło. Jakby czuli, że każdy moment pokoju byłby zdradą wobec zmarłego. Jakby smutek miał stać się formą wierności.


Ale Biblia nigdy nie przedstawia rozpaczy jako drogi świętości.


Apostoł Paweł pisze, że mamy się smucić „nie jak ci, którzy nadziei nie mają”. 

Nie mówi: „nie smućcie się”. Mówi: „nie pozwólcie, by smutek odebrał wam Boga”.


Plumer zauważa jeszcze coś bardzo praktycznego — człowiek pogrążony w nieumiarkowanej żałobie często zaczyna ranić wszystkich wokół siebie. 

Atmosfera domu staje się ciężka. Każde słowo prowadzi do bólu. Każda rozmowa wraca do straty. Cierpienie jednej osoby zaczyna przygniatać całą rodzinę.


A przecież wierzący człowiek jest powołany do czegoś więcej niż pielęgnowanie własnego smutku.


Nawet jeśli serce krwawi, dusza ma nadal szukać Boga.


I właśnie tutaj pojawia się najtrudniejsza część całego doświadczenia:

co zrobić wtedy, gdy boimy się o wieczność osoby, która odeszła?


To jest ten rodzaj bólu, którego prawie nie da się opisać.

Śmierć sama w sobie jest ciężka.

Ale niepewność dotycząca duszy drugiego człowieka potrafi być jeszcze cięższa.


Plumer prowadzi nas wtedy do kilku mocnych biblijnych filarów.


Pierwszy z nich to uznanie Bożej suwerenności.


Przypomina historię Helego. Gdy usłyszał wyrok nad swoim domem, powiedział:


„To jest Pan; niech czyni, co dobre w jego oczach.”


Jakże inaczej brzmią te słowa, gdy czyta je człowiek po stracie.


To nie jest religijna formułka.

To jest zdanie wypowiedziane przez serce złamane, ale nadal pokorne.


Podobnie Hiob. Nie wiedział, co stało się z duszami jego dzieci. Nie rozumiał swoich cierpień. A jednak Pismo mówi:


„Nie przypisał Bogu nic niestosownego.”


To niezwykłe.


Hiob nie udawał, że nie cierpi... Ale odmówił oskarżenia Boga.


I może właśnie tutaj przebiega granica dojrzałej wiary:

człowiek może nie rozumieć Boga, ale nadal odmawia myślenia o Nim źle.


Drugim filarem jest pamiętanie, że Bóg jest właścicielem życia.


To trudna prawda, szczególnie dla rodziców.


Dzieci wydają się „nasze”.

Mąż wydaje się „mój”.

Żona wydaje się „moja”.


Ale wszystko, co mamy, zostało nam najpierw podarowane przez Boga.

On nigdy nie zabiera czegoś, co wcześniej nie należało do Niego.


To nie usuwa bólu. 
Ale pomaga duszy paść na kolana zamiast wymachiwać pięściami.

Trzeci filar to charakter Boga.


Jeśli wierzymy, że Bóg jest dobry tylko wtedy, gdy rozumiemy Jego drogi, nasza wiara będzie rozpadać się przy każdym większym cierpieniu.


Tymczasem Biblia stale prowadzi nas do jednego miejsca:

„Sędzia całej ziemi czyni to, co słuszne.”


Nawet wtedy, gdy człowiek nie potrafi jeszcze zobaczyć tego dobra.


Plumer mówi też coś bardzo mocnego:

powinniśmy bardziej bać się jednej buntowniczej myśli przeciwko Bogu niż samego cierpienia.


To pokazuje, jak poważnie Biblia traktuje szemranie serca.


Bo w żałobie można utracić nie tylko pokój.

Można utracić także czułość i szacunek wobec Boga.


A jednak pośród tego wszystkiego pozostaje jeszcze jeden promień światła.


Plumer opowiada historię syna pewnej pobożnej kobiety. Człowiek ten przez lata staczał się coraz głębiej w grzech. Ostatecznie został skazany na śmierć. Nawet przed egzekucją odrzucał modlitwę i wszelką duchową pomoc.


Wydawało się, że jego serce jest całkowicie zamknięte.


A potem wydarzyło się coś dziwnego. Podczas wykonania wyroku lina pękła.

W krótkiej chwili pomiędzy pierwszą a drugą próbą egzekucji skazaniec po raz pierwszy poprosił o możliwość modlitwy.


Czy naprawdę pokutował? Tego nie wiemy.

Ale Plumer przywołuje tę historię, by przypomnieć zranionym duszom coś niezwykle ważnego:


Bóg potrafi działać nawet w ostatniej godzinie życia.


Podobnie było z łotrem na krzyżu.


Kilka chwil wcześniej mógł szydzić z Chrystusa podobnie jak pierwszy łotr...

Ale, kilka chwil później rozpoznaje w Jezusie króla i woła: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. A zaraz potem słyszał: „Dziś będziesz ze Mną w raju.”

Dlatego wierzący człowiek powinien być bardzo ostrożny zarówno w rozpaczy, jak i w wydawaniu ostatecznych wyroków.


Są rzeczy, które należą wyłącznie do Boga.


A naszym obowiązkiem — nawet pośród łez — pozostaje jedno:

„Uspokójcie się i poznajcie, że Ja jestem Bogiem.” Ps.46:10


To nie jest wezwanie do chłodu, obojętności i nieczułości..

To wezwanie do poddania się Bogu.


Czasem największym aktem wiary po stracie nie jest zrozumienie wszystkiego.

Czasem jest nim po prostu odmowa ucieczki od Boga w swoim cierpieniu.