Dwóch Orędowników - pastor Samuel
Stary pastor Samuel mieszkał na skraju niewielkiego miasteczka. Przez ponad czterdzieści lat głosił Ewangelię, odwiedzał chorych, pocieszał wdowy i prowadził nabożeństwa nawet wtedy, gdy ciało odmawiało mu już sił. W jego domu półki uginały się od książek teologicznych, a szuflady pełne były pożółkłych notatek do kazań.
Ludzie często powtarzali: – Jeśli ktoś jest blisko nieba, to właśnie nasz pastor Samuel.
Lecz teraz leżał cicho w swoim pokoju, przykryty cienkim kocem. Oddech miał płytki, dłonie drżące, a oczy coraz częściej zamknięte. Lekarz powiedział rodzinie, że zostało niewiele czasu.
Wieczorem przy jego łóżku zgromadziło się kilku dawnych uczniów. Jeden z nich, młody kaznodzieja o imieniu Daniel, ścisnął dłoń starca i powiedział wzruszonym głosem:
– Pastorze, tyle dobra uczyniłeś dla ludzi. Dzięki twoim kazaniom wielu poznało Chrystusa. Wspierałeś ubogich, modliłeś się za setki osób. Jak wielka musi być teraz twoja pewność, że Pan przyjmie cię do swojej chwały.
Starzec jakby ożył... powoli otworzył oczy... patrzył przez chwilę w milczeniu na zgromadzonych, jakby szukał właściwych słów.
W końcu odpowiedział cicho:
– Synu… gdy człowiek stoi blisko wieczności, wszystkie własne zasługi zaczynają wyglądać bardzo blado.
W pokoju zapadła cisza.
– Myślałem kiedyś – mówił dalej – że po tylu latach służby będę umierał jak żołnierz wracający z wielkiego zwycięstwa. Ale im bliżej jestem Boga, tym wyraźniej widzę, jak niedoskonałe były moje modlitwy, jak chłodne moje serce i jak wiele pychy kryło się nawet w dobrych uczynkach.
Daniel zmarszczył lekko brwi w zdziwieniu.
Pastor ciągnął dalej:
– Wiecie, co daje mi dziś pokój? Nie moje kazania. Nie książki. Nawet nie lata służby. Moją nadzieją jest to, że mam dwóch Orędowników.
Młodzi spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.
– Dwóch? – zapytał ktoś.
Na twarzy starca pojawił się łagodny uśmiech.
– Tak. Jeden jest w niebie, drugi mieszka we mnie.
Potem, zbierając resztki sił, wyszeptał:
– Chrystus stoi po prawicy Ojca i wstawia się za mną. Nie dlatego, że dobrze żyłem, ale dlatego, że On umarł za grzeszników. Gdybym miał stanąć przed Bogiem z własną sprawiedliwością, byłbym zgubiony.
Przerwał na chwilę, ciężko oddychając.
– A Duch Święty… On przez całe moje życie uczył mnie wołać do Boga. Nawet wtedy, gdy nie umiałem się modlić. Nawet wtedy, gdy pozostawały tylko łzy i westchnienia.
Starzec zamknął oczy.
– Czasem ludzie słuchali moich modlitw i mówili: „O, jak pięknie pastor się pomodlił..”. Ale Bóg widział prawdę. Widział, że gdyby Duch Święty nie podtrzymywał mojego serca, dawno przestałbym się modlić.
Po policzku Daniela spłynęła łza.
– Pastorze… więc jak.., z czym człowiek powinien stanąć przed Bogiem?
Samuel spojrzał na niego długo i odpowiedział niemal szeptem:
– Tylko z Chrystusem.
Przez chwilę oddychał ciężko, jakby walczył z bólem. Potem nagle powiedział:
– Kiedyś przeczytałem pewien obraz, którego nigdy nie zapomniałem. Wyobraź sobie, Danielu, że Boże Prawo staje przed grzesznikiem i pyta go:
Starzec mówił wolno, ale każde słowo zdawało się zapadać głęboko w serca słuchaczy.
– „Człowieku, czy zachowałeś moje przykazania?”
– A grzesznik odpowiada: „Nie. Przekroczyłem je myślą, słowem i czynem.”
Pastor przymknął oczy, jakby widział tę scenę przed sobą.
– Wtedy Prawo mówi dalej: „Czy poniosłeś karę, którą ogłosiłem przeciw grzechowi? Czy umarłeś?”
Samuel ścisnął drżącą dłonią krawędź kołdry.
– I wtedy wierzący odpowiada: „Tak. Umarłem.”
W pokoju zrobiło się zupełnie cicho.
– „Jak to umarłeś?” – pyta Prawo. – „Przecież żyjesz.”
Na twarzy starca pojawił się delikatny uśmiech.
– A grzesznik odpowiada: „Umarłem tam, poza murami Jerozolimy. Umarłem w moim Zastępcy. Gdy Chrystus zawisł na krzyżu, poniósł moją karę. W Nim zapłaciłem dług.”
Pastor otworzył oczy i spojrzał serdecznie na Daniela.
– Rozumiesz? Właśnie dlatego Chrystus jest naszym Orędownikiem. On nie błaga Ojca, by zignorował sprawiedliwość. On pokazuje, że sprawiedliwość została zaspokojona.
Z coraz większym trudem nabierał powietrza.
– Prawo Boże nie może już potępić tego, kto jest w Chrystusie. Kara została wykonana. Gniew został wylany. Dług został spłacony.
Daniel wyszeptał:
– „Teraz więc nie ma już żadnego potępienia dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie…”
Starzec skinął lekko głową.
– Tak… właśnie dlatego umierający chrześcijanin może mieć pokój. Nie dlatego, że był dobrym człowiekiem, ale dlatego, że Chrystus był doskonałym Zbawicielem.
Przez chwilę wszyscy milczeli. W pokoju słychać było jedynie trzask drewna w piecu.
Nagle pastor spojrzał gdzieś w dal, jakby jego myśli powędrowały ku Golgocie.
– A wiecie, co jeszcze łamie moje serce, gdy myślę o Chrystusie?
Nikt się nie odezwał.
– To, że On stworzył drzewo, na którym miał umrzeć.
Młodzi spojrzieli po sobie.
Starzec mówił dalej coraz ciszej:
– Ludzie związali Mu na ramionach krzyż i poprowadzili Go na Kalwarię. Dla Rzymian był to tylko element hańby. Skazaniec miał nieść drewno własnej egzekucji. Ale oni nie rozumieli, kogo prowadzą.
Pastor podniósł drżącą rękę.
– Syn Boży stworzył świat swoim słowem. To On sprawił, że wyrosło drzewo, z którego zrobiono krzyż. To On dawał deszcz i słońce temu drzewu przez dziesiątki lat. I On podtrzymywał przy życiu ludzi, którzy później wbijali gwoździe w Jego dłonie.
Daniel zamknął oczy.
– Pastorze…
– Rozumiesz tę miłość? – wyszeptał starzec. – Chrystus od wieczności wiedział o Golgocie. Wiedział o gwoździach. Wiedział o kielichu gniewu Bożego. A jednak nie cofnął się ani o krok.
Po jego policzku spłynęła łza.
– „Innych ratował, siebie samego ratować nie może” — szydzili ludzie pod krzyżem. Ale prawda była inna. Mógł uratować siebie. Jednym słowem mógł zetrzeć swoich oprawców w proch. Lecz wtedy my bylibyśmy zgubieni.
W pokoju nikt już nie próbował powstrzymywać łez.
– On nie chciał ratować siebie… bo chciał ratować grzeszników.
Samuel spojrzał na młodych kaznodziejów zgromadzonych wokół łóżka.
– Nigdy nie głoście ludziom Ewangelii tak, jakby była tylko religijnym systemem. To historia Boga, który umiłował swoich wrogów aż po śmierć. Historia Króla chwały niosącego drewno własnej egzekucji.
Potem dodał niemal szeptem:
– A kiedy Duch Święty naprawdę otwiera człowiekowi oczy, wtedy modlitwa przestaje być pustym obowiązkiem. Serce zaczyna wołać: „Jak mogłeś mnie tak umiłować, Panie?”
Po chwili pastor uniósł słabą dłoń i wyszeptał:
– Kiedy za chwilę stanę przed Panem, nie przypomnę Mu żadnego kazania. Nie pokażę Mu ludzi, których prowadziłem. Nie będę mówił o swoich poświęceniach. Zabiorę ze sobą jedynie modlitwę celnika:
„Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu”.
I po chwili dodał:
– Ale oto cud Ewangelii… nawet ta modlitwa nie pochodziła ostatecznie ze mnie. Duch Święty wzbudził ją w moim sercu, a Chrystus zaniósł ją przed tron Ojca.
Jeden z obecnych młodzieńców nie wytrzymał i zapytał drżącym głosem:
– Pastorze… a jeśli moja wiara jest słaba?
Starzec uśmiechnął się blado.
– Synu, zbawia nas nie siła naszej wiary, ale siła naszego Zbawiciela. Gdy twoje ręce słabną, Chrystus nadal cię trzyma. A Duch nadal woła w tobie: „Abba, Ojcze”.
Za oknem wiatr poruszał gałęziami drzew. Pokój był prosty, cichy i ubogi. A jednak ci, którzy tam byli, mieli wrażenie, jakby niebo zbliżyło się do ziemi.
Tamtej nocy pastor Samuel odszedł do Pana.
Na jego biurku znaleziono później kartkę z jednym krótkim zdaniem zapisanym drżącą ręką:
„Moją nadzieją nie jest to, że ja trzymam się Chrystusa, ale że Chrystus trzyma mnie.”
___________________
Dwóch Orędowników
„Podobnie i Duch wspiera nas w niemocy naszej; nie wiemy bowiem, o co się modlić, jak należy, ale sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach.” — Rzymian 8:26
„Chrystus Jezus jest po prawicy Boga i wstawia się za nami.” — Rzymian 8:34
W życiu chrześcijanina są chwile, gdy modlitwa wydaje się niemal niemożliwa. Człowiek klęka, ale serce jest ciężkie. Usta milczą albo powtarzają jedynie kilka urwanych słów. Wiara zdaje się słaba, myśli rozproszone, a dusza zmęczona własnym grzechem i walką. W takich chwilach łatwo pomyśleć: „Bóg pewnie nie chce już słuchać mojej modlitwy”.
Lecz właśnie wtedy Słowo Boże odsłania przed nami jedną z najcudowniejszych prawd Ewangelii: wierzący nigdy nie stoi przed Bogiem sam. Ma dwóch Boskich Orędowników.
Chrystus — Orędownik przed Ojcem
Apostoł Paweł mówi, że Chrystus „jest po prawicy Boga i wstawia się za nami”. To obraz niebiańskiego Arcykapłana, który po dokonanym dziele odkupienia stanął przed Ojcem jako reprezentant swojego ludu.
Jego wstawiennictwo opiera się nie na naszej gorliwości, ale na Jego ukończonym dziele. On nie mówi Ojcu: „Przyjmij ich, bo dobrze się modlą”. Raczej wskazuje na swoje przebite ręce i mówi: „Zapłaciłem za nich”.
Dlatego wstawiennictwo Chrystusa jest niezmienne. Nie zależy od naszych duchowych wzlotów i upadków. Gdy Piotr upadał, Jezus powiedział:
„Ja prosiłem za tobą, aby nie ustała twoja wiara” (Łk 22:32).
Jak wielkie pocieszenie dla wierzącego: zanim ty zacząłeś się modlić, Chrystus już modlił się za ciebie.
On jest naszym „Parakletem” — Adwokatem, Obrońcą, Tym, który stoi przy nas w sądzie Bożej sprawiedliwości. Jedyną podstawą naszej pewności nie jest siła naszej wiary, ale doskonałość Chrystusa. Gdyby zbawienie zależało od jakości naszych modlitw, nikt nie ostałby się przed Bogiem. Ale ono zależy od doskonałego Pośrednika.
Duch Święty — Orędownik w nas
Jednak Paweł mówi też o drugim wstawienniku: Duchu Świętym.
Chrystus wstawia się za nami w niebie. Duch Święty wstawia się w nas.
Chrystus przedstawia nas Ojcu. Duch natomiast działa w sercu wierzącego, wzbudzając wołanie dziecka Bożego. Dlatego Paweł mówi:
„Otrzymaliście Ducha synostwa, w którym wołamy: Abba, Ojcze!” (Rz 8:15).
To my wołamy — ale Duch jest Tym, który wzbudza to wołanie.
Człowiek naturalny może wypowiadać religijne słowa, ale nie potrafi prawdziwie wołać do Boga jak dziecko do Ojca. Tylko Duch Święty może skruszyć serce, rozpalić pragnienie Boga i nauczyć duszę modlitwy.
Biblijna teologia zawsze podkreślała całkowitą zależność człowieka od łaski. Nie tylko potrzebujemy łaski do zbawienia, ale również do modlitwy. Nawet nasze najlepsze modlitwy są skażone słabością, egoizmem i niewiedzą. Nie wiemy, „o co się modlić, jak należy”.
I właśnie tutaj objawia się czułość działania Ducha Świętego. On bierze nasze chaotyczne westchnienia, nasz ból, nasze łzy i przedstawia je Ojcu zgodnie z wolą Bożą.
Modlitwa jako uczestnictwo w życiu Boga
Wstawiennictwo Chrystusa trwa niezależnie od nas. Ale Duch Święty działa przez nas.
To dlatego wierzący jest wezwany, aby „modlić się w Duchu Świętym” (Jud 20). Nie chodzi tutaj przede wszystkim o emocjonalne uniesienie ani o niezwykłe doświadczenia, lecz o modlitwę płynącą z życia poddanego Duchowi.
Duch chce myśleć przez nasze myśli, wzruszać nasze serca, kierować naszymi pragnieniami. Chce nawet „wzdychać” w nas.
Jakże często człowiek próbuje modlić się własną siłą. Układa poprawne zdania, lecz serce pozostaje daleko od Boga. Tymczasem prawdziwa modlitwa rodzi się tam, gdzie człowiek uznaje swoją duchową biedę.
Celnik z przypowieści Jezusa nie miał pięknej teologicznej formuły. Powiedział jedynie:
„Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu” (Łk 18:13).
A jednak była to modlitwa wzbudzona przez Ducha i przyjęta przez Boga.
Dwaj Orędownicy i pewność zbawienia
Rzymian 8 nieprzypadkowo mówi o obu Orędownikach w rozdziale kończącym się triumfalnym pytaniem:
„Któż nas odłączy od miłości Chrystusowej?” (Rz 8:35).
Nasza pewność nie opiera się na sile naszego uchwycenia Boga, ale na tym, że Bóg uchwycił nas.
Syn Boży wstawia się za nami w niebie.
Duch Boży działa w nas na ziemi.
Jeden przedstawia przed Ojcem zasługi swojej krwi.
Drugi sprawia, że grzesznik woła o łaskę.
Jeden podtrzymuje naszą pozycję przed Bogiem.
Drugi podtrzymuje nasze serce w drodze do Boga.
Jakże wielkim pocieszeniem jest wiedzieć, że nawet wtedy, gdy wierzący ledwie potrafi szeptać modlitwę, niebo nie milczy. Chrystus modli się za niego nieustannie, a Duch Święty modli się w nim.
Dlatego chrześcijanin może przyjść do Boga nawet z pustymi rękami i złamanym sercem. Bo jego nadzieja nie leży w doskonałości własnej modlitwy, lecz w doskonałości swoich dwóch Boskich Orędowników.