piątek, 26 czerwca 2026

Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie - Ale czy naprawdę chcemy sprawiedliwości?



Wyobraź sobie wielką salę sądową.

Jest cicho. Tak cicho, że słychać szelest kartek i tykanie zegara na ścianie.

Za chwilę ma zapaść wyrok w sprawie, która od lat porusza całe społeczeństwo. Na ławie oskarżonych siedzi człowiek winny strasznych rzeczy. Złamał życie wielu ludziom. Niektórzy stracili przez niego bliskich, inni zdrowie, jeszcze inni pokój serca.

Wszyscy czekają.

Sędzia siedzi nieruchomo za swoim stołem.

Patrzy na zgromadzonych i myśli:

"Ludzie oczekują ode mnie sprawiedliwości. Nie współczucia, nie emocji, nie popularności. Jeśli jestem dobrym sędzią, muszę wydać wyrok zgodny z prawdą. Gdybym zlekceważył zło, skrzywdziłbym ofiary. Gdybym ukarał niewinnego, sam stałbym się niesprawiedliwy. Sprawiedliwość jest ciężarem. Wszyscy jej chcą, dopóki nie trzeba jej wymierzyć."

W pierwszym rzędzie siedzi starsza kobieta.

To matka człowieka, który zginął przez oskarżonego.

Jej dłonie drżą.

"Chcę sprawiedliwości" – myśli.

"Przez lata budziłam się w nocy. Przez lata patrzyłam na puste miejsce przy stole. Przez lata słuchałam ludzi mówiących: 'musisz iść dalej'. Ale oni nie wiedzą, jak wygląda pustka po stracie dziecka. Niw obchodzi mnie to, że sprawaca miał kryzys i był pijany... ja tylko chcę sprawiedliwości."

Obok siedzi mężczyzna z blizną na twarzy.

On także jest ofiarą.

"Chcę, żeby ktoś wreszcie powiedział głośno, że to było zło. Nie pomyłka. Nie nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Zło. Każdy powinien odpowiadać za swoje decyzje... chcę sprawiedliwości."

Kilka rzędów dalej siedzi młody dziennikarz.

Przyszedł po prostu opisać proces.

Patrzy na ofiary i myśli:

"Oczywiście, że trzeba ukarać winnego. Społeczeństwo musi wiedzieć, że zło ma konsekwencje a sprawiedliwość na końcu triumfuje..."

Ale nagle przypomina sobie własne życie.

Przypomina sobie zdradę żony, kłamstwa, lata ukrywanej nieuczciwości w rodzinie i w pracy...

I po raz pierwszy przez jego głowę przebiega niewygodna myśl:

"A gdyby ktoś prześwietlił całe moje życie? Każdą wiadomość. Każdą myśl. Każdy sekret?"

Nie jest już tak pewny siebie jak przed chwilą.


Na ławie oskarżonych siedzi w końcu winny człowiek.

Przez lata lekceważył swoje sumienie. "Przecież cały świat jest zły i niesprawiedliwy...". Ale dziś po raz pierwszy nie ma dokąd uciec. Patrzy na sędziego. Patrzy na ofiary. Patrzy na zgromadzonych. I myśli:

"Jeszcze kilka lat temu śmiałem się z takich chwil. Byłem pewien, że jestem sprytniejszy od wszystkich. Teraz oddałbym wszystko za jedno słowo: niewinny."

Po raz pierwszy nie chce sprawiedliwości. Chciałby miłosierdzia, usprawiedliwienia, wyrozumiałości dla jego wypadku...


W ostatnim rzędzie siedzi jeszcze pewien starszy człowiek.

Przyszedł tylko obserwować. Nie zna oskarżonego. Nie zna ofiar.

Ale gdy słucha całej sprawy, zaczyna rozmyślać.

"To dziwne. Wszyscy tutaj chcą sprawiedliwości. Ofiary chcą sprawiedliwości. Sędzia ma wymierzyć sprawiedliwość. Gazety domagają się sprawiedliwości. I ja sam chcę sprawiedliwości."

Po chwili jednak przychodzi druga myśl.

"Ale czy naprawdę jej chcę?"

"Jeśli sprawiedliwość oznacza, że każdy otrzymuje dokładnie to, na co zasłużył, to co ze mną?"

"Co z moją pychą?"

"Co z moją chciwością?"

"Co z moimi grzechami?"

"Co z rzeczami, których nikt nigdy nie odkrył?"

I nagle odkrywa coś, czego wcześniej nie rozumiał.

Wszyscy na sali chcą sprawiedliwości. Ale nie wszyscy chcą jej dla siebie.

Ofiary chcą sprawiedliwości. Winny pragnie miłosierdzia.

Widzowie chcą sprawiedliwości dla innych, ale uznania i zrozumienia dla siebie.

A sędzia wie, że prawdziwa sprawiedliwość nie może być wybiórcza.


I właśnie tutaj zaczyna się wielka prawda Biblii.

Każdy z nas zasiądzie kiedyś w sali sądowej.

Nie jako obserwator. Nie jako komentator. Nie jako dziennikarz.

Lecz jako człowiek stojący przed Bogiem.

Wtedy pytanie nie będzie brzmiało:

"Czy świat był prawiedliwy albo czy otrzymałeś sprawiedliwość?"

Pytanie będzie brzmiało:

"Czy jesteś gotowy stanąć przed doskonale sprawiedliwym Bogiem?"

Dopóki myślimy tylko o Hitlerze, Stalinie, zbrodniarzach Wołynia, oprawcach Katynia czy innych wielkich przestępcach historii, sprawiedliwość wydaje się piękna.

Ale gdy światło Bożej świętości pada na nasze własne serce, zaczynamy rozumieć słowa psalmisty:

„Jeżeli będziesz zważał na winy, Panie, któż się ostoi?” (Ps. 130:3).

Dlatego właśnie Ewangelia jest najpiękniejszą wiadomością na świecie.

Bo Ten, który pewnego dnia zasiądzie na tronie jako Sędzia, najpierw przyszedł jako Zbawiciel.

Ten, który ma pełne prawo wymierzyć sprawiedliwość, zaoferował miłosierdzie.

Ten, przed którym kiedyś zadrży cała ziemia, dziś mówi:

„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mt 11:28).

Dlatego największym pytaniem nie jest: „Czy chcę sprawiedliwości dla świata?”

Większość ludzi odpowie: „Tak”.

Najważniejsze pytanie brzmi:

„Co zrobię, gdy sprawiedliwość Boga dosięgnie również mnie?”.

W tym momencie każdy człowiek staje przed wyborem:

- otrzymać sprawiedliwość za swoje grzechy

- albo znaleźć schronienie w miłosierdziu i sprawiedliwości Jezusa Chrystusa.





czwartek, 25 czerwca 2026

Źródło, którego nie mamy w sobie - na podstawie: A.W. Pink

 


Źródło, którego nie mamy w sobie

A.W. Pink napisał kiedyś:

„Umartwiać pożądliwości ciała, być ukrzyżowanym dla świata, zwyciężać diabła, codziennie umierać dla grzechu i żyć dla sprawiedliwości, być cichym i pokornym sercem, pełnym ufności i posłuszeństwa, pobożnym i cierpliwym, wiernym i nieustępliwym, kochającym i łagodnym; jednym słowem – być chrześcijaninem, być podobnym do Chrystusa, jest zadaniem daleko, daleko przekraczającym ubogie zasoby upadłej ludzkiej natury.”

Każdy szczery chrześcijanin prędzej czy później odkrywa prawdziwość tych słów. Na początku wydaje nam się, że jeśli tylko bardziej się postaramy, będziemy bardziej zdyscyplinowani, bardziej konsekwentni, bardziej gorliwi, to uda nam się żyć tak, jak Bóg tego oczekuje. Jednak z czasem odkrywamy bolesną prawdę: problem nie polega na tym, że próbujemy za mało. Problem polega na tym, że próbujemy własnymi siłami.

Przypomina to człowieka błąkającego się po pustyni. Im bardziej jest spragniony, tym bardziej uświadamia sobie, że nie potrafi sam wyprodukować ani kropli wody. Cała jego energia, wysiłek i determinacja nie są w stanie ugasić pragnienia.

Właśnie do takich ludzi Bóg kieruje słowa z Izajasza:

„Gdy biedni i ubodzy szukają wody, a nie ma jej, i język ich usycha z pragnienia, Ja, Pan, ich wysłucham; Ja, Bóg Izraela, nie opuszczę ich. Otworzę (sprawię, że wytrysną) rzeki na nagich wzgórzach i źródła pośród dolin” (Iz 41:17-18).

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to obietnica dotycząca fizycznej suszy. Jednak Bóg mówi o czymś znacznie głębszym. Mówi o ludzkiej duchowej bezradności. O ludziach, którzy nie mają w sobie zasobów potrzebnych do życia, jakie On nakazuje.

Czy nie tak właśnie czujemy się nieraz? Chcemy przebaczać, ale nosimy urazę. Chcemy być cierpliwi, ale wybuchamy gniewem. Chcemy pokonać grzech, ale ciągle wracamy do tych samych upadków. Chcemy być podobni do Chrystusa, ale odkrywamy, jak bardzo jesteśmy do Niego niepodobni.

I właśnie wtedy Bóg mówi: „Ja otworzę (wypuszczę) rzeki”.

Kilka wieków później Jezus stanął podczas święta w Jerozolimie i zawołał:

„Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do Mnie i pije. Kto wierzy we Mnie, jak mówi Pismo, z jego wnętrza popłyną rzeki wody żywej” (J 7:37-38).

Jan natychmiast wyjaśnia, że Jezus mówił o Duchu Świętym.

To jest odpowiedź Boga na naszą duchową pustynię.

Bóg nie mówi: „Spróbuj mocniej”. Nie mówi: „Znajdź więcej siły w sobie”. Nie mówi: „Wykop głębiej we własnym sercu”. On mówi: „Przyjdź do Chrystusa i pij”.

Chrześcijańskie życie nie jest historią człowieka, który dzięki niezwykłej samodyscyplinie wspiął się na poziom świętości. Jest historią człowieka, który odkrył własne bankructwo i nauczył się czerpać z niewyczerpanego źródła Bożej łaski.

To Duch Święty daje moc do umartwiania grzechu. To Duch Święty rodzi pokorę tam, gdzie wcześniej była pycha. To Duch Święty uzdalnia do cierpliwości, gdy naturalnie chcielibyśmy się buntować. To Duch Święty sprawia, że człowiek zaczyna kochać to, czego wcześniej nie kochał, i nienawidzić tego, co wcześniej kochał.

Zwróćmy też uwagę na cel Bożego działania:

„Aby widzieli i poznali, rozważyli i zrozumieli wszyscy, że ręka Pana uczyniła to i że to stworzył Święty Izraela.” (Iz 41:20).

Bóg celowo wybiera pustynię. Wybiera miejsca, gdzie człowiek nie może przypisać sukcesu sobie. Gdy na pustyni pojawiają się rzeki, wszyscy wiedzą, że to nie dzieło człowieka. To dzieło Boga.

Podobnie jest z naszym duchowym życiem. Gdy człowiek pełen gniewu staje się łagodny, gdy egoista zaczyna kochać innych, gdy niewolnik grzechu zaczyna chodzić w świętości, chwała nie należy do niego. Wszyscy muszą przyznać: „Ręka Pana to uczyniła”.

Dlatego nie zniechęcaj się, jeśli widzisz swoją słabość. Nie rozpaczaj, gdy odkrywasz, że nie masz w sobie siły, aby być takim chrześcijaninem, jakim powinieneś być. Właśnie to odkrycie jest początkiem duchowego wzrostu.

Błogosławiony jest człowiek, który przestał ufać własnym zasobom i nauczył się przychodzić do Chrystusa z pustymi rękami.

Bo pustynia nie musi sama produkować wody. Wystarczy, że Bóg otworzy źródło.

A Chrystus obiecał, że każdy spragniony, który przyjdzie do Niego, nie odejdzie zawiedziony.


środa, 24 czerwca 2026

Uległość żony i posłuszeństwo dziecka – dwie drogi prowadzące do Bożego porządku

 


Wyobraź sobie młode drzewko posadzone w sadzie. Na początku jest przywiązane do palika. Gdyby mogło mówić, może narzekałoby: „Dlaczego jestem ograniczone? Dlaczego nie mogę rosnąć, jak chcę?”. Jednak mądry ogrodnik wie, że ten czas podparcia nie ma go zniewolić, lecz przygotować do samodzielnego wzrostu. Po latach palik zostaje usunięty. Drzewo jest już silne, zakorzenione i zdolne oprzeć się burzom.

A teraz pomyśl o dwóch potężnych rzekach, które płynęły oddzielnie przez wiele kilometrów. W pewnym miejscu łączą się w jedną rzekę. Od tej chwili nie są już dwiema niezależnymi drogami wodnymi. Tworzą wspólny nurt.

Te dwa obrazy pomagają nam zrozumieć ważną biblijną prawdę. Posłuszeństwo dziecka przypomina drzewko przywiązane do palika – jest czasowym przygotowaniem do dojrzałości. 

Uległość żony przypomina połączenie dwóch rzek – jest trwałym zjednoczeniem dwóch osób w jedną wspólnotę życia.

Dwa różne słowa, dwa różne powołania

W naszych czasach często wrzuca się do jednego worka biblijne wezwanie skierowane do dzieci i wezwanie skierowane do żon. Tymczasem Pismo Święte używa różnych pojęć.

Do dzieci apostoł Paweł mówi:

„Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom swoim w Panu, bo to rzecz słuszna” (Ef 6:1).

Do żon zaś mówi:

„Żony, bądźcie poddane mężom swoim jak Panu” (Ef 5:22).

To nie jest przypadek. Duch Święty nie używa tych słów zamiennie.

Posłuszeństwo dziecka – szkoła charakteru

Dziecko przychodzi na świat całkowicie zależne od innych. Nie wybiera swoich rodziców, nie ustanawia zasad domu i nie jest zdolne kierować własnym życiem.

Dlatego Bóg daje mu rodziców jako autorytet.

Posłuszeństwo dziecka dotyczy przede wszystkim konkretnych działań:

– „Posprzątaj pokój.”
– „Nie wychodź teraz z domu.”
– „Naucz się odpowiedzialności.”

Dziecko uczy się wykonywać polecenia, nawet gdy nie zawsze rozumie ich sens.

Ale ten stan nie ma trwać wiecznie.

Celem rodzicielskiego autorytetu nie jest utrzymanie dziecka w zależności, lecz przygotowanie go do samodzielności. Dobre wychowanie prowadzi do chwili, gdy młody człowiek potrafi już kierować własnym życiem pod Bożym przewodnictwem.

Posłuszeństwo jest więc szkołą samodyscypliny.

Tak jak palik wspiera młode drzewko tylko przez pewien czas, tak rodzicielski autorytet przygotowuje dziecko do dojrzałości.

Uległość żony – tajemnica jedności

W przypadku małżeństwa sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Mężczyzna i kobieta stają przed Bogiem jako osoby wolne i równe w swojej wartości. Oboje zostali stworzeni na obraz Boży. Oboje są współdziedzicami łaski życia.

A jednak Bóg ustanowił określony porządek w rodzinie.

Nie dlatego, że jedno jest cenniejsze od drugiego, lecz dlatego, że każda wspólnota potrzebuje harmonii i odpowiedzialnego przewodzenia.

Kiedy kobieta zawiera małżeństwo, nie jest dzieckiem poddanym opiece rodziców. Jest osobą wolną, zdolną do samodzielnych decyzji. Właśnie dlatego jej poddanie ma wyjątkowy charakter.

Nie jest wymuszone.

Nie wynika z jej niedojrzałości.

Nie jest skutkiem zależności.

Jest świadomym aktem miłości.

W małżeństwie dochodzi do czegoś niezwykłego:

„I będą dwoje jednym ciałem” (Ef 5:31).

To nie jest zwykła umowa między dwiema stronami. To zjednoczenie dwóch istnień w jedną wspólnotę życia.

Dlatego podporządkowanie żony nie jest zwykłym wykonywaniem poleceń, podobnym do posłuszeństwa dziecka. Jest raczej zgodą na życie we wspólnym nurcie, w którym mąż ponosi odpowiedzialność za kierunek rodziny.

Chrystus i Kościół

Najgłębszego znaczenia tej prawdy nie znajdziemy w psychologii ani socjologii, lecz w Ewangelii.

Paweł mówi:

„Tajemnica to wielka jest; a ja odnoszę to do Chrystusa i Kościoła” (Ef 5:32).

Małżeństwo jest obrazem czegoś większego.

Kościół nie jest dzieckiem posłusznym Chrystusowi jedynie z obowiązku. Kościół jest Oblubienicą, która należy do swojego Oblubieńca.

Chrystus nie panuje nad Kościołem jak tyran.

On oddał za niego swoje życie.

„Chrystus umiłował Kościół i wydał zań samego siebie” (Ef 5:25).

Dlatego biblijna uległość nie może być oddzielona od biblijnej miłości.

Tam, gdzie nie ma ofiarnej miłości męża, nie ma wiernego odbicia Chrystusa.

Tam, gdzie nie ma dobrowolnego poddania żony, nie ma pełnego obrazu Kościoła.

Obie strony są wezwane do czegoś, co przekracza ludzką naturę i wymaga działania łaski Bożej.

Zastosowanie

Być może ktoś z was zmaga się z samym pojęciem poddania. Współczesny człowiek kocha niezależność. Chcemy sami decydować o wszystkim.

Jednak całe chrześcijańskie życie opiera się na dobrowolnym poddaniu się Bogu.

Nie dlatego, że jesteśmy niewolnikami.

Lecz dlatego, że odkryliśmy, iż Jego mądrość jest większa od naszej.

Każde dziecko uczy się posłuszeństwa.

Każda chrześcijańska żona jest wezwana do poddania.

Każdy chrześcijański mąż jest wezwany do ofiarnej miłości.

A każdy wierzący jest wezwany do poddania się Chrystusowi.

To właśnie tutaj znajduje się sedno całej sprawy.

Pytanie nie brzmi najpierw: „Czy żona ma być poddana mężowi?” albo „Czy dziecko ma być posłuszne rodzicom?”.

Najpierw trzeba zapytać:

Czy ja jestem poddany Chrystusowi?

Bo człowiek, który nie chce poddać się doskonałemu Królowi, będzie miał trudność z zaakceptowaniem każdego Bożego porządku.

Natomiast ten, kto poznał miłość Chrystusa, odkrywa, że prawdziwa wolność nie polega na życiu bez autorytetu, lecz na dobrowolnym poddaniu się Temu, który oddał za nas swoje życie.





wtorek, 23 czerwca 2026

Katedra, której nie zobaczysz...




Thomas Büchi - uznany praktyk konstrukcji drewnianych mówi jak budowano więźbę Notre Dame: „Około roku 1200 ścięto 1500 wielowiekowych dębów. Ułożono je czubami w stronę północy i zostawiono na rok, aby odpoczęły. Potem ociosano je z kory i zanurzono na 25 lat w bagnach – co na wieki uodpornia na działanie grzybów i szkodników. Z mokradeł wyciągnięto je dopiero około roku 1225, po czym pnie pocięto i zostawiono na kolejne 25 lat aby schły.” Techniki tej budowniczy katedr nauczyli się od natury, która tworzy „czarne dęby”.



Katedra, której nie zobaczysz

A teraz wyobraź sobie młodego cieślę we Francji w tamtych czasach. Stoi przed ogromnymi dębami przeznaczonymi na budowę katedry. Wie, że drzewa będą przygotowywane przez dziesiątki lat. Wie też coś jeszcze: nigdy nie zobaczy ukończonego dzieła.

A jednak pracuje starannie.

Nie mówi:
– Po co się starać? Mnie już przy tym nie będzie.

Nie pyta:
– Jaki będę miał z tego zysk?

Nie domaga się:
– Chcę efektów natychmiast.

On buduje dla tych, którzy przyjdą po nim.

To niezwykły obraz, bo pokazuje sposób myślenia niemal obcy współczesnemu człowiekowi.

Budowniczowie katedr rozumieli, że wielkie rzeczy wymagają czasu. Dęby przez lata dojrzewały. Drewno przez dziesięciolecia przygotowywano do swojej roli. Potem kolejne pokolenia podejmowały pracę rozpoczętą przez poprzedników.

Nikt nie próbował przyspieszać procesu.

Nikt nie oczekiwał natychmiastowych rezultatów.

Nikt nie uważał, że wszystko musi wydarzyć się za jego życia.

Tak działa również Bóg

Pismo Święte ukazuje Boga jako Budowniczego działającego przez pokolenia.

Gdy Pan zawarł przymierze z Abrahamem, obiecał mu wielki naród. Abraham jednak nie zobaczył spełnienia większości obietnic.

Mojżesz wyprowadził Izraela z Egiptu, ale nie wszedł do Kanaanu.

Dawid pragnął zbudować świątynię, lecz zrobił to dopiero jego syn Salomon.

Autor Listu do Hebrajczyków pisze:

„W wierze pomarli wszyscy ci, nie otrzymawszy tego, co głosiły obietnice, lecz ujrzeli je i powitali z dala” (Hbr 11,13).

To jest język ludzi budujących katedry.

Pracowali, choć nie oglądali końca dzieła.

Siali, choć inni mieli zbierać plon.

Wierzyli, że Bóg będzie działał także wtedy, gdy ich już nie będzie.

Pokolenia potrzebują siebie nawzajem

Dzisiaj łatwo myśleć tylko o własnym czasie życia.

Tymczasem Biblia nieustannie mówi o przekazywaniu... wiary.

Psalmista woła:

„Pokolenie pokoleniu będzie wychwalać twoje dzieła i opowiadać o twoich potężnych czynach. ” (Ps 145:4).

Dziadkowie opowiadają wnukom o Bożej wierności.

Rodzice uczą dzieci Bożego Słowa.

Starsi przekazują młodszym mądrość zdobytą przez lata.

Młodsi natomiast niosą dzieło dalej.

Żadne pokolenie nie jest samowystarczalne.

Kiedy młodzi gardzą starszymi, tracą korzenie.

Kiedy starsi lekceważą młodych, przyszłość zostaje bez przewodników.

Kościół Chrystusa jest wspólnotą pokoleń, a nie zbiorem jednostek.

Cierpliwość jest aktem wiary

Budowniczowie Notre Dame wiedzieli, że drewno musi leżeć dziesiątki lat.

Współczesny człowiek chce wszystkiego natychmiast.

Natychmiastowej kariery.

Natychmiastowego wzrostu duchowego.

Natychmiastowych odpowiedzi na modlitwy.

Tymczasem Bóg często działa jak ogrodnik, nie jak producent żywności instant.

Jakub przypomina:

„Przyjaciele, bądźcie cierpliwi, oczekując powrotu naszego Pana. Rolnik musi cierpliwie czekać na swe cenne plony, aż nadejdzie pora żniw. Bądźcie więc i wy cierpliwi i nabierzcie odwagi, bo czas nadejścia Pana jest już bliski.” (Jak 5:7,8).

Niektóre modlitwy dojrzewają latami.

Niektóre służby przynoszą owoce dopiero po śmierci tych, którzy je rozpoczęli.

Niektóre dzieci wracają do Boga po dziesięcioleciach modlitw rodziców.

Bóg nie spieszy się, ponieważ buduje rzeczy, które mają trwać wiecznie.

Największa katedra

Największa katedra budowana od dwóch tysięcy lat to Kościół Jezusa Chrystusa.

Pan powiedział:

„Zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mat 16:18).

Każde pokolenie dokłada do tej budowli swój kamień.

Jak powiedział Jezus: Jeden sieje, inny żnie... (Jana 4:37)

Jedni głoszą Ewangelię. 

Inni wychowują dzieci w wierze.

Jeszcze inni modlą się, służą, cierpią lub wspierają dzieło Pańskie.

Niewielu z nas zobaczy pełnię rezultatów swojej pracy.

Ale nie jesteśmy powołani do oglądania całej budowli.

Jesteśmy powołani do wierności przy naszym odcinku muru (por. Nehemiasz).

Wezwanie

Może jesteś zmęczony, bo nie widzisz owoców swojej służby.

Może modlisz się o kogoś od wielu lat.

Może wydaje ci się, że twoja praca dla Boga niewiele zmienia.

Pamiętaj o budowniczych katedr.

Oni pracowali dla przyszłości, której nie zobaczyli.

Chrześcijanin żyje jeszcze większą nadzieją. Nie tylko wierzy, że następne pokolenie będzie kontynuować dzieło. Wierzy, że sam Bóg doprowadzi je do końca.

Nie wszystko, co Bóg zaczyna przez ciebie, zostanie ukończone za twojego życia.

Ale wszystko, co zaczyna Bóg, zostanie ukończone w Jego czasie.

Dlatego „bądźcie stali, niewzruszeni, zawsze gorliwi w dziele Pańskim, wiedząc, że trud wasz nie jest daremny w Panu” (1 Kor 15:58).

Buduj wiernie. Siej cierpliwie. Ufaj Bogu.

A resztę pozostaw Temu, który widzi nie tylko jedno życie, lecz wszystkie pokolenia naraz.


1 Koryntian 3 
(8)  Ten, który sieje, i ten, który podlewa, stanowią jedno; każdy według własnego trudu otrzyma należną mu zapłatę. 
(9)  My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga, wy zaś jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą. 
(10)  Według danej mi łaski Bożej, jako roztropny budowniczy, położyłem fundament, ktoś inny zaś wznosi budynek. Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje. 
(11)  Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. 
(12)  I tak jak ktoś na tym fundamencie buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drzewa, z trawy lub ze słomy, (13) tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień /Pański/; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest. 
(14)  Ten, którego dzieło wzniesione na fundamencie przetrwa, otrzyma zapłatę; 
(15)  ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień. (16)  Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? 
(17)  Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście. 
(18)  Niechaj się nikt nie łudzi. Jeśli ktoś spośród was mniema, że jest mądry na tym świecie, niech się stanie głupim, by posiadł mądrość... 

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Ian H. Murray | Ojciec, który nie przestał wierzyć (o ojcu A.Pinka)



 Ian H. Murray

Ojciec, który nie przestał wierzyć

Tekst przewodni:
"Jest droga, która człowiekowi wydaje się słuszna, lecz w końcu prowadzi do śmierci." (Przyp. 14:12)

Dzień Ojca skłania nas do myślenia o mężczyznach, którzy pozostawili po sobie coś więcej niż majątek, nazwisko czy wspomnienia. Są ojcowie, którzy pozostawiają swoim dzieciom duchowe dziedzictwo. Historia Thomasa Pinka i jego syna Arthura jest właśnie taką opowieścią.

1. Ojciec zajęty, ale nie zbyt zajęty dla Boga

Thomas Pink był człowiekiem ciężko pracującym. Przez ponad trzydzieści lat nie miał więcej niż trzech kolejnych dni urlopu. Wracał z targu, zajmował się dokumentacją swojej firmy i często kończył pracę tuż przed północą w sobotę.

Moglibyśmy pomyśleć: „Taki człowiek nie ma czasu dla rodziny”.

Ale właśnie tutaj tkwi niezwykłość tej historii.

W niedzielny poranek nie odsypiał tygodnia pracy. Nie wysyłał dzieci do szkółki niedzielnej, samemu zostając w domu. Brał je ze sobą, aby słuchały głoszonego Słowa Bożego. Popołudniami zbierał rodzinę i czytał im Wędrówkę PielgrzymaJohna Bunyana. Każdego dnia prowadził nabożeństwo rodzinne. W domu rozbrzmiewała modlitwa, czytanie Biblii i śpiew pieśni.

Jakże łatwo dzisiaj usprawiedliwiać duchowe zaniedbania brakiem czasu.

Thomas Pink pokazuje coś innego. Problemem często nie jest brak czasu, lecz brak priorytetów.

Mojżesz mówił do Izraela:

„Będziesz wpajał te słowa swoim synom i będziesz o nich mówił, siedząc w swoim domu, idąc drogą, kładąc się i wstając.” (Pwt 6:7)

Wychowanie duchowe nie jest zadaniem kościoła zastępującym rodziców. Jest przede wszystkim powołaniem ojca i matki.

2. Dzieci patrzą bardziej na życie niż na słowa

Najbardziej poruszające w tej historii nie są rodzinne nabożeństwa.

Jest nim pewne zdanie.

Mały Arthur zapytał kiedyś ojca:

— Dlaczego tak starannie pastujesz swoje buty?

Ojciec odpowiedział:

— Poleruję je tak, jakby Pan Jezus miał je założyć.

To nie była teologia z kazalnicy.

To była teologia codzienności.

Kolosan 3:23 mówi:

„Cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie jak dla Pana, a nie dla ludzi.”

Dla Thomasa Pinka Chrystus nie był dodatkiem do życia. Nie był obecny tylko w niedzielę. Pan Jezus był obecny przy pracy, przy stole, podczas rodzinnego nabożeństwa, a nawet przy czyszczeniu butów.

Dzieci bardzo szybko rozpoznają różnicę między religią a autentyczną wiarą.

Można mówić o Chrystusie i jednocześnie żyć tak, jakby Go nie było.

Ale można też swoim życiem nieustannie wskazywać na Niego.

3. Największy ból pobożnych rodziców

A jednak wydarzyło się coś bolesnego.

Arthur, jego brat i siostra dorastali, lecz nie wykazywali oznak duchowego życia.

Wszystkie modlitwy, wszystkie nabożeństwa rodzinne, wszystkie przeczytane rozdziały Biblii wydawały się bezowocne.

Arthur poszedł jeszcze dalej. Nie tylko odrzucił chrześcijaństwo. Przyłączył się do teozofii – ruchu religijnego czerpiącego z mistycyzmu Wschodu, reinkarnacji i nauk sprzecznych z Ewangelią. Stał się aktywnym mówcą tej organizacji.

Jakże wielu rodziców zna ten ból. Wychowują dzieci w prawdzie, modlą się o nie, prowadzą je do kościoła, uczą Słowa Bożego, a potem patrzą, jak odchodzą.

Historia Thomasa Pinka przypomina ważną prawdę:

Najlepsze wychowanie nie może zbawić człowieka.

Może przygotować grunt. Może przekazać prawdę. Może chronić przed wieloma błędami. Ale tylko Duch Święty może dać nowe narodzenie.

Jezus powiedział Nikodemowi:

„Jeśli się ktoś nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego.” (J 3:3)

Pobożni rodzice nie są zbawicielami swoich dzieci. Chrystus jest.

4. Ojciec, który nie przestał mówić prawdy

Najpiękniejszy fragment tej historii rozgrywa się pewnego późnego wieczora.

Arthur wracał z zebrań teozoficznych. Ojciec czekał. Nie po to, by się kłócić. Nie po to, by wygrać dyskusję.

Po prostu czekał. A gdy syn wracał, często zostawiał mu jedno krótkie słowo z Pisma. Jak strzałę. Jak ziarno. Jak światło.

Pewnego wieczoru, w roku 1908, gdy Arthur mijał ojca i spieszył do swojego pokoju, usłyszał:

„Jest droga, która człowiekowi wydaje się słuszna, lecz w końcu prowadzi do śmierci.”

Tylko jedno zdanie. Bez kazania. Bez debaty. Bez argumentacji.

Jedno zdanie ze Słowa Bożego. I właśnie ono nie dawało mu spokoju.

To przypomina nam prawdę z Izajasza 55:11:

„Tak będzie z moim słowem, które wychodzi z moich ust: nie wróci do mnie puste.”

Rodzice często myślą, że ich słowa znikają bez śladu. Ale Słowo Boże potrafi leżeć w sercu przez lata. Jak nasienie pod śniegiem. Niewidoczne. Pozornie martwe. Aż przyjdzie Boży czas.

5. Trzy dni, które zmieniły wszystko

Arthur zamknął się w swoim pokoju. Chciał przygotować przemówienie dla teozofów. Nie potrafił.

W jego umyśle nieustannie brzmiał jeden werset:

"Jest droga, która wydaje się słuszna..."

Duch Święty rozpoczął swoje dzieło. Arthur zobaczył własną zgubę. Zobaczył, że jest grzesznikiem. Zobaczył, że potrzebuje Zbawiciela. I zaczął wołać do Boga.

Przez niemal trzy dni nie opuszczał swojego pokoju. W tym czasie rodzice modlili się. Nie wiedzieli dokładnie, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami.

Ale Bóg działał.

W końcu Arthur wyszedł. Ojciec spojrzał na niego. I powiedział:

— Chwała Bogu, mój syn został uwolniony.

Jak bardzo przypomina to przypowieść o synu marnotrawnym. Ojciec czeka, wypatruje, modli się. A gdy syn wraca, ojciec oddaje chwałę Bogu.

6. To Bóg dał wzrost

Niedługo później Arthur Pink wygłosił swoje ostatnie przemówienie wśród teozofów. Tym razem nie mówił o ich wierzeniach. Głosił Ewangelię. Ogłaszał prawdziwego Boga i Jezusa Chrystusa jako jedynego Zbawiciela.

Jeszcze tej samej nocy zrezygnował z członkostwa w organizacji. Ludzie nazwali go szaleńcem. Ale to nie on był szaleńcem. Był człowiekiem narodzonym na nowo. Szaleńcem jest każdy, kto odrzuca ratunek w Jezusie.

Paweł napisał:

„Ja zasadziłem, Apollos podlał, lecz Bóg dał wzrost.” (1 Kor. 3:6)

Thomas Pink zasiewał przez lata. Modlił się przez lata. Czekał przez lata. Ale wzrost dał sam Bóg.

Zastosowanie

Ta historia niesie trzy ważne lekcje.

Po pierwsze: nie lekceważ wpływu codziennej pobożności. Dzieci pamiętają więcej, niż nam się wydaje.

Po drugie: nie przestawaj modlić się za tych, którzy odeszli od Boga. Dopóki żyją, Bóg może ich przyprowadzić do siebie.

Po trzecie: ufaj mocy Słowa Bożego. Jedno zdanie Biblii, użyte przez Ducha Świętego, może zrobić więcej niż tysiące ludzkich argumentów.

Być może dziś ktoś nosi w sercu ciężar syna, córki, wnuka lub przyjaciela, który odszedł od Chrystusa.

Spójrz na Thomasa Pinka. Lata modlitwy, cierpliwości. Lata pozornie bezowocnej pracy.

A potem Bóg uczynił to, czego człowiek nie potrafił.

Bo choć ojciec wiernie siał, to Syn Boży zbawił. I nadal zbawia tych, za których wierzący rodzice nie przestają się modlić.