Historia Roberta Glovera
Robert Glover, (angielski szlachcic stracony w 1555 r), na dwa lub trzy dni przed śmiercią popadł w stan głębokiego duchowego opuszczenia. Choć był skazany na śmierć za wiarę, jego dusza była pełna smutku i pozbawiona jakiejkolwiek odczuwalnej pociechy. Czuł się ociężały na duchu i niegotowy na przyjęcie krzyża męczeństwa, obawiając się, że Bóg cofnął swoją łaskę.
Swoją udrękę wyznał bliskiemu przyjacielowi, Augustynowi (Bernherowi). Augustyn upomniał go, by cierpliwie wyczekiwał Pańskiego upodobania i trwał przy słusznej sprawie, nie wątpiąc, że Bóg nawiedzi go w stosownym czasie obfitym pocieszeniem.
Przełom nastąpił w samym momencie egzekucji: Mimo modlitwy trwającej całą noc, Glover wciąż nie czuł radości. Dopiero gdy szedł na miejsce stracenia i ujrzał stos, do którego miał zostać przywiązany, został nagle i niespodziewanie napełniony Duchem Świętym.
W przypływie ogromnej radości zaczął klaskać w dłonie i krzyknął do przyjaciela: „Augustynie, On przyszedł! On przyszedł!” (Augustinus, He is come, He is come!).
Jego postawa w obliczu płomieni była tak pełna wesela, że sprawiał wrażenie człowieka wyzwolonego z niebezpieczeństwa śmierci, a nie kogoś, kto właśnie w nią wchodzi. Bóg nie dopuszcza prób ponad siły i często udziela największej pociechy w najtrudniejszym momencie.
A teraz opowieść o duchowym wędrowcu, oparta na naukach Johannesa Hoornbeecka i Gisbertusa Voetiusa - wprowadza nas ona w najgłębsze arkana chrześcijańskiego doświadczenia “opuszczenia”.
Część I: Blask przed zmierzchem
Wyobraź sobie duszę jako Wędrowca, który przez długie lata kroczył w pełnym słońcu Bożej przychylności. Jego droga była prosta, a serce wypełniał pokój, który wydawał się niewzruszony. Modlitwa nie była dla niego trudem, lecz rozmową z Przyjacielem, a obietnice Pisma Świętego smakowały jak „miód z opoki”. Wędrowiec wierzył, że ten stan jest niezmienny, że jego wiara jest jak góra, która nigdy się nie zachwieje.
Nie wiedział jednak, że wiara ma swoją istotę (korzeń) oraz swoje odczuwanie (owoc). Czuł, doświadczał owocu, ale nie znał jeszcze mocy korzenia, który musi przetrwać zimę. Bóg, w swojej nieskończonej mądrości, postanowił poddać go próbie – nie po to, by go zatracić, ale by „wypróbować, co jest w jego sercu”.
Część II: Zapada noc – natura opuszczenia
Nagle, często bez wyraźnego uprzedzenia, słońce zaczęło zachodzić. Na drogę Wędrowca padł gęsty mrok, który inni pielgrzymi nazywają „duchową pustynią” lub „wewnętrznym krzyżem”. To nie był zwykły smutek; to było poczucie, że Bóg, który dotąd był tak blisko, nagle „wycofał się do swojego miejsca” i „zakrył swoje oblicze chmurą”.
Wędrowiec poczuł się jak dziecko, którego matka w ciemnym pokoju puściła rękę i schowała się za ścianą. Dziecko wie, że matka istnieje, ale jej brak napełnia je przerażającym lękiem. To opuszczenie nie jest całkowite ani ostateczne – Bóg wciąż podtrzymuje duszę „niewidzialną nicią łaski”, ale cofa odczuwalną radość i pocieszenie.
Ból, który uderzył w Wędrowca, był najcięższym ze wszystkich, jakie zna ludzka natura. Dlaczego? Ponieważ nie uderzył w ciało, ale bezpośrednio w duszę – najbardziej żywą i wrażliwą część człowieka, która nadaje ciału zdolność głębokiego odczuwania. Wędrowiec czuł się tak, jakby wpadał w „udręki piekielne”, a jego serce „topniało jak wosk”.
Część III: Walka na czterech frontach
W tym mroku Wędrowiec nie mógł odpocząć. Musiał stanąć do gwałtownej walki, która toczyła się na czterech polach bitwy:
1. Walka z milczącym Bogiem: Wędrowiec wołał w dzień i w nocy, lecz nad jego głową rozciągała się tylko obojętna pustka nieba. Pytał: „Panie, dlaczego stoisz z daleka...? Dlaczego chowasz się w czasach ucisku..?”. Czuł, że Bóg stał się dla niego „postrachem”, a Jego strzały „tkwią w nim głęboko”. To był najtrudniejszy etap – wierzyć w miłość Ojca, gdy widzi się tylko zagniewane oblicze Sędziego.
2. Walka z Szatanem – „Ryczącym Lwem”: Przeciwnik wykorzystał mrok. Szatan zaczął wrzucać w myśli Wędrowca „ogniste strzały” – bluźnierstwa przeciw Bogu i sugestie, że cała jego dotychczasowa droga była kłamstwem lub hipokryzją. Szatan szeptał: „Bóg cię porzucił, poddaj się rozpaczy”. Autorzy ostrzegają, że te myśli są jak gwałt zadany duszy – są winą kusiciela, a nie udręczonego wędrowca, o ile ten stawia im opór.
3. Walka z ludźmi i światem: Nawet otoczenie stało się ciężarem. Ludzie światowi, nie rozumiejąc duchowej walki, drwili: „Gdzie jest twój Bóg?”. Inni, podobnie jak przyjaciele Hioba, uznawali jego cierpienie za dowód ukrytych, strasznych grzechów. Wędrowiec czuł się „wyrzutkiem społecznym”, niezdolnym do uczestnictwa w ich powierzchownej radości.
4. Walka z samym sobą i sumieniem: Własne sumienie Wędrowca, pozbawione światła pociechy, stało się jego oskarżycielem. Przypominało mu grzechy młodości, wyolbrzymiało każdą słabość, aż Wędrowiec zaczął wierzyć, że nigdy nie miał w sobie prawdziwej wiary, a jedynie jej cień.
Część IV: Święta pedagogika – Boże cele
Błąkając się po bezdrożach „pustyni duchowej”, Wędrowiec zaczął powoli rozumieć, dlaczego Niebiański Lekarz dopuszcza tak gorzkie lekarstwo. Odkrył Boże cele ukryte w ciemności:
Próba szczerości: Bóg sprawdzał, czy Wędrowiec kocha Go dla pociech (darów), czy dla Niego samego (Dawcy). Czy będzie Go szukał nawet wtedy, gdy nie przynosi to natychmiastowej ulgi?.
Upokorzenie dumy: Słońce sprawiało, że Wędrowiec stawał się zbyt pewny siebie, „utył i brykał”. Mrok nauczył go, że bez łaski nie jest w stanie wykrzesać z siebie ani jednej dobrej myśli.
Wzbudzenie głodu: Nic tak nie zwiększa szacunku dla chleba, jak okres głodu. Wędrowiec uczył się cenić najmniejszy okruch łaski bardziej niż całe złoto świata.
Upodobnienie do Chrystusa: Wędrowiec zrozumiał, że musi przejść przez Getsemani i Golgotę, by stać się podobnym do swojego Mistrza, który również wołał: „Czemuś Mnie opuścił?”. Chrystus wypił kielich do dna, byśmy my nigdy nie zostali opuszczeni na wieki.
Część V: Droga do wyzwolenia
Wędrowiec nie poddał się chciwości czyli bałwochwalstwu. Choć nie czuł nic, postanowił „trzymać się wyznaczonego kursu”.
Szukał pomocy u mądrych przewodników, którzy przypominali mu jego dawne doświadczenia, gdy Bóg był mu bliski.
Trwał przy środkach łaski, modląc się nawet wtedy, gdy czuł, że jego słowa odbijają się od ściany, czytając Słowo, choć wydawało się martwe oraz trwając w społeczności z innymi.
Uczył się „wiary lgnącej” – takiej, która opiera się na obietnicy, a nie na uczuciu.
Bo właśnie wtedy, często w najciemniejszym momencie, gdy siły już całkiem ustają, następuje przełom.
Część VI: Powrót Oblubieńca i wieczne Hallelujah
Aż wreszcie przyszło wyzwolenie jak nagły świt po polarnej nocy. Chrystus „przebił się przez mury”, a Wędrowiec mógł wreszcie zawołać jak Maria Magdalena: „Rabbuni!” lub jak męczennik Glover: „On przyszedł! On przyszedł!”.
To nowe pocieszenie jest głębsze niż poprzednie. Wędrowiec nie jest już tym samym człowiekiem. Stał się „złotem wypróbowanym w ogniu”. Jego wiara nie była już oparta na emocjonalnej pogodzie, ale na fundamencie „wiecznego miłosierdzia”.
Teraz, patrząc wstecz, Wędrowiec widzi, że Bóg nigdy go nie zostawił. Każdy krok w mroku był zaplanowany, a każda rana została „polana przez Boga olejkiem radości”.
Boża opowieść kończy się triumfem: dusza, która przeszła przez „małe piekło”, jest teraz gotowa na pełnię nieba, gdzie słońce nigdy nie zachodzi, a Oblubieniec nigdy nie odchodzi. Tylko Boża opowieść kończy się triumfem.



