niedziela, 15 marca 2026

Matthew Everhard | Worship-tainment - Złoty Cielec współczesnego kościoła





 


Współczesna rozrywka worshipowa – złoty cielec

Cieszący się uznaniem teolog R.C. Sproul stwierdził niegdyś, że najbardziej ekscytujące nabożeństwo opisane na kartach Biblii odnajdujemy w trzydziestym drugim rozdziale Księgi Wyjścia. Teza ta może zdumiewać, jako że owa „posługa” była w rzeczywistości aktem buntu przeciwko Bogu, a nie czystym uwielbieniem. 

Podczas gdy Mojżesz przebywał na górze, by rozmawiać z Bogiem i przyjąć boskie objawienie, Izraelici oddali się świętowaniu. Mieli powody do radości: Bóg niedawno wywiódł ich z niewoli faraona i bezpiecznie przeprowadził przez Morze Czerwone.

Wychodząc z Egiptu, otrzymali od swych ciemiężców dary ze złota. Jednak widok „nabożeństwa”, które rozegrało się u stóp góry, doprowadził Mojżesza do furii, sprawiając, że roztrzaskał tablice Prawa. Lud złamał pierwsze dwa przykazania, czcząc martwego, złotego cielca – przedmiot, który nie słyszał modlitw i nie mógł działać tak potężnie, jak Pan. Aaron uległ presji tłumu pragnącego czegoś ekscytującego, głośnego i lśniącego. 

Zamienili Boga chwały na niemy, nieruchomy posąg; oddanie Wybawicielowi porzucili dla chwilowej euforii tańca i śpiewu.

Dlaczego Bóg zapłonął gniewem?

Incydenty takie jak ten pod górą Synaj, taniec proroków Baala (1 Król. 18) czy występy orkiestry Nabuchodonozora (Dan. 3) łączy jedno: były one odrażającym kłamstwem i bałwochwalstwem. Choć towarzyszyła im ekscytacja i „zabawa”, były godne pogardy. 

Gniew Mojżesza odzwierciedlał święte oburzenie Boga, którego gniew „zapłonął”, gdyż lud szybko zboczył z wyznaczonej drogi. Izraelici zlekceważyli fakt, że to Bóg określa sposób, w jaki chce być czczony: wyznacza dzień, miejsce, ofiary i sługi.

Współczesny Kościół często ocenia jakość nabożeństwa przez pryzmat ludzkich preferencji, a nie Bożych standardów. Wiele wspólnot i całych denominacji „wymyśla” formy kultu, które – jak sądzą – Bóg mógłby zaakceptować, a które są dla nich samych atrakcyjne i przyjemne. Choć przepełnione energią i szczerością, nabożeństwa te opierają się na efektach, których Pismo nie nakazuje: światłach, laserach czy dramaturgii. 

Jeśli forma uwielbienia nie jest nakazana w Biblii, nie powinniśmy jej stosować, bez względu na jej atrakcyjność dla zmysłów. Standardem nie jest to, co przyciągnie niewiernych, lecz to, czego wymaga od nas Bóg, który sam najlepiej wie, co Mu się podoba.

„Worshiptainment” – Złoty cielec dzisiejszych czasów

Zjawisko to można określić mianem worshiptainmentu – terminem powstałym z połączenia słów „uwielbienie” (worship) oraz „rozrywka” (entertainment). Współcześni liderzy próbują nas przekonać, że solidna dawka rozrywki sprawi, iż wiara stanie się bardziej przystępna i atrakcyjna. Zakłada się, że tradycyjne nabożeństwo jest nudne i przestarzałe, więc należy je „uatrakcyjnić”.

W efekcie kościelne sceny przypominają studia programów typu Mam Talent, narteksy (przedsionki) wyglądają jak kawiarnie Starbucks, a liderzy uwielbienia upodabniają się do uczestników Idola. Usuwa się Biblie i śpiewniki, a w ich miejsce wprowadza profesjonalne klipy wideo, maszyny do dymu, stroboskopy i lasery. 

Wszystko to ma służyć zadowoleniu tzw. „poszukujących”, choć w rzeczywistości schlebia niedojrzałości wiernych. Aby zrobić miejsce dla rozrywki, wycina się elementy kluczowe: publiczne wyznanie grzechów, czytanie Pisma Świętego czy modlitwy za prześladowany Kościół. Kazania ekspozycyjne zastępuje się cyklami łagodnych „pogadanek”, które nie mają już w sobie proroczej mocy Boźego Słowa.

Powrót do fundamentów

W niniejszej publikacji poddamy analizie kilka kategorii, które uległy korozji przez naszą żądzę rozrywki:

  1. Zwiastowanie Słowa Bożego – jak jest realizowane, a jak być powinno.
  2. Muzyka kościelna – która stała się centrum sporów, wykraczając daleko poza dawne debaty o hymnach i pieśniach.
  3. Liturgia – czyli sama struktura nabożeństwa.
  4. Sakramenty – chrzest i Wieczerza Pańska, które w swej prostocie ukazują Ewangelię lepiej niż maszyny do dymu.
  5. Liderzy – kogo decydujemy się naśladować i ordynować.

Autor nie kryje swoich przekonań – wyrastają one z teologii reformowanej i praktyki prezbiteriańskiej. Celem nie jest zachowanie tradycji dla niej samej, lecz wezwanie do czystszej formy biblijnego uwielbienia, które raduje serce Boga, a nie zaspokaja zmienne gusta ludzi. 

Każdy z nas powinien zadać sobie pytanie: czy nie przyczyniamy się do odlewania złotego cielca worshiptainmentu, domagając się go od swoich pasterzy?. 

Najwyższym celem jest chwała Boża i oddawanie Mu czci „w duchu i w prawdzie” (J 4,24). Jeśli w wyniku tej lektury nasze „złote cielce” zostaną rozbite i starte na proch, niech Bóg będzie uwielbiony, a nasz kult lepiej odzwierciedla Jego wielkość.



sobota, 14 marca 2026

Hebrajczyków 11:27–29 Wiara, która widzi Niewidzialnego

 


Wiara, która widzi Niewidzialnego

Hebrajczyków 11:27–29


Gladys May Aylward (24-02-1902 – 3-01-1970) była brytyjską ewangeliczną misjonarką chrześcijańską w Chinach.

W 1937 roku Japonia zaatakowała Chiny, a prowincja Shanxi zamieniła się w strefę wojny. Samoloty myśliwskie zamieniały wioski w gruzy. Gospoda Ośmiu Błogosławieństw, w której służyła Gladys, została zniszczona.

I wtedy dzieci zaczęły pojawiać się u jej drzwi.

Pierwsza była mała dziewczynka, którą odkupiła od żebraczki za dziewięć pensów. Nazwała ją Ninepence.

Potem pojawiały się kolejne.

I kolejne.

Każde z tych dzieci straciło wszystko: rodziców zabitych w bombardowaniach, domy spalone do fundamentów, rodzeństwo rozproszone po świecie.

Gladys przyjmowała je wszystkie.

Wkrótce opiekowała się prawie setką dzieci — bez zapasów, bez pomocy, podczas gdy japońscy żołnierze byli coraz bliżej.

Jedną grupę dzieci udało się już wcześniej wysłać w bezpieczne miejsce. Ale Gladys została z resztą, wierząc, że chrześcijanie nie uciekają przed niebezpieczeństwem.

Wtedy dowiedziała się, że Japończycy wyznaczyli nagrodę za jej głowę. Przekazywała informacje chińskim oddziałom. Wróg chciał ją schwytać — albo zabić.

Tej nocy, gdy się o tym dowiedziała, kule zaczęły przebijać jej okna. Uciekła z miasta ledwie żywa, z krwawiącym ramieniem draśniętym kulą.

Teraz stanęła przed niemożliwym wyborem.

Najbliższy bezpieczny sierociniec znajdował się w mieście Sian — 240 mil dalej, za pasmami gór i Żółtą Rzeką.

Nie było samochodów.

Nie było pociągów.

Nie było zapasów.

Tylko jej własne nogi — i prawie setka dzieci, z których niektóre ledwie potrafiły chodzić.

W kwietniu 1940 roku wyruszyli.

Każde dziecko niosło miskę, pałeczki, ręcznik i cienki koc.

To było wszystko, co posiadało na świecie.

Przez dwadzieścia siedem dni szli.

Przez strome przełęcze, gdzie wysokość odbierała im oddech.

Przez doliny, gdzie za każdą skałą mogli czaić się bandyci.

Starsze dzieci nosiły młodsze na plecach. Gladys zawsze miała przynajmniej jedno dziecko na rękach, a dwoje innych trzymało się jej ubrania.

Gdy najmłodsi płakali z wyczerpania — śpiewała im hymny.

Gdy błagali, by się zatrzymać — opowiadała historie.

Gdy kończyło się jedzenie — pukała do drzwi i prosiła obcych o resztki.

Większość ludzi pomagała.

Żołnierze dzielili się racjami żywnościowymi.

Buddyjski mnich pozwolił im pewnej nocy spać w opuszczonej świątyni.

Dwunastego dnia dotarli do Żółtej Rzeki.

Była prawie półtorej kilometra szeroka. Szybka. Głęboka na tyle, by w kilka sekund pochłonąć dorosłego człowieka.

Miasto nad rzeką było opuszczone.

Nie było łodzi.

Nie było promu.

Nie było sposobu, by się przeprawić.

Za nimi japońscy żołnierze byli coraz bliżej...

_______________________

1. Co robisz, gdy nie widzisz drogi?

Wyobraź sobie, że stoisz nocą nad brzegiem wód.
Za tobą zbliża się armia. Słychać ryk rydwanów, szczęk broni i krzyki żołnierzy. 

Przed tobą — tylko woda. Nie ma mostu. Nie ma łodzi. Nie ma drogi.

A jednak Bóg mówi: „Idźcie naprzód.”

Tak wyglądała sytuacja Izraela w czasie wyjścia z Egiptu. Autor Listu do Hebrajczyków opisuje tę historię jednym zdaniem, które odsłania serce całego wydarzenia:

„Przez wiarę Mojżesz opuścił Egipt, nie uląkłszy się gniewu króla; wytrwał bowiem, jakby widział Niewidzialnego.”  (Hebr 11:27)

To zdanie pokazuje nam, czym naprawdę jest biblijna wiara.


2. Wiara widzi zagrożenie, ale bardziej dostrzega Boga.

Autor Listu do Hebrajczyków mówi, że Mojżesz „nie uląkł się gniewu króla”.

Faraon był najpotężniejszym człowiekiem w tamtym świecie. Sprzeciwienie się jego woli oznaczało praktycznie wyrok śmierci. A jednak Mojżesz prowadzi lud z Egiptu.

Dlaczego?

Bo — jak mówi tekst — „wytrwał, jakby widział Niewidzialnego.”

Te słowa są niezwykle głębokie. Autor Listu do Hebrajczyków wskazuje tutaj na duchową perspektywę Mojżesza: nie ignorował on niebezpieczeństwa, lecz patrzył na Boga, który jest większy niż każde niebezpieczeństwo.

To właśnie jest wiara.

Wiara nie oznacza, że nie ma problemów.
Wiara oznacza, że Bóg jest bardziej realny niż problemy.

Dlatego Paweł napisze później:

„Albowiem w wierze postępujemy, a nie w oglądaniu.”

“Nasze postępowanie opiera się na wierze (pełnym zaufaniu Bogu), a nie na tym, co widzialne.”
(2 Kor 5:7)


3. Wiara ufa Bożemu słowu, nawet gdy sposób zbawienia wydaje się dziwny

Następny werset mówi:

Dzięki wierze również zarządził Paschę i nakazał Izraelitom oznaczyć drzwi krwią baranka. Dzięki temu anioł, który uśmiercał najstarszych synów we wszystkich rodzinach, oszczędził Izraelitów..”
(Hebr 11:28)

Bóg polecił Izraelitom zrobić coś zaskakującego:
zabić baranka i pokropić krwią odrzwia domu.

Po ludzku to nie miało sensu. Kilka kropli krwi na drzwiach nie wyglądało jak ochrona przed sądem Bożym.

Reformator John Calvin zauważył, że...:

„Mogło to wydawać się niezwykłe i dziwne, żeby kilka kropli krwi miało być lekarstwem przeciwko gniewowi Boga.”

A jednak Mojżesz i lud Izraela uwierzyli.

Dlaczego?

Bo Bóg tak powiedział.

I rzeczywiście, czytamy:

„Kiedy ujrzę krew, ominę was.”
(Wj 12:13)

To wydarzenie było zapowiedzią czegoś większego.
Nowy Testament mówi, że prawdziwą Paschą jest Jezus:

Zostaliście przecież oczyszczeni przez samego Chrystusa, który stał się naszą ofiarą paschalną!
(1 Kor 5:7)

Tak jak krew baranka chroniła Izraelitów przed sądem i karą śmierci w Egipcie, tak krew Chrystusa chroni grzeszników przed sądem Bożym.


4. Wiara idzie drogą Boga — a niewiara prowadzi do zguby

Ostatni obraz w tym fragmencie to przejście przez Morze Czerwone.

Dzięki wierze Izraelici suchą stopą przeszli Morze Czerwone, mimo że ścigający ich Egipcjanie zostali pochłonięci przez wodę..”
(Hebr 11:29)

To niezwykły szczegół:
Egipcjanie weszli w tę samą drogę co Izrael.

Różniła ich jedna rzecz — wiara.

Izrael szedł drogą wiary, ufając Bogu.
Egipcjanie szli drogą swojej wiary, chcąc zniszczyć lud Boży.

Rezultat był zupełnie inny.

Ta historia pokazuje ważną prawdę: 

zewnętrzne naśladowanie ludu Bożego nie jest tym samym co prawdziwa wiara.

Można robić rzeczy podobne do chrześcijan:

  • chodzić do kościoła

  • znać Biblię

  • mówić religijne słowa

a jednak nie ufać Bogu naprawdę.

Dlatego Jezus ostrzega:

„Nie każdy, kto mi mówi: Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebios.”
(Mt 7:21)


5. Praktyczne pytanie: czy naprawdę ufam Chrystusowi?

Ten fragment kończy się ważnym wezwaniem dla naszego serca.

Autor Listu do Hebrajczyków pokazuje, że prawdziwa wiara:

  • patrzy na niewidzialnego Boga,

  • ufa Bożemu słowu,

  • i idzie drogą, którą Bóg otwiera.

Dlatego muszę zadawać sobie pytanie:

Czy moja wiara jest prawdziwa?

Nie chodzi tylko o religijne zwyczaje.
Chodzi o to, czy naprawdę polegamy na Chrystusie.

Czy wierzymy, że:

  • Jego krew naprawdę gładzi nasze grzechy

  • Jego obietnice są pewne

  • Jego droga jest najlepsza, nawet gdy wygląda niemożliwie


Patrz na Niewidzialnego

Mojżesz mógł patrzeć z trwogą na Faraona.
Mógł patrzeć ze strachem na morze.
Mógł dostrzegać realne niebezpieczeństwo.

Ale zamiast tego patrzył na Boga.

I dlatego szedł naprzód.

Tak samo chrześcijanin żyje każdego dnia.
Nie dlatego, że wszystko widzi jasno — lecz dlatego, że zna Boga, który widzi wszystko.


____________

...Przez trzy dni siedzieli skuleni na brzegu rzeki — głodni, bezbronni, patrząc na wodę, która wydawała się oceanem.

Gladys zaczęła popadać w rozpacz.

Wtedy mała dziewczynka zadała jej pytanie, które zmieniło wszystko:

„Czy nie wierzysz, że Bóg może rozdzielić wody tak jak dla Mojżesza?”

Gladys padła na kolana i modliła się goręcej niż kiedykolwiek w życiu.

Kilka godzin później pojawił się chiński oficer z łodziami. Rozkazał przeprawić wszystkich przez rzekę, choć oficjalnie była zamknięta dla wszelkich przepraw.

Przed nimi wciąż było kolejne pasmo gór.

Więcej dni marszu.

Więcej nocy na gołej ziemi.

Pod koniec kwietnia, gdy dotarli do Sian, Gladys ledwie mogła stać na nogach.

Doprowadziła każde jedno ocalałe dziecko do drzwi sierocińca.

A potem upadła.

Lekarze znaleźli u niej tyfus, zapalenie płuc i poważne krwawienie wewnętrzne z powodu rany postrzałowej, którą ignorowała przez tygodnie. Przez kilka dni była w majaczeniu. Nikt nawet nie wiedział, kim jest.

Przez miesiąc walczyła o życie.

I tak jak w obliczu każdej niemożliwej rzeczy wcześniej — nie poddała się.

Gladys przeżyła.

Do końca życia pracowała z sierotami — najpierw w Chinach, potem na Tajwanie, gdy władzę przejęli komuniści.

________

Dlatego:

  • gdy pojawia się strach — patrz na Boga

  • gdy droga wydaje się zamknięta — ufaj Jego słowu

  • gdy sumienie oskarża — schroń się pod krwią Chrystusa

Bo prawdziwa wiara zawsze robi jedną rzecz:

widzi Niewidzialnego — i idzie za Nim.



















Marka 3 Trzy perspektywy (Faryzeusz, Brat Jezusa, Szymon Piotr)



AUDIO:


Ew  Marka 3


Faryzeusz: 

Słuchajcie uważnie, bo to, co dzieje się w Kafarnaum, to nie jest tylko kwestia kilku uzdrowień – to atak na fundamenty naszej wiary i porządku, który budowaliśmy przez wieki. My, faryzeusze, mamy za zadanie strzec Prawa, a ten człowiek, Jezus, zdaje się je całkowicie ignorować.

Wszystko zaczęło się w synagodze. Był szabat – święty dzień odpoczynku. Widzieliśmy tam człowieka ze sparaliżowaną ręką i obserwowaliśmy Jezusa, żeby sprawdzić, czy odważy się złamać Prawo. On jednak, zamiast uszanować tradycję, zaczął nas prowokować pytaniami o ratowanie życia. Spojrzał na nas z gniewem, bo milczeliśmy, i po prostu uzdrowił tego człowieka. To był szczyt bezczelności. Dlatego zaraz po wyjściu musieliśmy naradzić się ze zwolennikami Heroda, jak Go powstrzymać – ten człowiek jest niebezpieczny dla narodu.

A potem? Chaos. Nad jeziorem zebrały się ogromne tłumy, ludzie z Jerozolimy, Idumei, a nawet od pogan z Tyru i Sydonu. To nie jest religijne zgromadzenie, to niekontrolowany tłum, który napiera na Niego tak mocno, że musi uciekać do łodzi. Co gorsza, słyszymy, jak ludzie opętani przez demony krzyczą do Niego „Synu Boży!”, a On im na to pozwala. To budzi nasz największy niepokój.

Widzieliśmy też, kogo sobie dobiera na współpracowników. Poszedł na górę i wybrał dwunastu ludzi. Spójrzcie na nich: Szymon, któremu nadał nowe imię, Jakub i Jan – ludzie tak wybuchowi, że nazywa ich „Synami Gromu”. Jest tam nawet Mateusz, który przecież był kolaborantem i zbierał podatki dla Rzymu. To nie są żadni superbohaterowie ani uczeni w Piśmie, to „ludzie złamani”, zwykli rybacy i grzesznicy. Jak On może twierdzić, że tacy ludzie mają uwalniać innych od demonów?

Kiedy wrócił do domu, sytuacja stała się wręcz absurdalna. Tłum był tak wielki, że Jezus i Jego uczniowie nie mieli nawet kiedy zjeść. Nawet Jego właśni krewni przyszli, żeby Go zabrać siłą, bo uznali, że „postradał zmysły”. Nasi uczeni, którzy przybyli prosto z Jerozolimy, postawili sprawę jasno: On jest opętany przez Belzebuba. To władca demonów daje Mu moc, by wyrzucać inne demony. Jezus próbuje się bronić jakąś logiką o skłóconym królestwie, ale my wiemy swoje.

Najgorsze było jednak to, jak potraktował swoją rodzinę. Gdy matka i bracia stali na zewnątrz i prosili o spotkanie, On zlekceważył więzy krwi. Rozejrzał się po tych wszystkich ludziach siedzących wokół Niego i stwierdził, że to oni są Jego rodziną, bo niby wypełniają wolę Boga.

Dla nas to czyste bluźnierstwo. On twierdzi, że przynosi coś nowego, że relacja z Nim jest ważniejsza niż tradycja i Prawo. Ale uważajcie: każdy, kto twierdzi, że te cuda są sprawą Ducha Świętego, a nie szatana, ryzykuje wieczny grzech. My będziemy Go obserwować dalej, bo ten porządek, który On wprowadza, wywraca nasz świat do góry nogami.


__________________________


 Ew  Marka 3
Brat Jezusa: 


Słuchajcie, to, co działo się w ostatnich dniach w Kafarnaum, przerosło nas wszystkich. Jako Jego rodzony brat, widziałem Go przez lata przy normalnej pracy, przy stole, w codziennych sprawach. Ale to, co zaczęło do nas docierać z miasta, brzmiało jak jakieś szaleństwo.

Wszystko zaczęło się od plotek o tym, co zrobił w synagodze. Opowiadano, że w sam szabat, na oczach faryzeuszy, uzdrowił człowieka z uschniętą ręką. Ludzie mówili, że bił od Niego gniew i smutek z powodu ich twardych serc. Myśleliśmy: „Co On wyprawia? Przecież faryzeusze już teraz spiskują z ludźmi Heroda, żeby Go zlikwidować”.

Potem było tylko gorzej. Gdziekolwiek się ruszył, ciągnęły za Nim tłumy – nie tylko z naszej Galilei, ale z Jerozolimy, a nawet z Tyru i Sydonu. Słyszeliśmy, że ludzie opętani przez złe duchy padają przed Nim na twarz, krzycząc, że jest Synem Bożym. W domu narastał niepokój. Mama patrzyła w okno, a my, bracia, zaczęliśmy się poważnie martwić. Kiedy doszły nas słuchy, że Jezus i Jego nowi uczniowie są tak oblężeni przez ludzi, że nie mają nawet czasu, żeby cokolwiek zjeść, uznaliśmy, że trzeba działać.

„Musiał postradać zmysły!” – to była pierwsza myśl, jaka przyszła nam do głowy. Postanowiliśmy pójść tam i po prostu zabrać Go do domu, zanim stanie się coś złego.

Kiedy dotarliśmy pod dom, w którym przebywał, nie dało się wcisnąć nawet szpilki. Tłum był gęsty, duszny i głośny. Co gorsza, słyszałem, co szeptali uczeni w Piśmie, którzy przyjechali aż z Jerozolimy. Mówili straszne rzeczy: że Jezus jest opętany przez Belzebuba i że wyrzuca demony mocą ich władcy. Serce mi pękło. Chcieliśmy Go ratować przed tymi oskarżeniami, przed tym całym chaosem.

Staliśmy na zewnątrz, bo przez ten ścisk nie było szans wejść do środka. Posłaliśmy kogoś, żeby Go wywołał. „Twoja matka i bracia szukają Cię” – przekazano Mu wiadomość.

Czekaliśmy, że wyjdzie, że odetchnie, że wróci z nami do Nazaretu, gdzie jest bezpiecznie. Ale odpowiedź, która do nas dotarła, była jak uderzenie pioruna. Jezus rozejrzał się po tych wszystkich obcych ludziach siedzących wokół Niego i zapytał: „Kto jest moją matką i moimi braćmi?”. A potem dodał coś, co na początku nas zabolało, ale co do dziś dźwięczy mi w uszach: „Moim bratem i siostrą, i matką jest każdy, kto wypełnia wolę Boga”.

Wtedy tego nie rozumiałem. Czułem się odtrącony. Ale teraz widzę to inaczej. Jezus nie przestał nas kochać, On po prostu pokazał, że buduje nową, ogromną rodzinę, która nie opiera się na więzach krwi, ale na bliskości z Bogiem. On nie szukał „idealnych” krewnych, ale tych, którzy chcą z Nim po prostu być.

Dziś wiem, że to nie On postradał zmysły. To my nie rozumieliśmy, że misja, którą dostał od Ojca, przekracza ramy naszego małego, rodzinnego domu. Wybrał sobie dwunastu chłopaków – rybaków, byłego celnika, ludzi z problemami – i zrobił z nich swoich braci. To była lekcja dla mnie: w Jego królestwie każdy, kto ufa Bogu, ma swoje miejsce przy stole. Nawet jeśli rodzina na początku puka się w czoło.

________________________


 Ew  Marka 3
Szymon Piotr


Nazywam się Szymon, ale On mówi na mnie Piotr. Jeśli myślicie, że bycie uczniem Jezusa to nudne siedzenie w ławkach, to kompletnie Go nie znacie. Moje życie zamieniło się w wir, którego nie da się zatrzymać, a ostatnie dni w Kafarnaum tylko to potwierdziły.

Wszystko zaczęło się w synagodze. Pamiętam ten gęsty klimat – Jezus stał tam, a faryzeusze gapili się na Niego jak sępy, czekając, aż popełni błąd. Był szabat, a przed Nim stał gość z całkowicie bezwładną, uschniętą ręką. Jezus zapytał ich wprost: „Czy w szabat wolno pomagać, czy niszczyć?”. Zapadła cisza, taka, że słychać było własny oddech. Widziałem w Jego oczach gniew, ale i ogromny smutek, bo ich serca były twarde jak głazy. „Wyciągnij rękę!” – rzucił krótko. I wiecie co? Ten facet ją wyciągnął, a ona była zdrowa. Zamiast się cieszyć, tamci wyszli i zaczęli knuć, jak Go zabić. Szaleństwo.

Później uciekliśmy nad jezioro, ale tam było jeszcze gorzej – w pozytywnym sensie. Tłumy waliły zewsząd: z Jerozolimy, z Tyru, nawet zza Jordanu. Ludzie tak na Niego napierali, że musieliśmy przygotować łódź, żeby Go nie stratowali. Każdy chciał Go choć dotknąć. To nie byli „idealni” ludzie – wielu z nich było chorych, cierpiących, a niektórzy krzyczeli pod wpływem złych duchów.

W końcu Jezus zabrał nas na górę. To był moment, którego nigdy nie zapomnę. On nie wybrał nas dlatego, że byliśmy najlepsi, ale dlatego, że sam chciał. Wybrał naszą dwunastkę. Spójrzcie na tę ekipę: ja – impulsywny rybak, Jakub i Jan, czyli „Synowie Gromu”, którzy wybuchają o byle co, Mateusz, który kiedyś zbierał podatki dla okupanta, a nawet Judasz. Jesteśmy mieszanką charakterów i problemów, ludźmi „złamanymi”, a nie superbohaterami. Jezus powiedział, że mamy z Nim po prostu być, a potem iść i robić rzeczy, które normalnie nas przerastają, jak choćby wyrzucanie demonów.

Kiedy wróciliśmy do domu, chaos nie ustawał. Nie mieliśmy nawet czasu, żeby coś zjeść. Wtedy zaczęły się schody. Jego własna rodzina przyszła, żeby Go zabrać, bo sądzili, że „postradał zmysły”. Presja była ogromna – najbliżsi Cię nie rozumieją, a przywódcy religijni wyzywają od opętanych przez Beelzebuba. To boli, wierzcie mi.

Ale wtedy Jezus zrobił coś niesamowitego. Rozejrzał się po nas, siedzących wokół Niego w tym ścisku, i powiedział: „Oto moja matka i moi bracia. Każdy, kto wypełnia wolę Boga, jest moim bratem, siostrą i matką”.

Dotarło to do mnie z całą siłą. W świecie, gdzie ciągle musisz walczyć o akceptację, On spojrzał na mnie pierwszy. Nie muszę zasługiwać na Jego uwagę. Wybrał mnie ze wszystkimi moimi wadami i dał mi nową tożsamość. Jeśli czujesz, że nikt Cię nie rozumie, pamiętaj – my też przez to przechodziliśmy. Ale bycie w tej Jego nowej „rodzinie” jest warte każdego niezrozumiałego spojrzenia.