poniedziałek, 14 września 2026

Smyrna 1922 — kiedy ogień pochłonął miasto i pamięć

 

Smyrna 1922 — kiedy ogień pochłonął miasto i pamięć

Krzyk było słychać wiele kilometrów w morze.

13 września 1922 roku brytyjski dziennikarz George Ward Price stał na pokładzie brytyjskiego okrętu wojennego zakotwiczonego u wybrzeży Smyrny. Przed jego oczami płonęło miasto.

Opisywał widok jako „nieprzerwaną ścianę ognia” ciągnącą się przez około dwie mile. Płomienie wyrzucały w niebo języki ognia, a morze pod nimi przybrało miedziano-czerwony kolor.

Ale najbardziej przerażający nie był sam ogień.

Byli nim ludzie.

Na wąskim nabrzeżu, między płonącym miastem a morzem, zgromadziły się dziesiątki, a według niektórych szacunków setki tysięcy przerażonych ludzi. Wielu z nich było Grekami i Ormianami. Byli tam starcy, kobiety i dzieci. Matki trzymały niemowlęta. Rodziny niosły to, co zdołały uratować.

Za ich plecami płonęła Smyrna.

Przed nimi znajdowały się okręty mocarstw zachodnich.

A między nimi — morze.

Price pisał o krzyku „czystego, rozpaczliwego przerażenia”, który niósł się nad wodą na ogromną odległość.

To była Smyrna.

Miasto, które przez stulecia było jednym z najważniejszych portów wschodniej części Morza Śródziemnego.

I miasto, którego chrześcijańska historia sięgała czasów apostolskich.

Miasto, które znało apostołów

Smyrna — dzisiejszy Izmir — nie była zwyczajnym miastem.

Była jednym z siedmiu miast, do których Chrystus skierował przesłanie przez apostoła Jana w Księdze Objawienia.

Do zboru w Smyrnie Jezus powiedział:

„Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota”.

To niezwykle przejmujące, gdy znamy późniejszą historię tego miasta.

W II wieku biskupem Smyrny był Polikarp. Według starożytnego świadectwa, gdy władze rzymskie zażądały od niego wyrzeczenia się Chrystusa, odmówił.

Nie uratował swojego życia. Pozostał wierny. Został spalony jako męczennik.

Przez następne stulecia chrześcijaństwo przetrwało w Azji Mniejszej mimo prześladowań, wojen i zmieniających się imperiów.

Aż nadszedł rok 1922. Wtedy Smyrna miała stać się symbolem końca pewnej epoki.

Smyrna przed katastrofą

Na początku XX wieku Smyrna była jednym z najbardziej kosmopolitycznych miast regionu. Mieszkali tam Grecy, Turcy, Ormianie, Żydzi, Lewantyńczycy, Europejczycy i Amerykanie.

Były tam kościoły, szkoły, szpitale, teatry, banki, sklepy i drukarnie. W mieście działały instytucje różnych wspólnot religijnych i narodowych.

Według przedwojennych danych amerykańskiego konsulatu miasto liczyło około 400 tysięcy mieszkańców, choć dokładne dane demograficzne są przedmiotem sporów. Wśród mieszkańców znajdowali się m.in. Grecy, Turcy, Ormianie, Żydzi oraz liczni Europejczycy. (gpoulimenos.info)

Było to miejsce, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Ale za tym obrazem kryły się również narastające napięcia narodowe i religijne.

Pierwsza wojna światowa, rozpad Imperium Osmańskiego, nacjonalizm turecki i wojna grecko-turecka przyniosły regionowi niewyobrażalne cierpienia.

Greckie oddziały podczas odwrotu również dopuściły się zbrodni przeciwko ludności tureckiej. W Anatolii dochodziło do mordów, rabunków i podpaleń po obu stronach konfliktu.

Nie wolno tego przemilczać.

Cierpienie niewinnych ludzi nie staje się mniej ważne tylko dlatego, że cierpieli po „niewłaściwej” stronie historii.

Ale we wrześniu 1922 roku wydarzyło się coś szczególnego. Do Smyrny zaczęły napływać tłumy chrześcijańskich uchodźców uciekających przed wojną i przemocą z innych części Anatolii.

Smyrna miała być dla nich schronieniem. Stała się pułapką.

9 września

We wrześniu 1922 roku armia grecka wycofała się z Anatolii.

9 września do Smyrny wkroczyły oddziały tureckiego ruchu nacjonalistycznego. Początkowo sytuacja nie wyglądała jak początek katastrofy. Ale wkrótce zaczęły się grabieże, morderstwa i przemoc wobec ludności chrześcijańskiej.

Wśród ofiar znalazł się prawosławny metropolita Smyrny — Chryzostomos. Miał możliwość opuścić miasto. Nie zrobił tego. Pozostał ze swoim ludem.

Został zatrzymany i wydany tłumowi. Został zamordowany w sposób wyjątkowo brutalny.

Relacje dotyczące dokładnego przebiegu jego śmierci różnią się w szczegółach, ale jego zabójstwo jest dobrze poświadczone. (Wikipedia)

To wydarzenie stało się jednym z symboli tragedii Smyrny. Pasterz nie uciekł. Pozostał przy owcach. I zginął razem z nimi.

13 września — ogień

Cztery dni później wybuchł pożar.

I tutaj historia wymaga szczególnej ostrożności.

Przez dziesięciolecia odpowiedzialność za jego rozpoczęcie była przedmiotem gwałtownego sporu. Strona turecka przypisywała podpalenie Grekom lub Ormianom. Liczni świadkowie zachodni twierdzili natomiast, że ogień został wzniecony przez tureckich żołnierzy.

Minnie Mills, amerykańska misjonarka i dyrektorka American Collegiate Institute for Girls, zeznała, że widziała tureckich żołnierzy niosących pojemniki z substancją łatwopalną do budynków, po czym pojawiały się płomienie.

Brytyjski rząd, odpowiadając w listopadzie 1922 roku w Izbie Gmin na pytanie o pochodzenie pożaru, stwierdził, że według informacji rządu świadectwa wiarygodnych świadków wskazywały na tureckich żołnierzy jako tych, którzy wzniecili pożar. (api.parliament.uk)

Z drugiej strony amerykańskie dokumenty dyplomatyczne zachowały ostrożniejsze stanowisko: wskazywały, że sprzeczne świadectwa uniemożliwiały definitywne ustalenie, kto rozpoczął konkretne podpalenia. Jednocześnie podkreślały, że tureckie władze wojskowe nie zdołały zapewnić porządku ani ochrony ludności, co w ogromnym stopniu przyczyniło się do rozmiaru tragedii. (Office of the Historian)

Dlatego uczciwiej jest powiedzieć:

Istnieją mocne świadectwa przypisujące podpalenie tureckim oddziałom, ale dokładna odpowiedzialność za każde z ognisk pozostaje przedmiotem sporu historycznego. Bezsporne jest natomiast to, że pożar zniszczył znaczną część miasta, a władze okupacyjne nie zapewniły chrześcijańskiej ludności odpowiedniej ochrony przed przemocą.

I właśnie to jest najważniejsze.

Między ogniem a morzem

Ogień szybko się rozprzestrzeniał. Płonęły domy. Sklepy. Szkoły. Kościoły. Szpitale. Całe dzielnice. Płomienie przesuwały się w kierunku nabrzeża, gdzie zgromadziły się tłumy uchodźców. 

Nagle tysiące ludzi znalazły się w pułapce. Za nimi — ogień. Przed nimi — morze. Wokół nich — żołnierze. A na morzu — okręty mocarstw zachodnich.

Amerykańskie dokumenty z tamtego okresu mówią o około 300 tysiącach pozbawionych środków do życia uchodźców znajdujących się w Smyrnie. (Office of the Historian)

Nie wszyscy byli tam od początku mieszkańcami miasta. Wielu było uchodźcami, którzy wcześniej uciekli z innych części Anatolii. Uciekli do Smyrny, ponieważ wydawała się najbezpieczniejszym miejscem. Teraz nie mieli już dokąd uciec. Niektórzy próbowali dostać się do morza. Niektórzy rzucali się do wody. Matki trzymały dzieci nad głowami. Ludzie próbowali dopłynąć do zagranicznych statków. Ale nie wszystkie jednostki podejmowały akcję ratunkową.

Polityka mocarstw była skomplikowana. Rządy chciały uniknąć kolejnego konfliktu i nie chciały prowokować zwycięskich tureckich nacjonalistów. W rezultacie pomoc przychodziła zbyt wolno. A czas uciekał.

Ale nie wszyscy odwrócili wzrok

I tutaj historia Smyrny ma również inną stronę. Nie wszyscy pozostali obojętni.

Amerykańscy marynarze, pracownicy organizacji pomocowych, misjonarze i pojedynczy ludzie podejmowali ogromne ryzyko, aby ratować uchodźców.

Jednym z nich był Asa Jennings — niewielki, fizycznie niepełnosprawny amerykański pastor metodystyczny i pracownik YMCA. Nie wyglądał jak człowiek, który miałby organizować wielką akcję ratunkową. A jednak właśnie to zrobił.

W sytuacji, w której wielu uważało, że nic już nie można zrobić, Jennings zaczął szukać sposobu na ewakuację uchodźców. Dzięki jego wysiłkom i współpracy z innymi udało się zorganizować flotyllę, która uratowała ogromną liczbę ludzi.

Amerykańskie dokumenty dyplomatyczne wskazują, że ostatecznie we wrześniu ze Smyrny ewakuowano ponad 200 tysięcy uchodźców, w dużej mierze dzięki działaniom amerykańskich przedstawicieli marynarki i organizacji pomocowych. (Office of the Historian)

To ważne. Bo historia Smyrny nie jest wyłącznie historią zbrodni.

Jest również historią ludzi, którzy zdecydowali się działać wtedy, gdy łatwiej było powiedzieć: „To nie mój problem”.

Okręty, które patrzyły

Najbardziej bolesnym symbolem Smyrny pozostały jednak statki stojące w porcie. Na ich pokładach byli marynarze. Była woda. Była przestrzeń. Były łodzie. Były możliwości. A na nabrzeżu byli ludzie.

Współczesny człowiek może zadać pytanie:

Dlaczego nie uratowano wszystkich?

Odpowiedź nie jest prosta.

Istniały rozkazy, ograniczenia polityczne i obawa przed konfrontacją z tureckimi nacjonalistami. Niektóre jednostki faktycznie pomagały w ewakuacji, a marynarze i pracownicy organizacji pomocowych ratowali ludzi. Nie można więc uczciwie powiedzieć, że „wszyscy tylko patrzyli”.

Ale pozostaje gorzka prawda: wielu ludzi, których można było próbować ratować, przez pewien czas pozostawało uwięzionych na nabrzeżu.

Amerykański dyplomata George Horton, który był w Smyrnie podczas katastrofy, zapisał później słowa, które stały się jednym z najbardziej przejmujących świadectw tamtych wydarzeń:

„Pozostało we mnie przede wszystkim poczucie wstydu, że należę do rodzaju ludzkiego”.

To zdanie wykracza poza Smyrnę. Dotyczy nas wszystkich. Bo historia ludzkości nie jest tylko historią tego, co robili zbrodniarze. Jest również historią tego, co robili — albo czego nie zrobili — ci, którzy mogli pomóc.

Ilu zginęło?

Dokładnej liczby ofiar prawdopodobnie nigdy nie poznamy. Szacunki różnią się znacznie.

Ludzie ginęli w wyniku masakr, pożaru, utonięć, chorób, głodu oraz późniejszych deportacji. Wielu chrześcijańskich mężczyzn zostało oddzielonych od rodzin i wysłanych do pracy przymusowej w głębi Anatolii. Dokumenty amerykańskie z września 1922 roku potwierdzają, że mężczyzn w wieku od 18 do 45 lat oddzielano od pozostałych uchodźców, a znaczna część została deportowana w głąb kraju. (Office of the Historian)

Jedno jest pewne: Smyrna, jaką znano przed 1922 rokiem, przestała istnieć.

Po pożarze niemal całkowicie zniknęła wielowiekowa chrześcijańska obecność, która była integralną częścią historii miasta.

Badania wskazują, że liczba chrześcijan w Smyrnie dramatycznie spadła w następnych latach — z setek tysięcy do zaledwie niewielkiej grupy. (Cambridge University Press)

Nie był to więc tylko pożar budynków. Był to koniec pewnego świata.

Smyrna i niezwykła ironia historii

I właśnie tutaj historia Smyrny staje się dla chrześcijan szczególnie przejmująca. Prawie dwa tysiące lat wcześniej Jezus powiedział chrześcijanom w tym mieście:

„Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota”.

Kościół w Smyrnie słyszał te słowa w świecie rzymskiego prześladowania.

Polikarp umarł jako świadek Chrystusa. A wiele wieków później chrześcijańska społeczność Smyrny ponownie znalazła się pod ogromną presją. Tym razem nie chodziło o jednego męczennika. Chodziło o całe społeczności. Domy. Rodziny. Szkoły. Kościoły. Cały sposób życia. I oto stała się rzecz niezwykle symboliczna.

Miasto, do którego Chrystus powiedział: „Bądź wierny aż do śmierci”, ponownie znalazło się między śmiercią a wiernością.

Nie oznacza to oczywiście, że każda ofiara z 1922 roku była chrześcijaninem wiernym Chrystusowi. Nie wolno romantyzować historii ani utożsamiać całej wspólnoty narodowej z Kościołem.

Ale nie można również zapominać, że w Smyrnie istniała starożytna i żywa wspólnota chrześcijańska, której korzenie sięgały czasów apostolskich.

„Bądź wierny aż do śmierci”

Historia Smyrny przypomina nam o czymś, o czym współczesny Kościół Zachodu łatwo zapomina. Chrześcijaństwo nie jest obietnicą życia bez cierpienia.

Chrystus NIE powiedział:

„Bądź wierny, a nic złego ci się nie stanie”.

Powiedział:

„Bądź wierny aż do śmierci”.

A następnie:

„A dam ci koronę żywota”.

Chrystus nie obiecuje swoim uczniom, że zawsze unikną ognia.

Obiecuje, że ogień nie będzie ostatnim słowem.

Nie obiecuje, że wierzący zawsze uniknie prześladowania.

Obiecuje, że śmierć nie będzie końcem.

Nie obiecuje, że ziemskie miasto przetrwa.

Obiecuje miasto, którego nie zniszczy żaden człowiek.

Smyrna nie jest ostatnim słowem

Kilka tysięcy lat historii może zostać zniszczonych w ciągu kilku dni. Domy mogą spłonąć. Kościoły mogą zostać zburzone. Biblioteki mogą zniknąć. Ludzie mogą zostać wypędzeni. Całe społeczności mogą zostać rozproszone. Ale Ewangelii nie można spalić.

Można spalić budynki kościoła i biblie.

Ale nie można unicestwić Chrystusa.

Można zamknąć szkołę.

Nie można zamknąć Słowa Bożego.

Można wypędzić chrześcijan z miasta.

Nie można wypędzić Chrystusa z Jego Kościoła.

Dlatego historia Smyrny jest jednocześnie historią niewyobrażalnej tragedii i przypomnieniem o nadziei. Bo ostatnie słowo nie należy do ognia. Nie należy do nacjonalizmu, armii, polityków. Nie należy nawet do śmierci.

Ostatnie słowo należy do Chrystusa.

Ten sam Jezus, który powiedział:

„Bądź wierny aż do śmierci”,

powiedział również:

„Byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i Hadesu”.

To jest chrześcijańska nadzieja. Nie taka, która udaje, że tragedia nie istnieje. Ale taka, która patrzy na tragedię i mówi: śmierć nie wygra.

Smyrna spłonęła. Jej dzielnice zniknęły. Jej mieszkańcy zostali zabici, wypędzeni albo rozproszeni. Ale Chrystus, który przemawiał do Kościoła w Smyrnie, nie został spopielony.

I Jego obietnica również nie spłonęła. Nam, dzisiaj, może nie grozić taka nagła zagłada, ale waga obietnicy pozostaje również i dla nas:

„Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota”.


Kalwin | „Beze Mnie nic uczynić nie możecie”



Jezus powiedział:

„Beze Mnie nic uczynić nie możecie.” (J 15:5)

To zdanie może wydawać się przesadzone. Ktoś może przecież powiedzieć: „Jak to nic? Przecież do tej pory radziłem sobie bez Boga. Pracowałem, wychowywałem dzieci, prowadziłem firmę, pomagałem ludziom, podejmowałem decyzje. Wszystko jakoś robiłem bez Niego.”

I właśnie tutaj potrzebujemy zrozumieć, co Jezus ma na myśli.

Nie mówi, że człowiek bez Niego nie potrafi niczego zrobić w sensie fizycznym czy społecznym. Człowiek może żyć, pracować, budować, planować, a nawet czynić wiele rzeczy, które z zewnątrz wyglądają dobrze. Biblia jednak mówi, że bez Chrystusa nie możemy wydać owocu, który ma wartość przed Bogiem.

Możesz coś zrobić bez Chrystusa, ale nie możesz bez Chrystusa uczynić tego, do czego zostałeś stworzony — żyć dla Boga, podobać Mu się, kochać Go ponad wszystko i przynosić duchowy owoc.

To dlatego słowa Kalwina tak dobrze uzupełniają słowa Jezusa: nie ma w nas ani kropli prawdziwego dobra, którą moglibyśmy ostatecznie przypisać sobie. Jeśli pojawia się w nas dobro podobające się Bogu, jest ono owocem Jego łaski.

Nie możemy stanąć przed Bogiem i powiedzieć: „To osiągnąłem sam... to moja krwawica..”. Nawet dobro, które czynimy, jest możliwe dlatego, że Bóg wcześniej działał w nas swoją łaską.

A jednak pozostaje pytanie: co z naszymi niedoskonałymi uczynkami? Przecież nawet wtedy, gdy czynimy dobro, nasze motywacje bywają pomieszane, a nasze czyny niedoskonałe.

Tutaj objawia się piękno Ewangelii. Chrystus nie tylko przebacza nasze grzechy — On również okrywa nas swoją sprawiedliwością. Gdy stajemy przed Bogiem, nie jesteśmy przyjęci dlatego, że nasze życie jest wystarczająco dobre. Jesteśmy przyjęci w Chrystusie.

Kalwin pięknie to ujmuje, że niedoskonałość naszych uczynków zostaje przykryta doskonałością Chrystusa, a ich skażenie zostaje oczyszczone Jego czystością.

To oznacza, że chrześcijanin może służyć Bogu bez pychy, ale także bez rozpaczy. 

Bez pychy — bo wszystko jest łaską. 

Bez rozpaczy — bo nasze niedoskonałości nie są ostatnim słowem.

Dlatego dzisiaj, kiedy czynisz dobro, nie skupiaj się na swojej dobroci. Powiedz raczej: „Panie, dziękuję Ci, że nawet dobro, które we mnie widzisz, jest owocem Twojej łaski. Przyjmij je przez Chrystusa i dla Jego chwały”.

„Albowiem z łaski zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar.” 
(Ef 2:8)

Wyobraź sobie gałązkę odciętą od winorośli. Może jeszcze przez chwilę wyglądać tak, jakby wszystko było w porządku. Liście nie uschną natychmiast. Można ją nawet postawić w pięknym miejscu. Ale nie będzie już czerpała życia z krzewu. Nie chodzi o to, że odcięta gałąź nie może przez chwilę „coś zrobić”. Chodzi o to, że nie może wydawać życia z siebie.

Tak samo człowiek może wiele osiągnąć bez świadomego polegania na Chrystusie. Ale nie może sam z siebie wydać owocu, który trwa na wieki.

Dlatego odpowiedzią na zdanie: „Przecież do tej pory jakoś sobie radziłem bez Niego” jest:

„OK. Ale pytanie NIE brzmi tylko: czy potrafisz żyć bez Chrystusa? Pytanie brzmi: czy potrafisz bez Chrystusa żyć życiem, które podoba się Bogu i przynosi owoc na wieczność?”

A wtedy słowa Jezusa stają się jasne:

„Ja jestem krzewem winnym, wy jesteście latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten wydaje wiele owocu; bo beze Mnie nic uczynić nie możecie.” (J 15:5)

Jeszcze raz to podkreślmy... Ewangelia odbiera nam zarówno pychę, jak i rozpacz

Pycha znika, ponieważ bez Chrystusa nic nie możemy. 

Rozpacz znika, ponieważ w Chrystusie możemy przynosić owoc.

Nie chodzi więc o to, by powiedzieć: „Muszę bardziej się postarać”.

Chodzi o coś głębszego: 

„Panie Jezu, bez Ciebie nic nie mogę. Dlatego chcę chodzić w Twoim Duchu, trwać w Tobie i Twoim Słowie.”




Tripp | Lead | wstęp

 WSTĘP

Kryzys

Kocham Kościół. Kocham jego nabożeństwo, kaznodziejstwo, teologię ewangelijną, wspólnotę, świadectwo składane światu, służbę miłosierdzia oraz jego liderów. Kiedy mam przywilej stawać przed zgromadzeniem liderów kościoła, zawsze napełnia mnie głębokie poczucie zaszczytu i wdzięczności. Dobrze znam drogę, którą przemierza każdy pastor, ponieważ sam przeszedłem tę długą drogę. Znam ciężar bycia członkiem kluczowej wspólnoty duszpasterskiej i przywódczej kościoła. Mam najwyższy szacunek dla tych, którzy odpowiadają na powołanie, by poświęcić swoje życie służbie w kościele. Wiem, że przeciętny pastor jest przepracowany, brakuje mu współpracowników i jest niedopłacany, dlatego tak bardzo doceniam tych, którzy wybrali takie życie. Jestem członkiem wspaniałego kościoła o pobożnym i oddanym przywództwie oraz z życiodajnym zwiastowaniem Ewangelii. Bycie częścią tej wspólnoty jest jedną z radości mojego życia.

Miłość, jaką darzę Kościół, jest powodem mojej troski o jego liderów. Moja troska pogłębiła się, gdy zacząłem odbierać telefon za telefonem – rozmowy będące rezultatem mojej książki Dangerous Calling. Szczególny telefon pochodził od przewodniczącego rady lokalnego kościoła, z którym utrzymywałem luźną współpracę służbową. Był zszokowany, zraniony, zły i zdezorientowany. Zadzwonił po moją pomoc, choć nie jestem pewien, czy chciał mojej pomocy, ale po taką pomoc, jaką czułem się zobowiązany mu zaoferować. Niewiele czasu upłynęło od rozpoczęcia rozmowy, gdy jego gniew skierował się przeciwko mnie. Chciałem pomóc mu i jego współ-liderom przejść przez ciemną i wyboistą drogę, którą mieli kroczyć przez kolejne miesiące, ale jego gniew dał mi do zrozumienia, że nie zostanę do tego zaproszony. Po naszej rozmowie odłożyłem telefon i ogarnął mnie smutek. To nie był pierwszy raz i wiedziałem, że nie będzie ostatni. Noszę ten smutek w sobie. Popycha mnie on do modlitwy, sprawia, że uwielbiam Bożą łaskę.. Ten smutek motywuje mnie do myślenia, że możemy i musimy postępować lepiej.

To, co zaniepokoiło mnie w owym telefonie i wielu innych podobnych rozmowach, to nie fakt, że mój przyjaciel-lider był zszokowany, zraniony i zły. Powinien był być zszokowany dwulicowym życiem głównego pastora, w sprawie którego dzwonił. Powinien był poczuć się zraniony tym, że jego pastor bardziej umiłował własne przyjemności niż ludzi, do których prowadzenia i karmienia został powołany. Dzwoniący miał prawo do sprawiedliwego gniewu z powodu pogwałcenia wszystkiego, czym według Bożego zamysłu miał być Kościół. Zaniepokoiło mnie jednak i zasmuciło to, że po tej rozmowie zabrakło jakiejkolwiek introspekcji, zastanowienia się nad naturą wspólnoty przywódczej otaczającej upadłego pastora oraz jakiejkolwiek chęci do rozmowy o sprawach innych niż to, co zrobić z pastorem będącym celem jego gniewu.

Chciałbym, aby ta rozmowa była wyjątkiem, ale tak nie było. Wszyscy byliśmy świadkami upadku znanych pastorów o ogromnym wpływie i rozgłosie, lecz na każdy taki publiczny upadek przypadają setki nieznanych pastorów, którzy ulegli słabości, pozostawili swoje przywództwo i kościół w kryzysie lub stali się duchowymi wydmuszkami samych siebie z przeszłości. Rozmawialiśmy o bałwochwalstwie celebryctwa, niemoralności duszpasterskiej i uwodzicielskiej sile władzy, lecz piszę tę książkę, ponieważ bardzo często za porażką pastora stoi słaba i upadła wspólnota przywódcza. Nie mamy do czynienia jedynie z kryzysem duszpasterskim; po licznych rozmowach z pastorami i ich liderami jestem przekonany, że mamy do czynienia z kryzysem przywództwa.

Czy to możliwe, że sposób, w jaki ustrukturyzowaliśmy przywództwo w lokalnym kościele, sposób, w jaki liderzy odnoszą się do siebie nawzajem, sposób formułowania zakresu obowiązków lidera oraz codzienny styl życia wspólnoty przywódczej przyczyniają się do porażek pastorów? Czy to możliwe, że podczas gdy jako liderzy dyscyplinujemy pastora, zmagamy się z ranami, które po sobie pozostawił, i pracujemy nad odnową, musimy spojrzeć w głąb siebie i zbadać, co jego upadek mówi o nas samych? Czy to możliwe, że szukamy wzorców w niewłaściwych miejscach, by zrozumieć, jak przewodzić? Czy to możliwe, że zachwycając się korporacyjnymi modelami przywództwa, straciliśmy z oczu głębsze ewangeliczne wartości i wglądy? Czy to możliwe, że zapomnieliśmy, iż powołanie do prowadzenia Kościoła Chrystusa nie sprowadza się do organizowania, prowadzenia i finansowania cotygodniowego katalogu religijnych spotkań i wydarzeń? Czy to możliwe, że wiele naszych wspólnot przywódczych w rzeczywistości nie funkcjonuje jak wspólnoty? I czy to możliwe, że wielu naszych liderów tak naprawdę nie chce być prowadzonych, a wielu członków naszych wspólnot przywódczych nie ceni prawdziwej wspólnoty biblijnej?

Kiedy pisałem Dangerous Calling, książkę dotykającą wyjątkowych pokus, przed którymi staje każdy pastor, wiedziałem, że będę musiał napisać kolejną pozycję, poświęconą wspólnocie liderów otaczającej pastora. Potrzebowałem lat od publikacji Dangerous Calling, wypełnionych tymi smutnymi i trudnymi rozmowami telefonicznymi, zanim się tego podjąłem. Musiałem usiąść twarzą w twarz z wieloma początkującymi i doświadczonymi pastorami. Potrzebowałem wielu godzin analizy i refleksji. Jestem jednak podekscytowany możliwością zabrania głosu w nadziei, że zapoczątkuje on dyskusję, do której przeprowadzenia jestem głęboko przekonany, a której często brakuje.

Ta książka nie jest przygnębiającą krytyką. W tym celu można zajrzeć na Twittera – miejsce, które pokazało nam wszystkim, że ocenianie jest dla nas znacznie bardziej naturalne niż łaska. Chcę zaproponować pozytywny model charakteru dla przywództwa w lokalnym kościele lub służbie. Tak wiele napisano o obdarowaniu lidera, o umieszczaniu właściwych ludzi na odpowiednich miejscach, o strukturach przywódczych oraz o tym, jak podejmować decyzje i realizować wizję. Wszystkie te rzeczy są ważne, ale nie są najważniejsze. Chcę skierować Wasze myślenie ku fundamentalnemu charakterowi i stylowi życia zdrowej wspólnoty przywódczej kościoła. Mam nadzieję, że rezultatem będzie głębsze zrozumienie, wyznanie win oraz transformacja wspólnoty.

Jim zadzwonił do mnie, ponieważ tajne, brudne życie jego głównego pastora przestało być tajemnicą. Jak w wielu podobnych sytuacjach, narzędziem, które ujawniło tajemnicę, był komputer. Początkowo Jim i pozostali liderzy wypierali tę prawdę. Po prostu nie mogli uwierzyć, że takie rzeczy działy się w życiu człowieka, z którym współpracowali i któremu ufali przez lata. Myśleli, że może jego komputer został zhakowany, ale kiedy z nim porozmawiali, zmienili zdanie, ponieważ na wszystko miał odpowiedź typową dla osoby zaprzeczającej. Teraz musieli zmierzyć się ze swoim niedowierzaniem, jak i ze wszystkimi prawdopodobnymi wyjaśnieniami przedstawionymi przez pastora, w które – szczerze mówiąc – sami chcieli uwierzyć. Im głębiej jednak kopali, tym mniej mogli zaprzeczyć prawdzie o tym, co zostało odkryte, a im więcej ujawniali, tym bardziej musieli przyznać, że było niezwykle wiele rzeczy, których o tym pastorze nie wiedzieli. Byli jak dziesięć osób w czteroosobowej kanadyjce, zniesionych przez wzburzone fale w stronę wodospadu.

Poczucie utraty kontroli pogłębiał fakt, że kryzys ten zniszczył ich jedność. Być może trafniej byłoby powiedzieć, że kryzys ujawnił, jak krucha i łatwa do rozbicia była ich jedność. Mężczyźni najbardziej lojalni wobec pastora spierali się z tymi, których uważali za zbyt pochopnych w wydawaniu wyroków; osoby o zacięciu organizacyjnym sprzeczały się z tymi o podejściu bardziej duszpasterskim, a we wszystkich tych debatach było stanowczo za dużo oceniania cudzych intencji i motywów. Tymczasem zszokowany i zraniony zbór nie otrzymywał od swoich liderów tego, czego potrzebował.

Kiedy towarzyszyłem tym liderom w ich cierpieniu i zdezorientowaniu, prowadząc z nimi rozmowę za rozmową, stało się jasne, że byli fundamentalnie nieprzygotowani na to, z czym się mierzyli. Nie chodziło tylko o brak przygotowania strukturalnego; co ważniejsze, byli nieprzygotowani pod względem charakteru i relacji. Brak tak podstawowych elementów skomplikował i utrudnił ich powołanie do przeprowadzenia kościoła przez ten niezwykle trudny moment. W swoim nieprzygotowaniu spędzali tyle samo czasu na wzajemnych debatach, co na rozwiązywaniu kryzysu i zajmowaniu się człowiekiem będącym w jego centrum.

Nie tylko małe, nieznane kościoły są nieprzygotowane. Wszyscy obserwowaliśmy, jak flagowe kościoły zmagały się z podobnymi kryzysami duszpasterskimi, i widzieliśmy, jak działały i wypowiadały się zbyt szybko, by potem wycofywać się ze swoich słów i czynów, sugerując inny punkt widzenia i kolejny plan działania, który wkrótce znów modyfikowały. Widzieliśmy liderów w tych kościołach publicznie spierających się ze sobą. Widzieliśmy, jak decyzjami kierowały lojalność, władza i podziały, a nie biblijna mądrość. Ilu jeszcze będzie upadłych pastorów, ile kolejnych rozbitych i zranionych kościołów, zanim z pokorą zdamy pytanie o to, jak przewodzimy kościołowi, który Zbawiciel powierzył naszej opiece?

Cieszę się ze wspaniałych, tętniących życiem i zdrowych kościołów, z którymi współpracuję na całym świecie. Uwielbiam energię, jaką wkładamy w zakładanie nowych kościołów i ich rewitalizację. Cieszę się, że kościoły skoncentrowane na Ewangelii coraz głośniej stają w obronie sprawiedliwości i praw tych, którzy nie mają własnego głosu. Wcale nie jestem przygnębiony; jestem podekscytowany. Obawiam się jednak, że słabości we wspólnocie przywódczej mają moc nie tylko osłabić funkcjonowanie i świadectwo pozornie bardzo zdrowego kościoła, ale mogą również – w mgnieniu oka – wciągnąć ten kościół w bagna, co zniszczy i odciągnie jego służbę na długi czas. W niektórych sytuacjach wydaje się, że dawna chwała już nigdy nie powróci.

Odwaga, która popycha mnie do podjęcia tego tematu, nie zakorzeniona jest w mojej mądrości czy doświadczeniu, lecz w obecności, mocy, mądrości i łasce mojego Odkupiciela. Kiedy zaczynam pisać tę książkę, przypominam sobie to, co dawało mi nadzieję i motywację przy pisaniu Dangerous Calling – Ewangelia Mateusza 28:16-20:

„Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: «Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata».”

Uczniowie przeszli przez wir niewyobrażalnych wydarzeń: późnonocne aresztowanie ich Mesjasza w Getsemani, proces i tortury Jezusa, publiczne ukrzyżowanie, widok pustego grobu i Jego zjawienie się po zmartwychwstaniu. Spróbuj postawić się na ich miejscu. Spróbuj wyobrazić sobie to zagubienie, wewnętrzne spory, strach, wątpliwości i niepewność co do przyszłości. Wyobraź sobie radość z Jego pojawiania się zderzającą się ze zmaganiami wiary, które towarzyszyły cudom i tajemnicy. Rozważ to, co dzieje się dalej, w kontekście tego, z czym uczniowie zmagali się emocjonalnie i duchowo. Jezus, wiedząc, że w tym miejscu obecne były zarówno wątpliwość, jak i wiara, miał właśnie posłać tę grupę lękliwych wierzących, aby nieśli światu Ewangelię zmartwychwstałego życia. Tak, posłał tych ludzi w tym przełomowym momencie. Ja pewnie pomyślałbym: Pewnie nie są gotowi, to po prostu za wcześnie; muszą wiedzieć o wiele więcej, muszą głębiej zrozumieć to, co się właśnie wydarzyło, potrzebują czasu na to aby dojrzeć. Lecz w samym środku najbardziej niesamowitego, dezorientującego i wspaniale zdumiewającego momentu w historii Jezus nie wahał się; po prostu powiedział: „Idźcie”.

Kocham słowa, które następują później, ponieważ mówią nam, dlaczego Jezus miał pewność, by powołać tych ludzi w tym momencie do Jego ogólnoświatowej misji ewangelizacyjnej. Był pewien nie z powodu tego, co było w nich i co wiedział, że zrobią, ale dlatego, że wiedział, co jest w Nim samym i co On uczyni. Powiedział więc: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi”. Mówił tym ludziom, że nie ma sytuacji, miejsca ani wspólnoty znajdującej się poza Jego władzą i suwerennym panowaniem. Chciał, aby zrozumieli, że wszystko w niebie i na ziemi podlega Jego rozkazom. Rozważ, dlaczego było to tak kluczowe dla tych ludzi, którzy rozpaczliwie potrzebowali Jego łaski, aby zanieść Jego przesłanie łaski narodom.

Nie wiem, czy kiedykolwiek się nad tym zastanawiałeś, ale niezawodność Bożych obietnic łaski dla nas jest tak wielka, jak zakres Jego suwerenności. Bóg może zagwarantować pewną realizację swoich obietnic tylko w miejscach, nad którymi sprawuje kontrolę. Mogę zagwarantować to, co ci obiecuję w moim domu, ponieważ mam tam pewną władzę, ale nie mogę złożyć takich samych obietnic odnośnie domu mojego sąsiada, nad którym nie mam żadnej kontroli. Jezus mówi: „Idąc, możecie polegać na wszystkim, co wam obiecałem, ponieważ panuję nad każdym miejscem, w którym będziecie potrzebować spełnienia tych obietnic”. Boże obietnice łaski są pewne, ponieważ Jego suwerenność jest pełna.

Jezus miał jednak do powiedzenia coś więcej. Spojrzał wtedy na tych ludzi, noszących w sercach mieszankę wątpliwości i wiary, i powiedział: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni”. Te słowa sięgają znacznie głębiej niż stwierdzenie: „Będę przy was”. Jezus posługuje się jednym z imion Boga: „JESTEM”. Mówi: „Wiedzcie, że dokądkolwiek się udacie, JESTEM będzie z wami – Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, Ten, na którym opierają się wszystkie obietnice przymierza, Ten sam wczoraj, dziś i na wieki, Alfa i Omega”. „Ja Jestem Tym, Który Jest, i nigdy nawet nie pomyślałbym o posłaniu was bez towarzyszenia wam w mocy, chwale, mądrości i łasce”. Uczniowie mieli odnaleźć wszystko, czego potrzebowali do wypełnienia powierzonej misji, w mocy, obecności i łasce Tego, który ich posyłał.

Z tą samą pewnością, którą Jezus dał uczniom, piszę tę książkę. Ze względu na pełnię władzy Chrystusa, nieuchronność Jego obecności i pewność Jego obietnic, nie musimy się bać badania naszych słabości i porażek. Ewangelia Jego obecności, mocy i łaski uwalnia nas od ciężaru pomniejszania lub zaprzeczania rzeczywistości. Ewangelia Jego obecności, mocy i łaski zaprasza nas, byśmy byli najbardziej szczerą wspólnotą na ziemi. Nie jesteśmy przykuci do naszej historii upadków. Nie zostawiono nas jedynie z naszym skromnym zasobem osobistych możliwości. Ponieważ On sam jest dla nas najlepszym darem, nasz potencjał jest ogromny, a zmiana jest możliwa. I to właśnie Ewangelia Jego obecności, mocy i łaski daje mi odwagę oraz nadzieję, by pisać o niezwykle ważnym miejscu, w którym musi dokonać się zmiana. Niech ta sama łaska obdarzy cię otwartym sercem podczas lektury.




MODEL

Fundamentem wszystkiego, co zostało zaproponowane w tej książce na temat kształtu, charakteru i funkcjonowania wspólnoty przywódczej Kościoła Jezusa Chrystusa, jest to: wzorcem dla wspólnoty, jaką jest Kościół – a przede wszystkim dla jego przywództwa – jest Ewangelia Jezusa Chrystusa. Wiem, że wydaje się to zarówno oczywiste, jak i nieokreślone, lecz jestem przekonany, że nie jest ani jednym, ani drugim; gdyby główną siłą napędową przywództwa w lokalnych kościołach na całym świecie była Ewangelia Jezusa Chrystusa, wiele ze smutnych rzeczy, które widzieliśmy w życiu liderów i ich kościołów, nie miałoby miejsca.

Chcę zaprosić Was do wspólnego przeanalizowania fragmentu, który kładzie ewangeliczny fundament pod wszelkie relacje w kościele – od przeciętnej osoby w ławce po najbardziej wpływowych liderów kształtujących kulturę i misję. Pozwólcie, że zanim przyjrzymy się temu fragmentowi, zaznaczę, iż żaden organizacyjny ani nastawiony na osiągnięcia model przywództwa nie powinien przysłaniać wartości i powołania Ewangelii jako podstawowego modelu strukturalnego, funkcjonalnego oraz tożsamościowego dla liderów kościoła i służby chrześcijańskiej. Gdy rozmyślałem nad tym fragmentem, moje myśli biegały ku tysiącom pastorów, liderów służb, rad starszych i diakonów na całym świecie, zastanawiając się, czy normy wspólnotowe z tego tekstu są ich codziennym doświadczeniem jako liderów. Fragment ten pochodzi z Listu św. Pawła do Efezjan:

„BWP, Ef 4:1-3

Proszę was zatem ja, więzień dla sprawy Pana, żebyście postępowali w sposób godny powołania, jakie zostało do was skierowane. Bądźcie zawsze pokorni, łagodni, cierpliwi. Znoście jedni drugich z [prawdziwą] miłością. Starajcie się trwać w jedności, którą zapewnia wam Duch [Święty], troszcząc się nawzajem o zachowanie pokoju.” 

Należy zauważyć, że pierwszym zastosowaniem prawd Ewangelii, które Paweł właśnie przedstawił Efezjanom, jest przypomnienie im, iż to właśnie te prawdy mają kształtować sposób, w jaki myślą o sobie nawzajem i o swoich relacjach. Prawdy te mają stać się kamieniami węgielnymi wszelkich struktur wspólnotowych, jakie tworzą. Niewiele jest ważniejszych zastosowań prawd Ewangelii Jezusa Chrystusa niż rozważenie, jak wyznaczają one program naszego wspólnego życia, relacji i współpracy jako członków Ciała Chrystusa. I pozwólcie mi zaznaczyć, że w tym ani w żaden sposób podobnym fragmencie nie ma klauzuli wyjątkowej dla pastorów, starszych czy diakonów ani żadnego odmiennego modelu wspólnotowego dla nich. Ewangelia, która jest naszą nadzieją w życiu i w śmierci, wyznacza również zasady tego, jak żyjemy, odnosimy się do siebie i przewodzimy między „już” naszego nawrócenia a „jeszcze nie” naszego ostatecznego powrotu do domu.

Moim celem nie jest tutaj szczegółowa analiza Ef 4:1-3, lecz zaproponowanie, jak zawarte tam wartości ewangeliczne mogą zacząć kształtować nasze myślenie o funkcjonowaniu i relacjach liderów kościoła. Chcę zasugerować, że jeśli naprawdę chcesz, aby twoje relacje były godne Ewangelii, którą przyjąłeś, będziesz cenić pokorę, łagodność, cierpliwość, znoszącą miłość i pokój, a jeśli cenisz te cechy ewangeliczne, zadasz sobie pytanie: „Jak wyglądałaby moja wspólnota przywódcza, gdybyśmy naprawdę cenili te rzeczy bardziej niż pozycję, władzę, osiągnięcia, uznanie czy sukces?”Pozwólcie, że odpowiem na to pytanie, proponując sześć cech wyróżniających wspólnotę przywódczą ukształtowaną przez wartości ewangeliczne:

1. Pokora (Humility)

Pokora oznacza, że relacja każdego lidera z innymi liderami charakteryzuje się uznaniem, iż nie zasługuje on na żadne uznanie, władzę ani wpływ, jakie daje mu jego pozycja. Oznacza to świadomość lidera, że dopóki grzech w nim mieszka, będzie potrzebował uratowania przed samym sobą. Pokora oznacza, że bardziej kochasz służbę niż pragniesz przywództwa. Oznacza to przyznanie się do własnej nieudolności zamiast chlubienia się swoimi umiejętnościami. Oznacza to stałą gotowość do słuchania i uczenia się. Pokora oznacza postrzeganie współliderów nie tyle jako służących twojemu sukcesowi, ile służących Temu, który powołał każdego z was. Oznacza to większą radość z oddania współliderów Chrystusowi niż z ich lojalności wobec ciebie. Chodzi o obawianie się władzy wynikającej z pozycji, a nie o jej pożądanie. Chodzi o większą motywację do służenia niż do bycia zauważonym. Pokora to stała gotowość do rozważenia troski innych o ciebie, wyznawania tego, co Bóg przez nich objawia, oraz zobowiązania się do osobistej zmiany. Pokora polega na zwolnieniu swojego wewnętrznego adwokata i otwarciu się na ciągłą moc przemieniającej łaski.

2. Zależność (Dependency)

Zależność oznacza życie jako lider tak, jakbym naprawdę wierzył, że moja droga z Bogiem jest projektem wspólnotowym. Oznacza to, że z powodu oślepiającej mocy pozostałego grzechu rezygnuję z przekonania, że nikt nie zna mnie lepiej niż ja sam. Zależność oznacza brak lęku przed ujawnieniem prawdy o sobie, ponieważ naprawdę wierzę, iż nie ma niczego, co mogłoby zostać ujawnione lub odsłonięte na mój temat, co nie zostało już objęte osobą i dziełem Jezusa. Oznacza to życie tak, jakbym naprawdę wierzył, że wyizolowane, zindywidualizowane i niezależne chrześcijaństwo nigdy nie przynosi dobrego owocu. Oznacza to uznanie, że każdy lider potrzebuje przywództwa, a każdy pastor potrzebuje opieki duszpasterskiej. Zależność oznacza przyznanie, że zrozumienie teologiczne, znajomość Biblii, dary służby, doświadczenie i sukcesy nie oznaczają, iż nie potrzebuję już niezbędnej uświęcającej służby Ciała Chrystusa. Oznacza to wyznanie, że dopóki mieszka we mnie grzech, bez powstrzymującej łaski i ratującej służby ludzi wokół mnie nadal stanowię dla siebie zagrożenie.

3. Przygotowana spontaniczność (Prepared Spontaneity)

Jeśli uznasz obecność oraz zwodniczą moc pozostałego grzechu, uznasz również, że każdy w twojej wspólnocie przywódczej jest nadal podatny na pokusy i narażony na niebezpieczeństwo. Wiesz, że grzechy, małe i wielkie, będą infekować waszą wspólnotę oraz utrudniać i odciągać jej pracę. Żyjesz ze świadomością, że każdy we wspólnocie przywódczej nadal potrzebuje ratującej i uświęcającej łaski. Dlatego wprawiasz w ruch plany radzenia sobie z grzechem, słabością i porażką, które nieuchronnie podniosą swoje brzydkie głowy. Nie będziesz zszokowany, nie będziesz zaprzeczać ani umniejszać tego, co Bóg w swej łasce ujawnia, lecz zajmiesz się tym szczerze w duchu biblijnej miłości i łaski. Nie będziesz bardziej zatroskany o obronę reputacji swojej wspólnoty przywódczej niż o zajęcie się jej porażkami. Przygotowana spontaniczność oznacza, że ponieważ poważnie potraktowałeś to, co Ewangelia mówi o toczących się walkach duchowych w sercu każdego lidera, przygotowałeś się na podjęcie kwestii grzechu, który Bóg ujawni, mimo że z góry nie wiesz, co On w swej łasce odsłoni.

4. Weryfikacja / Inspekcja (Inspection)

Weryfikacja oznacza zaproszenie innych ludzi do przekroczenia zwykłych granic relacji przywódczych i wejrzenia w nasze życie, aby pomogli nam dostrzec to, czego sami byśmy nie zauważyli. Oznacza to zaproszenie współliderów do czuwania nad naszymi duszami. Oznacza to zaproszenie ich do przerywania naszych prywatnych dialogów z samymi sobą za pomocą ochronnych spostrzeżeń biblijnych i odnawiających prawd Ewangelii. Oznacza to uznanie, że samoocena jest projektem wspólnotowym, ponieważ nadal potrafimy oszukiwać samych siebie, myśląc, że wszystko jest w porządku, podczas gdy znajdujemy się w niebezpieczeństwie i potrzebujemy pomocy. Dlatego każdy lider musi być gotowy żyć pod pełną miłości, łaski, cierpliwości i przebaczenia biblijną weryfikacją.

5. Ochrona (Protection)

Wszyscy grzeszymy, ale nie wszyscy grzeszymy tak samo. Z powodów związanych z historią, doświadczeniem, obdarowaniem, biologią i wieloma innymi czynnikami, nie jesteśmy w równym stopniu kuszeni przez te same rzeczy. Ty możesz być podatny na pokusy władzy, ktoś inny na pokusy przyjemności, podczas gdy mnie może wabić chciwość dóbr materialnych. To zrozumienie zróżnicowanych pokus grzechu i odmiennego sposobu, w jaki wpływają one na każdego z nas, jest kluczowe dla długofalowego zdrowia i ewangelicznej owocności każdej wspólnoty przywódczej kościoła. Prawdziwa biblijna miłość nie tylko cię akceptuje, błogosławi cierpliwością i wita twoje porażki przebaczeniem; wraz z tym wszystkim robi wszystko, co w jej mocy, by chronić cię przed głębokimi słabościami serca, które czynią cię podatnym na pokusy.

Słowa z Listu do Hebrajczyków 13:17 przemawiają z motywującą jasnością: „Bądźcie posłuszni swoim przewodnikom i bądźcie im ulegli, oni bowiem czuwają nad duszami waszymi jako ci, którzy mają zdać sprawę”. Liderzy są odpowiedzialni za ochronę dusz tych, którzy znajdują się pod ich opieką. Te słowa są zarówno szczegółowe, jak i prowokujące; nie jest powiedziane, że liderzy mają jedynie zwracać uwagę na twoje zachowanie – choć to prawda, ukazano tu coś głębszego i bardziej fundamentalnego: to za duszę liderzy mają zdać sprawę z ochrony. Dusza odnosi się do wnętrza człowieka, jego myśli, pragnień, motywacji, słabości, mocnych stron, poziomu dojrzałości czy podatności. Oznacza to znanie kogoś na poziomie jego serca, tak aby móc przewidzieć, w którym miejscu może przekroczyć mądre granice wyznaczone przez Boga.

Ukazano tu poziom ochronnego przywództwa, który może zaistnieć jedynie w kontekście głębokich relacji. Jeśli ta ochrona ma być doświadczeniem każdego w Ciele Chrystusa, czy nie powinna być obecna w kluczowej wspólnocie przywódczej? Zasmuca mnie, jak wiele razy proszono mnie o pomoc wspólnocie przywódczej w poradzeniu sobie z upadłym liderem, tylko po to, by odkryć, że od dawna istniały sygnały szczególnej słabości i podatności, których nikt w jego wspólnocie przywódczej zdawał się nie dostrzegać. Ponieważ jako liderzy nie zawsze widzimy siebie dokładnie i nie zawsze dostrzegamy obszary naszej słabości, wszyscy potrzebujemy ochronnej wspólnoty czuwającej nad nami nawet wtedy, gdy sami nie jesteśmy tak czujni, jak powinniśmy. Jeśli mamy być chronieni, musimy być znani na poziomie, na którym pokusa ma największą moc – na poziomie serca.

6. Odnowienie (Restoration)

Jednym z najpiękniejszych, najbardziej pełnych nadziei i zachęcających wątków Ewangelii przebiegających przez Pismo Święte jest motyw świeżego startu i nowych początków. Świeże starty i nowe początki są znakiem rozpoznawczym ratującej, przebaczającej, odnawiającej i przemieniającej mocy Bożej łaski. Dla Mojżesza nowy początek wyglądał jak głos z płonącego krzewu wzywający go z powrotem do Egiptu, aby wyzwolił lud Boży, tym razem Bożą mocą. Dla Dawida oznaczało to konfrontację z prorokiem, wyznanie okropieństwa swego czynu i kontynuowanie królowania. Dla Jonasza oznaczało to wyrzucenie na brzeg morza i ponowne posłanie z Bożym przesłaniem do Niniwy. Dla Piotra nowy początek nastąpił na brzegu Jeziora Galilejskiego, gdy Mesjasz, którego się zaparł, przebaczył mu i ponownie posłał go do swojej służby. Dla Pawła nowy początek wyglądał jak oślepiające światło na drodze do Damaszku oraz słowa przebaczenia i posłania przyniesione przez dość przestraszonego posłańca.

Łaska oznacza, że nie jesteśmy uwiązani do naszego najgorszego momentu ani przeklęci przez naszą najgorszą decyzję; łaska oznacza, że z popiołów grzechu liderzy mogą powstać, ponieważ Zbawiciel ma moc zmartwychwstania. Zastanawiam się, czy przy naszym obecnym sposobie myślenia o liderach i funkcjonowaniu wspólnoty przywódczej przywrócilibyśmy którąkolwiek z tych biblijnych postaci? Czym różni się nasz sposób patrzenia na grzech, słabość i porażkę lidera od sposobu, w jaki patrzy na nie Bóg? W żadnym z cytowanych przeze mnie przypadków grzech nie został zaprzeczony, ukryty ani zminimalizowany. W każdej z tych sytuacji wydawało się, że to, co uczyniono, było tak poważne, że nie ma już nadziei na przyszłość grzesznika. Naszą tendencją w takich sytuacjach jest myślenie, że choć Boże przebaczenie ukazuje niezwykłą łaskę, Bóg mimo to powie: „Jeśli chodzi o użyteczność w moim Królestwie, to dla ciebie koniec”. Jednak w owych biblijnych sytuacjach każdy z nich został przywrócony do pozycji duchowego przywództwa.

Ci ludzie oddali swoje życie, by żyć w okopach w samym środku duchowej walki, jaką jest Kościół. Zmagają się z pełną gamą radości i trudów, które są nieuniknione w służbie. Zostali powołani – tak jak ich Mesjasz – nie tylko do głoszenia Ewangelii, ale również do cierpienia dla jej imienia. Uwielbiam kroczyć z nimi krętymi drogami, przez góry i doliny, w słoneczne dni i burzliwe noce życia duchowego lidera. Jednak raz za razem zasmuca mnie fakt, że brakuje im bogatej w Ewangelię wspólnoty, jakiej każdy pastor czy lider potrzebuje, aby być duchowo zdrowym i cieszyć się długowiecznością służby. Moje spotkania z nimi zmusiły mnie do zastanowienia się nad tym, jaka ta wspólnota powinna być.

Dlatego książka ta została ukształtowana przez dwanaście ewangelicznych zasad wspólnoty przywódczej. Zasady te mają charakter głęboko relacyjny, ponieważ taka jest sama Ewangelia. Pamiętajmy, że Ewangelia Bożej łaski uczy nas, iż trwała zmiana serca i czynów zawsze dokonuje się w kontekście relacji – najpierw z Bogiem, a potem z ludem Bożym. Jednym ze sposobów, w jaki myślę o dwunastu zasadach napędzających treść tej książki, jest to, że stanowią one list miłosny do tych drogich ludzi, z którymi kroczę i których darzę tak wielką sympatią. Mam nadzieję, że zasady te nie tylko ochronią ich i pobłogosławią długim oraz zdrowym życiem w służbie, ale uczynią to samo dla Was i dla przyszłych pokoleń chrześcijańskich liderów.




Praktyczny przewodnik dyskusyjny i warsztatowy przygotowany z myślą o radach starszych, zespołach duszpasterskich oraz liderach służb kościelnych.

Przewodnik opiera się na analizie kryzysu przywództwa oraz sześciu cechach ewangelicznej wspólnoty przywódczej.




Ewangeliczny Model Przywództwa: Przewodnik Warsztatowy

Wprowadzenie i Diagnoza

Wielu pastorów i liderów przeżywa kryzysy nie tylko z powodu osobistych słabości, ale dlatego, że stoją za nimi słabe i nieprzygotowane relacyjnie wspólnoty przywódcze. Często zachwyt korporacyjnymi modelami zarządzania przysłania podstawowe ewangeliczne wartości i tożsamość liderów Kościoła. Zbawiciel posyła jednak swój Kościół w mocy swojej pełnej suwerenności oraz obecności jako „JESTEM”, co uwalnia nas od lęku i pozwala na pełną szczerość w badaniu własnych słabości.

Pytanie wprowadzające dla zespołu: W jaki sposób nasz obecny styl przywództwa odzwierciedla bardziej korporacyjne modele sukcesu niż ewangeliczny model z Listu do Efezjan 4:1-3?




Część Warsztatowa: 6 Cech Zdrowej Wspólnoty Przywódczej

1. Pokora (Humility)

Fundament: Pokora to świadomość, że lider nie zasługuje na pozycję ani wpływ, które posiada, a grzech w nim mieszka tak długo, jak długo potrzebuje ratunku przed samym sobą. Pokora oznacza, że lider kocha służbę bardziej niż pragnie przywództwa, potrafi słuchać, uczyć się oraz „zwolnić swojego wewnętrznego adwokata”, by otworzyć się na przemieniającą łaskę.

Pytania do dyskusji:

Czy w naszym zespole łatwiej przychodzi nam chlubić się umiejętnościami i osiągnięciami, czy przyznawać do własnej nieudolności i braku odpowiedzi?

W jakich obszarach zauważamy u siebie pokusę obrony własnej reputacji (uruchamiania „wewnętrznego adwokata”) zamiast słuchania troski innych?




2. Zależność (Dependency)

Fundament: Zależność polega na uznaniu, że duchowy rozwój i służba lidera są projektem wspólnotowym. Z powodu oślepiającej mocy grzechu nikt nie zna siebie najlepiej samodzielnie; każdy pastor potrzebuje opieki duszpasterskiej, a żaden poziom wiedzy teologicznej czy sukcesu nie zwalnia z potrzeby uświęcającej służby Ciała Chrystusa.

Pytania do dyskusji:

  1. Czy jako liderzy żyjemy w przeświadczeniu, że „każdy pastor potrzebuje duszpasterza”, czy raczej ukrywamy swoje zmagania z powodu lęku przed odsłonięciem prawdy?
  2. Jakie konkretne struktury posiadamy w zespole, które wspierają naszą wzajemną zależność duchową, a nie tylko realizację zadań organizacyjnych?




3. Przygotowana Spontaniczność (Prepared Spontaneity)

Fundament: Uznanie obecności grzechu oznacza świadomość, że każdy lider pozostaje podatny na pokusy. Przygotowana spontaniczność to wcześniejsze opracowanie planów i procedur reagowania na grzech, słabość i porażkę w zespole, aby w momencie ich ujawnienia nie ulegać szokowi, wypieraniu czy obronie reputacji, lecz działać w duchu biblijnej miłości i łaski.

Pytania do dyskusji:

  1. Jak zazwyczaj reagujemy, gdy w naszym środowisku ujawnia się słabość lub błąd lidera – czy dominuje szok, wypieranie i lęk o reputację, czy natychmiastowa troska duszpasterska?
  2. Czy posiadamy jasne i przejrzyste zasady postępowania w sytuacjach kryzysowych, które łączą biblijną prawdę z odpowiedzialnością i łaską?




4. Weryfikacja / Inspekcja (Inspection)

Fundament: Samokontrola i samoocena są projektami wspólnotowymi, ponieważ grzech potrafi łudzić człowieka, że wszystko jest w porządku, gdy znajduje się w niebezpieczeństwie. Weryfikacja oznacza zaproszenie współliderów do przekraczania zwykłych granic relacji, aby czuwali nad naszą duszą i przerywali nasze prywatne monologi prawdą Ewangelii.

Pytania do dyskusji:

  1. Czy daliśmy sobie nawzajem wyraźne pozwolenie na zadawanie trudnych pytań dotyczących naszego życia prywatnego, małżeńskiego i emocjonalnego?
  2. Co powstrzymuje nas przed pełnym otwarciem swojego życia pod miłującą i cierpliwą inspekcję biblijną?




5. Ochrona (Protection)

Fundament: Grzech kusi każdego w inny sposób – jednych władzą, innych przyjemnością lub chciwością materialną. Zgodnie z Listem do Hebrajczyków 13:17 liderzy są odpowiedzialni za czuwanie nad duszami, co wymaga znajomości współlidera na poziomie serca (jego motywacji, słabości i podatności), aby chronić go przed przekroczeniem Bożych granic.

Pytania do dyskusji:

  1. Czy znamy nawzajem swoje specyficzne obszary podatności na pokusy (władza, sukces, finanse, relacje), aby móc się wzajemnie chronić?
  2. W jaki sposób możemy przejść od oceniania jedynie zewnętrznych zachowań lidera do troski o stan jego serca i duszy?




6. Odnowienie (Restoration)

Fundament: Zbawiciel posiada moc zmartwychwstania, a łaska oznacza, że liderzy nie są przykuci do swojej najgorszej decyzji ani najgorszego momentu. Biblijne przykłady Mojżesza, Dawida, Jonasza, Piotra i Pawła pokazują, że Bóg nie tylko przebacza, ale w swej łasce odnawia i przywraca grzesznych liderów do służby duchowej.

Pytania do dyskusji:

  1. Czy nasza postawa wobec upadłych liderów odzwierciedla Bożą łaskę odnowienia, czy skłonność do dyktowania: „dla ciebie to już koniec w Królestwie”?
  2. Jak możemy w praktyce śćielić drogę pokuty, zadośćuczynienia i stopniowego odnowienia dla tych, którzy ulegli słabości?




Podsumowanie i Krok Działania

Trwała zmiana serca i postępowania lidera zawsze dokonuje się w kontekście relacji z Bogiem i Jego ludem. Te dwanaście zasad ewangelicznych ma być chroniącym „listem miłosnym”, zapewniającym długowieczność i duchowe zdrowie służby.

Rekomendowane ćwiczenie końcowe: Wybierzcie jedną z 6 powyższych cech, w której jako zespół macie największe zaniedbania, i zdefiniujcie 2 konkretne postanowienia relacyjne na najbliższy miesiąc.









INTRODUCTION


Crisis


I LOVE THE CHURCH. I love its worship, I love its preaching, I love its gospel theology, I love its community, I love its witness to the world, I love its ministries of mercy, and I love its leaders. When I have the privilege of standing before a gathering of church leaders, I am always filled with a deep sense of honor and appreciation. I know well the road that every pastor travels because I have walked that long road myself. I know the burden of being a member of the core shepherding and leadership community of the church. I have the highest respect for those who answer the call to give their life to church ministry. I know the average pastor is overworked, under- staffed, and underpaid, so I have such appreciation for those who have chosen to live that life. I am a member of a wonderful church, with godly and dedicated leadership and life-giving gospel preach- ing. Being part of its community is one of the joys of my life.


The love that I have for the church is why I am concerned for the leaders of the church. My concern has deepened as I have gotten call after call, calls that have come as a result of my book Dangerous Introduction


Calling. The particular call that follows came from the head of a local church board with which I had a loose ministry partnership.


He was shocked, hurt, angry, and confused. He called for my help, at least not the help that I felt but I'm not sure he wanted my help, constrained to give him. It wasn't long into the conversation thar his anger turned toward me. I wanted to help him and his band of fellow leaders through the dark and rocky road that they would walk over the next several months, but his anger told me I wouldn't be invited in. I put down my cell phone after our talk and sadness washed over me. It wasn't the first time, and I knew it wouldn't be the last. I carry that sadness with me. It drives me to prayer, it makes me celebrate God's grace, and it motivates me to think that we can and we must do better.


What concerned me with the call that day and many other simi- lar calls is not that my leader friend was shocked, hurt, and angry.


He should have been shocked at the duplicitous life of the senior pastor he was calling about. He should have been hurt that his pastor loved his pleasure more than he loved the people he'd been called to feed and to lead. The caller needed to be righteously angry at the violation of everything God designed his church to be. But what concerned me and left me sad after the call was that there was no introspection, no wonderment about the nature of the leadership community that surrounded the fallen pastor, and no apparent will- ingness to talk about things other than what to do with the pastor who was the focus of his anger.


a I wish this conversation had been an exception, but it wasn't. We have all been witnesses to the fall of well-known pastors with huge amount of influence and notoriety, but for every public falling, there are hundreds of unknown pastors who have lapsed, have left both their leadership and their church in crisis, or are


1. Paul David Tripp, Dangerous Calling: Confronting the Unique Challenges of Pastoral Ministry


(Wheaton, IL: Crossway, 2012).


Introduction


spiritual shells of the pastors they once were. We have talked about the idolatry of celebrity, about pastoral immorality, and about se- duction of power, but I am writing this book because, very often, behind the failure of a pastor is a weak and failed leadership com- munity. We don't have just a pastoral crisis; I am convinced from conversation after conversation with pastors and their leadership that we have a leadership crisis.


Could it be that the way we have structured local church lead- ership, the way leaders relate to one another, the way we form a leader's job description, and the everyday lifestyle of the leadership community may be contributing factors to pastoral failure? Could it be that as we leaders are disciplining the pastor, dealing with the hurt he has left behind and working toward restoration, we need to look inward and examine what his fall tells us about ourselves? Could it be that we are looking to the wrong models to understand how to lead? Could it be that as we have become enamored with corporate models of leadership, we have lost sight of deeper gospel insights and values? Could it be that we have forgotten that the call to lead Christ's church is not summarized by organizing, running, and funding a weekly catalog of religious gatherings and events? Could it be that many of our leadership communities don't actually function like communities? And could it be that many of our leaders don't really want to be led, and many in our leadership community don't value true biblical community?


I knew when I wrote Dangerous Calling, which addresses the unique temptations that every pastor faces, I would need to write another book addressing the community of leaders that surrounds the pastor. I have needed the years since Dangerous Calling was pub- lished, with all of those sad and difficult phone conversations, before undertaking it. I have needed to sit face-to-face with scores of pasto- ral newbies and veterans. I have needed many hours of examination and reflection. But I am excited to use my voice in the hope that it Introduction


will ignite a conversation that I am convinced we need to have but often are not having.


This book is not a depressing critique. You can go to Twitter for that the place that has revealed to us all that judgment is much more natural to us than grace. I want to propose a positive character model for local church or ministry leadership. There is so much writ- ten about a leader's gifting, about having the right people in the right seats, about leadership structures, and about how to make decisions and drive vision. All of these things are important, but they are not the most important thing. I want to turn your thinking toward the foundational character and lifestyle of a healthy church leadership community. My hope is that the result will be insight, confession, and community transformation.


Jim called me because the secret, sordid life of his senior pas- tor was no longer a secret. Like so many situations, the computer was the tool that had exposed the secret. At first, Jim and his fel- low leaders were in denial. They simply could not believe that this stuff was going on in the life of the man they had worked alongside and trusted for years. They thought maybe his computer had been hacked, but when they approached him, they changed their think- ing, because he had a denier's answer for everything. Now they had to work through their disbelief as well as all the plausible explana- tions their pastor had given and that, frankly, they wanted to believe. The more they dug, however, the more they were unable to deny the truth of what was uncovered, and the more they uncovered, the more they had to confess that there was an awful lot about this pastor that they did not know. They were like ten people in a canoe built for four launched by raging rapids toward a waterfall ahead.


To add to their out-of-control feeling, this crisis had shattered their unity. Perhaps it's more accurate to say that the crisis had ex- posed how thin and easily shatterable their unity was. The men who were most loyal to the pastor argued and debated with the men they Introduction


thought were rushing to judgment; the organizational guys argued with the men who tended to be more pastoral; and in all of these debates there was way too much judgment of the others' interests and motives. Meanwhile, a shocked and hurting congregation was not getting from their leaders what they needed.


As I walked with these leaders through their distress and confu- sion, engaging them in conversation after conversation, it was clear that they were foundationally unprepared for what they were deal- ing with. It wasn't just that they were structurally unprepared; they were, more importantly, unprepared in terms of character and rela- tionship. The fact that such basic things were missing complicated and obstructed their calling to lead their church through that very difficult moment. And in their unpreparedness, they spent as much time debating among themselves as they did dealing with the crisis and the man at the center of it.


It's not just the little, unknown churches that are unprepared. We have all watched flagship churches deal with similar pastoral crises, and we have seen them act and speak too soon, only to then retract what they have said and done and then suggest another view and another course of action that they soon also modify. We've seen leaders in these churches publicly disagree with one another. We have seen loyalty, power, and division control decisions rather than biblical wisdom. How many failed pastors will there be, how many more broken and hurting churches, before we humbly ask questions about how we are leading the church that the Savior has entrusted into our care?


I celebrate the wonderful, vibrant, and healthy churches that I partner with around the world. I love the energy that we are pouring into church planting and church revitalization. I love that gospel- centered churches are speaking ever more loudly as advocates for what is just and right for those who have no voice. I am not at all depressed; I am excited. But I am concerned that weaknesses in Introduction


the leadership community have the power to not only weaken the function and witness of what appears to be a very healthy church but may also, in what seems to be an instant, cast that church into a quagmire that can damage and divert its ministry for a long time. In some situations it appears that the glory will never return.


The courage that propels me to approach this topic is rooted not in my wisdom or experience but in the presence, power, wisdom, and grace of my Redeemer. As I begin writing this book, I am once again remembering what gave me hope and motivation when I wrote Dangerous Calling-Matthew 28:16-20:


Now the eleven disciples went to Galilee, to the mountain to which Jesus had directed them. And when they saw him they worshiped him, but some doubted. And Jesus came and said to them, "All authority in heaven and on earth has been given to me. Go therefore and make disciples of all nations, baptizing them in the name of the Father and of the Son and of the Holy Spirit, teaching them to observe all that I have commanded you. And behold, I am with you always, to the end of the age."


The disciples had been through a whirlwind of unimaginable things; the late-night arrest of their Messiah in Gethsemane, Jesus's trial and torture, the public crucifixion, the sight of his empty tomb and his post-resurrection appearances. Try to put yourself in their place. Try to imagine the confusion, the internal debates, the fear, the doubt, and the wonderment of the future. Imagine the joy of his appearances crashing against the struggles of belief that would accompany the miracles and the mystery. Consider what happens next in the context of what the disciples were dealing with emotion- ally and spiritually.


Jesus, knowing that there was both doubt and belief in the room, was about to commission this group of fearful believers to carry the gospel of resurrection life to the world. Yes, he would commission fn


Introduction


these men at this cataclysmic moment. I likely would've thought, They're not ready, it's just too soon. They need to know so much more. They need to come to a deeper understanding of what just happened. They need time to mature. But in the middle of the most amazing, confusing, and gloriously mind-bending moment in history, Jesus did not hesitate; he simply said, "Go.”


I love the words that follow because they tell us why Jesus was confident to draft these men, at that moment, for his worldwide gospel mission. He was confident not because of what was in them and what he knew they would do, but because he knew what was in himself and what he would do. So he said, "All authority in heaven and on earth has been given to me." He was saying to these men that there was no situation, no location, or no community outside of his authority and sovereign rule. He wanted them to understand that everything in heaven and on earth was under his command. Con- sider why this was so vital for these men who desperately needed his grace in order to bring his message of grace to the nations.


I don't know if you've ever considered this, but the reliability of God's promises of grace to us is only as great as the extent of his sovereignty. God can only guarantee the sure delivery of his prom- ises in the places over which he has control. I can guarantee what I promise to you in my house, because I have some authority there, but I cannot make the same promises for my neighbor's house, over which I have no control. Jesus is saying, "As you go, you can bank on everything I have promised you because I rule every place where you will need those promises to be fulfilled." God's promises of grace are sure because his sovereignty is complete.


But Jesus had more to say. He then looked at this room of men, with the mixture of doubt and faith in their hearts, and said, "Be- hold, I am with you always." These words are much deeper than Jesus saying, "I'll be there for you." Jesus is taking one of the names of God: "I Am." He says, "Know that wherever you go, the I Am Introduction


will be with you, the God of Abraham, Isaac, and Jacob, the one on whom all the covenant promises rest, the one who is the same yester- day, today, and forever, the one who is Alpha and Omega. I am the I Am, and I would never think of sending you without going with you in power, glory, wisdom, and grace.” The disciples would find all they needed for what they were being commissioned to do in the power, presence, and grace of the one sending them.


It is with the same assurance Jesus gave to the disciples that I write this book. Because of the completeness of Christ's authority, the inescapability of his presence and the surety of his promises, we don't have to be afraid of examining our weaknesses and failure. The gospel of his presence, power, and grace frees us from the burden of minimizing or denying reality. The gospel of his presence, power, and grace welcomes us to be the most honest community on earth. We are not cemented to our track record. We are not left to our small bag of personal resources. Because he is his best gift to us, our potential is great and change is possible. And so it is the gospel of his presence, power, and grace that gives me the courage and hope to write about a very important place where change needs to take place. May the same grace give you an open heart as you read.


A MODEL


The foundation of everything proposed in this book about the shape, character, and function of the leadership community of the church of Jesus Christ is this: the model for the community that is the church, and most importantly its leadership, is the gospel of Jesus Christ. Now, I know that this seems both obvious and vague, but I am persuaded that it is neither, and that if the primary driving force of leadership in local churches around the world was the gospel of Jesus Christ, many of the sad things we have seen happen in the lives of leaders and their churches would not have happened. fn


Introduction


I want to invite you to examine with me a passage that lays down a gospel foundation for all relationships in the church, from the average person in the pew to the most influential, culture, and mission-setting leaders. Let me say, before we look at this passage, that no organizational or achievement-oriented leadership model should overwhelm the values and call of the gospel as the core structural and functional model and identity for local church and Christian ministry leaders. As I have reflected upon this passage, my mind has gone to the thousands and thousands of pastors, min- istry leaders, elder boards, and deacon boards around the world, and I have wondered if the community norms of this passage are their normal experience as leaders. The passage comes in Paul's letter to the Ephesians:


I therefore, a prisoner for the Lord, urge you to walk in a man- ner worthy of the calling to which you have been called, with all humility and gentleness, with patience, bearing with one another in love, eager to maintain the unity of the Spirit in the bond of peace. (Eph. 4:1-3)


It should be noted that Paul's first application of the truths of the gospel, which he has just expounded for the Ephesians, is to remind them that it is those very truths that are to form the way they think about themselves and their relationships to one another. Those truths are to be the foundation stones of whatever commu- nity structures they build. There are few more important applica- tions of the truths of the gospel of Jesus Christ than to consider how they set the agenda for the way we live with, relate to, and work with each other as members of the body of Christ. And let me point out that there is no exception clause for pastors, elders, and deacons or some different community model for them in this passage or in any of the similar passages. The gospel, which is our hope in life and death, also sets the agenda for how we live, relate, Introduction


and lead between the "already" of our conversion and the "not yet" of our final home going.


My purpose here is not to do a detailed study of Ephesians 4:1-3 but to propose how its gospel values can begin to form the way we think about how we function and relate as church leaders. I want to suggest that if you really do want your relationships to be worthy of the gospel you received, then you will value humility, gentleness, patience, forbearing love, and peace, and if you value these gospel characteristics, you will ask yourself, "What would my leadership community look like if we truly valued these things more than posi- tions, power, achievement, acclaim, or success?" Let me answer this question by suggesting six characteristics that will mark out a leader- ship community formed by gospel values.


1. Humility


Humility means that each leader's relationship to other leaders is characterized by an acknowledgment that he deserves none of the recognition, power, or influence that his position affords him. It means knowing, as a leader, that as long as sin still lives inside you, you will need to be rescued from you. Humility means you love serving more than you crave leading. It means owning your inability rather than boasting in your abilities. It means always being committed to listen and learn. Humility means seeing fel- low leaders not so much as serving your success but serving the one who called each of you. It means being more excited about your fellow leaders' commitment to Christ than you are about their loyalty to you. It's about fearing the power of position rather than craving it. It's about being more motivated to serve than to be seen. Humility is always being ready to consider the concern of others for you, confess what God reveals through them, and to commit to personal change. Humility is about firing your Ctrl


Introduction


inner lawyer and opening yourself up to the ongoing power of transforming grace.


2. Dependency


Dependency means living, as a leader, as if I really do believe that my walk with God is a community project. It means that because of the blinding power of remaining sin, I give up on the belief that no one knows me better than I know myself. Dependency means no longer being afraid of exposure, because I really do believe that there is nothing that could be known, exposed, or revealed about me that has not already been addressed by the person and work of Jesus. It means living as if I really do believe that isolated, individual- ized, independent Christianity never produces good fruit. It means acknowledging that every leader needs to be led and every pastor needs to be pastored. Dependency means acknowledging theological understanding, biblical literacy, ministry gifts, and ministry experi- ence and success do not mean that I no longer need the essential sanctifying ministry of the body of Christ. It means confessing that as long as sin remains in me, and that apart from restraining grace and the rescuing ministry of those around me, I continue to be a danger to myself.


3. Prepared Spontaneity


If you acknowledge the presence and the seducing and deceiving power of remaining sin, you will also acknowledge that everyone in your leadership community is still susceptible to temptation and is still at risk. You know that sins, small and great, will infect your com- munity and obstruct and divert its work. You live with the knowl- edge that everyone in your leadership community is still in need of rescuing and sanctifying grace. So you set in motion plans for Introduction


dealing with the sin, weakness, and failure that will inevitably rear their ugly heads. You will not be shocked by, deny, or minimize what God, in grace, reveals but deal with it forthrightly in a spirit of bibli- cal love and grace. You will not be more concerned with defending the reputation of your leadership community than dealing with its failures. Prepared spontaneity means that because you have taken seriously what the gospel says about ongoing spiritual battles in the heart of every leader, you have prepared yourself to deal with the sin that God exposes, even though you don't know beforehand what he will, in grace, expose.


4. Inspection


Inspection means that we invite people to step over the normal boundaries of leadership relationships to look into our lives to help us see things that we would not see on our own. It means inviting fellow leaders to watch for our souls. It means inviting them to inter- rupt our private conversation with protective biblical insights and restorative gospel truths. It means acknowledging that self-exami- nation is a community project, because we are still able to swindle ourselves into thinking that we are okay when we are in danger and in need of help. So every leader must be willing to live under loving, grace-infused, patient, and forgiving biblical inspection.


5. Protection


We all sin, but we don't all sin the same. For reasons of history, ex- perience, gift, biology, and a host of other things, we aren't equally tempted by the same things. You may be susceptible to the tempta- tions of power, while someone else may be susceptible to the temp- tations of pleasure, while I may be tempted by the lure of material things. This understanding of the variegated seductions of sin and fn


ctrl


Introduction


the different way they impact each one of us is vital to the long- term health and gospel fruitfulness of every local church leadership community. True biblical love doesn't just accept you, bless you with patience, and greet your failures with forgiveness. Along with all these things, it works to do everything it can to protect you from the eternal weaknesses of heart that make you susceptible to temptation.


The words of Hebrews 13:17 speak with a motivational clarity: "Obey your leaders and submit to them, for they are keeping watch over your souls, as those who will have to give an account." Lead- ers are responsible to protect the souls of those who are under their care. The words here are both specific and provocative. It doesn't say leaders are commissioned to take note of your behavior; of course that is true, but there is something deeper and more fundamental pictured here. It's souls that leaders are held accountable to protect. Soul points to the inner person, his thoughts, desires, motives, weak- nesses, strengths, level of maturity, susceptibilities, etc. It means knowing someone at the level of his heart so that you can predict where he may step over God's wise boundaries. What is depicted here is a level of protective leadership that will only ever happen in the context of depth of relationship.


If this protection is meant to be the experience of everyone in the body of Christ, should it not be present in the core leadership community? It has saddened me how many times I have been contacted to help a leadership community deal with a fallen leader, only to discover there were indicators all along of particular weak- ness and susceptibilities that no one in his leadership community seemed to see. Because we as leaders don't always see ourselves with accuracy, and because we don't always see the areas in which we are weak, we all need a protective community that is watching for us even when we aren't as watchful as we should be. If we are to be protected, we need to be known at the level where temptation is its most powerful, the heart. Introduction


6. Restoration


One of the most beautiful, hopeful, and encouraging gospel themes that courses its way through Scripture is the theme of fresh starts and new beginnings. Fresh starts and new beginnings are a hallmark of the rescuing, forgiving, restoring, and trans- forming power of God's grace. For Moses a fresh start looked like a burning-bush voice calling him back to Egypt to liberate God's people, this time by God's power. For David it meant being confronted by a prophet, confessing the horror of what he had done, and continuing his kingship. For Jonah it meant being vomited up on the seashore and commissioned a second time to take God's message to Nineveh. For Peter a fresh start happened on the shore of the Sea of Galilee, as the Messiah he betrayed forgave him and sent him once again into his service. For Paul, a fresh start and new beginning looked like a blinding light on a road to Damascus and words of forgiveness and commission carried by a rather fearful messenger.


Grace means we are not held to our worst moment or cursed by our worst decision, Grace means out of the ashes of sin, leaders can rise because the Savior has resurrection power. I wonder, in the way we think about leaders and the function of the leadership commu- nity, would we have restored any of these biblical characters? What is different about the way we look at the sin, weakness, and failure of a leader and the way God looks at the same? In none of the instances that I cited was the sin denied, hidden, or minimized. In each situa- tion it looks as though what was done was so grave that there could be no hope for the sinner's future. Our tendency in such situations is to think that while God's forgiveness demonstrates amazing grace, he will nevertheless say, "As far as usefulness in my kingdom, you're done." But in those biblical situations, each was restored to a posi- tion of spiritual leadership. Introduction


6. Restoration


One of the most beautiful, hopeful, and encouraging gospel themes that courses its way through Scripture is the theme of fresh starts and new beginnings. Fresh starts and new beginnings are a hallmark of the rescuing, forgiving, restoring, and trans- forming power of God's grace. For Moses a fresh start looked like a burning-bush voice calling him back to Egypt to liberate God's people, this time by God's power. For David it meant being confronted by a prophet, confessing the horror of what he had done, and continuing his kingship. For Jonah it meant being vomited up on the seashore and commissioned a second time to take God's message to Nineveh. For Peter a fresh start happened on the shore of the Sea of Galilee, as the Messiah he betrayed forgave him and sent him once again into his service. For Paul, a fresh start and new beginning looked like a blinding light on a road to Damascus and words of forgiveness and commission carried by a rather fearful messenger.


Grace means we are not held to our worst moment or cursed by our worst decision, Grace means out of the ashes of sin, leaders can rise because the Savior has resurrection power. I wonder, in the way we think about leaders and the function of the leadership commu- nity, would we have restored any of these biblical characters? What is different about the way we look at the sin, weakness, and failure of a leader and the way God looks at the same? In none of the instances that I cited was the sin denied, hidden, or minimized. In each situa- tion it looks as though what was done was so grave that there could be no hope for the sinner's future. Our tendency in such situations is to think that while God's forgiveness demonstrates amazing grace, he will nevertheless say, "As far as usefulness in my kingdom, you're done." But in those biblical situations, each was restored to a posi- tion of spiritual leadership. Introduction


have given their lives to live in the trenches in the middle of the spiri- tual battle that is the church. They deal with the full range of joys and hardships that are inevitable in ministry. They have been called, like their Messiah, not only to preach the gospel but also, like him, to suffer for its sake. I love walking with them through the twisted roads, the hills and valleys, and the shiny days and stormy nights of the life of a spiritual leader. But again and again I am saddened that they lack the kind of gospel-rich community that every pastor or leader needs in order to be spiritually healthy and to enjoy ministry longevity. My meetings with them have forced me to think about what that community needs to be like.


So this book is shaped by twelve leadership-community gospel principles. These principles are deeply relational because the gospel is. Remember that the gospel of God's grace teaches us that last- ing change of heart and hands always takes place in the context of relationship, first with God and then with the people of God. One way that I think about the twelve principles that drive the content of this book is that they are a love letter to these dear men whom I walk with and have such affection for. My hope is that not only would these principles protect them and bless them with a long and healthy ministry life, but that they would do the same for you and generations of Christian leaders to come.