Wyobraź sobie wielką salę sądową.
Jest cicho. Tak cicho, że słychać szelest kartek i tykanie zegara na ścianie.
Za chwilę ma zapaść wyrok w sprawie, która od lat porusza całe społeczeństwo. Na ławie oskarżonych siedzi człowiek winny strasznych rzeczy. Złamał życie wielu ludziom. Niektórzy stracili przez niego bliskich, inni zdrowie, jeszcze inni pokój serca.
Wszyscy czekają.
Sędzia siedzi nieruchomo za swoim stołem.
Patrzy na zgromadzonych i myśli:
"Ludzie oczekują ode mnie sprawiedliwości. Nie współczucia, nie emocji, nie popularności. Jeśli jestem dobrym sędzią, muszę wydać wyrok zgodny z prawdą. Gdybym zlekceważył zło, skrzywdziłbym ofiary. Gdybym ukarał niewinnego, sam stałbym się niesprawiedliwy. Sprawiedliwość jest ciężarem. Wszyscy jej chcą, dopóki nie trzeba jej wymierzyć."
W pierwszym rzędzie siedzi starsza kobieta.
To matka człowieka, który zginął przez oskarżonego.
Jej dłonie drżą.
"Chcę sprawiedliwości" – myśli.
"Przez lata budziłam się w nocy. Przez lata patrzyłam na puste miejsce przy stole. Przez lata słuchałam ludzi mówiących: 'musisz iść dalej'. Ale oni nie wiedzą, jak wygląda pustka po stracie dziecka. Niw obchodzi mnie to, że sprawaca miał kryzys i był pijany... ja tylko chcę sprawiedliwości."
Obok siedzi mężczyzna z blizną na twarzy.
On także jest ofiarą.
"Chcę, żeby ktoś wreszcie powiedział głośno, że to było zło. Nie pomyłka. Nie nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Zło. Każdy powinien odpowiadać za swoje decyzje... chcę sprawiedliwości."
Kilka rzędów dalej siedzi młody dziennikarz.
Przyszedł po prostu opisać proces.
Patrzy na ofiary i myśli:
"Oczywiście, że trzeba ukarać winnego. Społeczeństwo musi wiedzieć, że zło ma konsekwencje a sprawiedliwość na końcu triumfuje..."
Ale nagle przypomina sobie własne życie.
Przypomina sobie zdradę żony, kłamstwa, lata ukrywanej nieuczciwości w rodzinie i w pracy...
I po raz pierwszy przez jego głowę przebiega niewygodna myśl:
"A gdyby ktoś prześwietlił całe moje życie? Każdą wiadomość. Każdą myśl. Każdy sekret?"
Nie jest już tak pewny siebie jak przed chwilą.
Na ławie oskarżonych siedzi w końcu winny człowiek.
Przez lata lekceważył swoje sumienie. "Przecież cały świat jest zły i niesprawiedliwy...". Ale dziś po raz pierwszy nie ma dokąd uciec. Patrzy na sędziego. Patrzy na ofiary. Patrzy na zgromadzonych. I myśli:
"Jeszcze kilka lat temu śmiałem się z takich chwil. Byłem pewien, że jestem sprytniejszy od wszystkich. Teraz oddałbym wszystko za jedno słowo: niewinny."
Po raz pierwszy nie chce sprawiedliwości. Chciałby miłosierdzia, usprawiedliwienia, wyrozumiałości dla jego wypadku...
W ostatnim rzędzie siedzi jeszcze pewien starszy człowiek.
Przyszedł tylko obserwować. Nie zna oskarżonego. Nie zna ofiar.
Ale gdy słucha całej sprawy, zaczyna rozmyślać.
"To dziwne. Wszyscy tutaj chcą sprawiedliwości. Ofiary chcą sprawiedliwości. Sędzia ma wymierzyć sprawiedliwość. Gazety domagają się sprawiedliwości. I ja sam chcę sprawiedliwości."
Po chwili jednak przychodzi druga myśl.
"Ale czy naprawdę jej chcę?"
"Jeśli sprawiedliwość oznacza, że każdy otrzymuje dokładnie to, na co zasłużył, to co ze mną?"
"Co z moją pychą?"
"Co z moją chciwością?"
"Co z moimi grzechami?"
"Co z rzeczami, których nikt nigdy nie odkrył?"
I nagle odkrywa coś, czego wcześniej nie rozumiał.
Wszyscy na sali chcą sprawiedliwości. Ale nie wszyscy chcą jej dla siebie.
Ofiary chcą sprawiedliwości. Winny pragnie miłosierdzia.
Widzowie chcą sprawiedliwości dla innych, ale uznania i zrozumienia dla siebie.
A sędzia wie, że prawdziwa sprawiedliwość nie może być wybiórcza.
I właśnie tutaj zaczyna się wielka prawda Biblii.
Każdy z nas zasiądzie kiedyś w sali sądowej.
Nie jako obserwator. Nie jako komentator. Nie jako dziennikarz.
Lecz jako człowiek stojący przed Bogiem.
Wtedy pytanie nie będzie brzmiało:
"Czy świat był prawiedliwy albo czy otrzymałeś sprawiedliwość?"
Pytanie będzie brzmiało:
"Czy jesteś gotowy stanąć przed doskonale sprawiedliwym Bogiem?"
Dopóki myślimy tylko o Hitlerze, Stalinie, zbrodniarzach Wołynia, oprawcach Katynia czy innych wielkich przestępcach historii, sprawiedliwość wydaje się piękna.
Ale gdy światło Bożej świętości pada na nasze własne serce, zaczynamy rozumieć słowa psalmisty:
„Jeżeli będziesz zważał na winy, Panie, któż się ostoi?” (Ps. 130:3).
Dlatego właśnie Ewangelia jest najpiękniejszą wiadomością na świecie.
Bo Ten, który pewnego dnia zasiądzie na tronie jako Sędzia, najpierw przyszedł jako Zbawiciel.
Ten, który ma pełne prawo wymierzyć sprawiedliwość, zaoferował miłosierdzie.
Ten, przed którym kiedyś zadrży cała ziemia, dziś mówi:
„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mt 11:28).
Dlatego największym pytaniem nie jest: „Czy chcę sprawiedliwości dla świata?”
Większość ludzi odpowie: „Tak”.
Najważniejsze pytanie brzmi:
„Co zrobię, gdy sprawiedliwość Boga dosięgnie również mnie?”.
W tym momencie każdy człowiek staje przed wyborem:
- otrzymać sprawiedliwość za swoje grzechy
- albo znaleźć schronienie w miłosierdziu i sprawiedliwości Jezusa Chrystusa.




