czwartek, 2 lipca 2026

Duchowe Opuszczenie r.1 | Gisbertus Voetius i Johannes Hoornbeeck - Spiritual Desertions


 

Historia Roberta Glovera

Robert Glover, (angielski szlachcic stracony w 1555 r), na dwa lub trzy dni przed śmiercią popadł w stan głębokiego duchowego opuszczenia. Choć był skazany na śmierć za wiarę, jego dusza była pełna smutku i pozbawiona jakiejkolwiek odczuwalnej pociechy. Czuł się ociężały na duchu i niegotowy na przyjęcie krzyża męczeństwa, obawiając się, że Bóg cofnął swoją łaskę.

Swoją udrękę wyznał bliskiemu przyjacielowi, Augustynowi (Bernherowi). Augustyn upomniał go, by cierpliwie wyczekiwał Pańskiego upodobania i trwał przy słusznej sprawie, nie wątpiąc, że Bóg nawiedzi go w stosownym czasie obfitym pocieszeniem.

Przełom nastąpił w samym momencie egzekucji: Mimo modlitwy trwającej całą noc, Glover wciąż nie czuł radości. Dopiero gdy szedł na miejsce stracenia i ujrzał stos, do którego miał zostać przywiązany, został nagle i niespodziewanie napełniony Duchem Świętym.

W przypływie ogromnej radości zaczął klaskać w dłonie i krzyknął do przyjaciela: „Augustynie, On przyszedł! On przyszedł!” (Augustinus, He is come, He is come!).

Jego postawa w obliczu płomieni była tak pełna wesela, że sprawiał wrażenie człowieka wyzwolonego z niebezpieczeństwa śmierci, a nie kogoś, kto właśnie w nią wchodzi. Bóg nie dopuszcza prób ponad siły i często udziela największej pociechy w najtrudniejszym momencie.


A teraz opowieść o duchowym wędrowcu, oparta na naukach Johannesa Hoornbeecka i Gisbertusa Voetiusa -  wprowadza nas ona w najgłębsze arkana chrześcijańskiego doświadczenia “opuszczenia”.

Część I: Blask przed zmierzchem

Wyobraź sobie duszę jako Wędrowca, który przez długie lata kroczył w pełnym słońcu Bożej przychylności. Jego droga była prosta, a serce wypełniał pokój, który wydawał się niewzruszony. Modlitwa nie była dla niego trudem, lecz rozmową z Przyjacielem, a obietnice Pisma Świętego smakowały jak „miód z opoki”. Wędrowiec wierzył, że ten stan jest niezmienny, że jego wiara jest jak góra, która nigdy się nie zachwieje.

Nie wiedział jednak, że wiara ma swoją istotę (korzeń) oraz swoje odczuwanie (owoc). Czuł, doświadczał owocu, ale nie znał jeszcze mocy korzenia, który musi przetrwać zimę. Bóg, w swojej nieskończonej mądrości, postanowił poddać go próbie – nie po to, by go zatracić, ale by „wypróbować, co jest w jego sercu”.

Część II: Zapada noc – natura opuszczenia

Nagle, często bez wyraźnego uprzedzenia, słońce zaczęło zachodzić. Na drogę Wędrowca padł gęsty mrok, który inni pielgrzymi nazywają „duchową pustynią” lub „wewnętrznym krzyżem”. To nie był zwykły smutek; to było poczucie, że Bóg, który dotąd był tak blisko, nagle „wycofał się do swojego miejsca” i „zakrył swoje oblicze chmurą”.

Wędrowiec poczuł się jak dziecko, którego matka w ciemnym pokoju puściła rękę i schowała się za ścianą. Dziecko wie, że matka istnieje, ale jej brak napełnia je przerażającym lękiem. To opuszczenie nie jest całkowite ani ostateczne – Bóg wciąż podtrzymuje duszę „niewidzialną nicią łaski”, ale cofa odczuwalną radość i pocieszenie.

Ból, który uderzył w Wędrowca, był najcięższym ze wszystkich, jakie zna ludzka natura. Dlaczego? Ponieważ nie uderzył w ciało, ale bezpośrednio w duszę – najbardziej żywą i wrażliwą część człowieka, która nadaje ciału zdolność głębokiego odczuwania. Wędrowiec czuł się tak, jakby wpadał w „udręki piekielne”, a jego serce „topniało jak wosk”.

Część III: Walka na czterech frontach

W tym mroku Wędrowiec nie mógł odpocząć. Musiał stanąć do gwałtownej walki, która toczyła się na czterech polach bitwy:

1. Walka z milczącym Bogiem: Wędrowiec wołał w dzień i w nocy, lecz nad jego głową rozciągała się tylko obojętna pustka nieba. Pytał: „Panie, dlaczego stoisz z daleka...? Dlaczego chowasz się w czasach ucisku..?”. Czuł, że Bóg stał się dla niego „postrachem”, a Jego strzały „tkwią w nim głęboko”. To był najtrudniejszy etap – wierzyć w miłość Ojca, gdy widzi się tylko zagniewane oblicze Sędziego.

2. Walka z Szatanem – „Ryczącym Lwem”: Przeciwnik wykorzystał mrok. Szatan zaczął wrzucać w myśli Wędrowca „ogniste strzały” – bluźnierstwa przeciw Bogu i sugestie, że cała jego dotychczasowa droga była kłamstwem lub hipokryzją. Szatan szeptał: „Bóg cię porzucił, poddaj się rozpaczy”. Autorzy ostrzegają, że te myśli są jak gwałt zadany duszy – są winą kusiciela, a nie udręczonego wędrowca, o ile ten stawia im opór.

3. Walka z ludźmi i światem: Nawet otoczenie stało się ciężarem. Ludzie światowi, nie rozumiejąc duchowej walki, drwili: „Gdzie jest twój Bóg?”. Inni, podobnie jak przyjaciele Hioba, uznawali jego cierpienie za dowód ukrytych, strasznych grzechów. Wędrowiec czuł się „wyrzutkiem społecznym”, niezdolnym do uczestnictwa w ich powierzchownej radości.

4. Walka z samym sobą i sumieniem: Własne sumienie Wędrowca, pozbawione światła pociechy, stało się jego oskarżycielem. Przypominało mu grzechy młodości, wyolbrzymiało każdą słabość, aż Wędrowiec zaczął wierzyć, że nigdy nie miał w sobie prawdziwej wiary, a jedynie jej cień.

Część IV: Święta pedagogika – Boże cele

Błąkając się po bezdrożach „pustyni duchowej”, Wędrowiec zaczął powoli rozumieć, dlaczego Niebiański Lekarz dopuszcza tak gorzkie lekarstwo. Odkrył Boże cele ukryte w ciemności:

Próba szczerości: Bóg sprawdzał, czy Wędrowiec kocha Go dla pociech (darów), czy dla Niego samego (Dawcy). Czy będzie Go szukał nawet wtedy, gdy nie przynosi to natychmiastowej ulgi?.

Upokorzenie dumy: Słońce sprawiało, że Wędrowiec stawał się zbyt pewny siebie, „utył i brykał”. Mrok nauczył go, że bez łaski nie jest w stanie wykrzesać z siebie ani jednej dobrej myśli.

Wzbudzenie głodu: Nic tak nie zwiększa szacunku dla chleba, jak okres głodu. Wędrowiec uczył się cenić najmniejszy okruch łaski bardziej niż całe złoto świata.

Upodobnienie do Chrystusa: Wędrowiec zrozumiał, że musi przejść przez Getsemani i Golgotę, by stać się podobnym do swojego Mistrza, który również wołał: „Czemuś Mnie opuścił?”. Chrystus wypił kielich do dna, byśmy my nigdy nie zostali opuszczeni na wieki.

Część V: Droga do wyzwolenia

Wędrowiec nie poddał się chciwości czyli bałwochwalstwu. Choć nie czuł nic, postanowił „trzymać się wyznaczonego kursu”.

  1. Szukał pomocy u mądrych przewodników, którzy przypominali mu jego dawne doświadczenia, gdy Bóg był mu bliski.

  2. Trwał przy środkach łaski, modląc się nawet wtedy, gdy czuł, że jego słowa odbijają się od ściany, czytając Słowo, choć wydawało się martwe oraz trwając w społeczności z innymi.

  3. Uczył się „wiary lgnącej” – takiej, która opiera się na obietnicy, a nie na uczuciu.

Bo właśnie wtedy, często w najciemniejszym momencie, gdy siły już całkiem ustają, następuje przełom.

Część VI: Powrót Oblubieńca i wieczne Hallelujah

Aż wreszcie przyszło wyzwolenie jak nagły świt po polarnej nocy. Chrystus „przebił się przez mury”, a Wędrowiec mógł wreszcie zawołać jak Maria Magdalena: „Rabbuni!” lub jak męczennik Glover: „On przyszedł! On przyszedł!”.

To nowe pocieszenie jest głębsze niż poprzednie. Wędrowiec nie jest już tym samym człowiekiem. Stał się „złotem wypróbowanym w ogniu”. Jego wiara nie była już oparta na emocjonalnej pogodzie, ale na fundamencie „wiecznego miłosierdzia”.

Teraz, patrząc wstecz, Wędrowiec widzi, że Bóg nigdy go nie zostawił. Każdy krok w mroku był zaplanowany, a każda rana została „polana przez Boga olejkiem radości”. 

Boża opowieść kończy się triumfem: dusza, która przeszła przez „małe piekło”, jest teraz gotowa na pełnię nieba, gdzie słońce nigdy nie zachodzi, a Oblubieniec nigdy nie odchodzi. Tylko Boża opowieść kończy się triumfem.


środa, 1 lipca 2026

William Mitchell Ramsay - "..udowodnię, że Biblia to mit..."



William Mitchell Ramsay - 1850-1939 brytyjski archeolog 

„Nie chciał uwierzyć. Chciał obalić.”

– Wierzy Pan, że te wszystkie historie z Biblii wydarzyły się naprawdę? – zapytał student swojego starszego profesora podczas przerwy na uniwersytecie.

– A dlaczego pytasz? – odpowiedział profesor.

– Bo wydaje mi się, że gdyby ktoś dokładnie zbadał te opowieści, wszystko by się rozsypało. Zwłaszcza historia o zmartwychwstaniu. Przecież to brzmi jak legenda.

Profesor uśmiechnął się.

– Wiesz, podobnie myślał pewien człowiek ponad sto lat temu. Nazywał się William Mitchell Ramsay. Był wybitnym archeologiem, historykiem i znawcą starożytności. Studiował na najlepszych uczelniach swoich czasów. Wychowany został w atmosferze krytycznego podejścia do Biblii. Uważano wtedy, że szczególnie księga Dziejów Apostolskich jest pełna błędów, legend i pobożnych wymysłów.

– I co odkrył?

– Odkrył coś, czego wcale nie chciał odkryć.

William Ramsay nie wyruszył na Bliski Wschód, aby udowodnić prawdziwość Biblii. Wyruszył, aby wykazać jej błędy. Przez lata przemierzał Azję Mniejszą, badał ruiny starożytnych miast, odczytywał inskrypcje, analizował dokumenty i porównywał je z opisami Łukasza zawartymi w Dziejach Apostolskich.

Spodziewał się znaleźć nieścisłości.

Zamiast nich znajdował potwierdzenia.

Im głębiej kopał w ziemi, tym bardziej podkopywane były jego własne przekonania.

Dzieje Apostolskie okazały się zadziwiająco dokładne.

Łukasz nie pisał jak człowiek tworzący legendę. Pisał jak świadek historii.

Spójrzmy tylko na kilka przykładów.

W Dziejach Apostolskich 13:7 prokonsulem Cypru nazwany jest Sergiusz Paweł. Przez lata krytycy twierdzili, że Łukasz użył niewłaściwego tytułu urzędniczego. Późniejsze odkrycia archeologiczne potwierdziły jednak, że właśnie taki tytuł nosił rzymski zarządca Cypru.

W Dziejach Apostolskich 19:31 pojawia się niezwykłe określenie „azjarchowie” – wysocy urzędnicy prowincji Azji. Krytycy uznawali ten termin za błąd. Później odkryto liczne inskrypcje potwierdzające istnienie dokładnie takiego urzędu.

W Dziejach Apostolskich 17:6 władze Tesaloniki nazwane są „politarchami”. Przez długi czas nie znaleziono takiego tytułu nigdzie poza Biblią. Dzisiaj archeolodzy odkryli dziesiątki inskrypcji zawierających właśnie ten termin, szczególnie w Macedonii.

Łukasz znał nie tylko miasta i urzędy. Znał drogi, odległości.

Znał zwyczaje żeglugi. Znał lokalne warunki polityczne. Znał kolejność odwiedzanych miejsc. Znał nawet zmieniające się granice administracyjne prowincji.

Dla człowieka siedzącego wiele lat później przy biurku byłoby niemal niemożliwe odtworzenie tylu szczegółów bez popełniania błędów.

Ramsay doszedł do wniosku, że Łukasz należy do najwybitniejszych historyków starożytności.

Ale najważniejsze pytanie nie dotyczyło tytułów urzędników.

Nie chodziło o nazwy miast ani o starożytne inskrypcje.


Te szczegóły prowadziły do większego problemu.

Jeżeli Łukasz był tak dokładny tam, gdzie możemy go sprawdzić, to co zrobić z tym, czego nie możemy wykopać z ziemi?

Co zrobić z jego świadectwem o pustym grobie?

Co zrobić z jego opisem spotkań ze zmartwychwstałym Chrystusem?

Co zrobić z tysiącami ludzi, którzy nagle zaczęli głosić, że Jezus żyje?

Dzieje Apostolskie nie opisują grupy ludzi zdobywających władzę lub bogactwo.

Opisują ludzi gotowych cierpieć. Bitych. Więzionych. Wypędzanych ze swoich domów. Wyśmiewanych. A wielu z nich ostatecznie zabitych za swoje wierne świadectwo.

Trudno uwierzyć, by tylu ludzi oddawało życie za coś, o czym wiedzieli, że jest oszustwem. Apostołowie twierdzili coś bardzo prostego:

„Tego Jezusa wskrzesił Bóg, czego my wszyscy świadkami jesteśmy” (Dz. 2:32).

Nie mówili: „Tak nam się wydaje”. Albo: „Mamy piękną filozofię”.

Mówili: „Widzieliśmy Go.”

1 Jana 1 (1)Ogłaszamy wam to, co było od początku, o czym usłyszeliśmy, co zobaczyliśmy na własne oczy, czemu się przyglądaliśmy i czego dotknęły nasze ręce, a co odnosi się do Słowa życia. (2)  Życie bowiem zostało objawione! Poświadczamy to jako naoczni świadkowie! I przynosimy wam wieść o tym życiu wiecznym! Było ono u Ojca, lecz zostało nam objawione. (3)  To zatem, co zobaczyliśmy i o czym usłyszeliśmy, przekazujemy wam...

Właśnie dlatego chrześcijaństwo nie zaczyna się od ślepej wiary.

Zaczyna się od faktu. Od wydarzenia. Od pustego grobu. Od zmartwychwstałego Chrystusa.

William Ramsay nie planował zostać obrońcą wiary chrześcijańskiej.

Chciał wręcz obalić jej fundament.

Jednak to nie dowody ugięły się pod ciężarem jego sceptycyzmu.

To jego sceptycyzm ugiął się pod ciężarem dowodów.


I tu pojawia się pytanie dla każdego z nas.

Nie brzmi ono: „Czy istnieją wystarczające dowody?”

Pytanie brzmi raczej:

„Co zrobię z dowodami, które już otrzymałem?”

Bo największym problemem człowieka często nie jest brak światła.

Problemem jest niechęć pójścia za światłem tam, dokąd prowadzi.

Jezus powiedział:

„Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11:25).

Jeżeli Chrystus rzeczywiście zmartwychwstał, to nie jest tylko postacią historyczną.

Jest żyjącym Panem.

A jeśli jest żyjącym Panem, to domaga się od nas nie tylko podziwu dla dowodów, ale odpowiedzi serca.

Dowody, owszem, mogą doprowadzić człowieka pod sam krzyż.

Ale tylko wiara może sprawić, że uklęknie pod tym krzyżem, przed swoim Zbawicielem.


wtorek, 30 czerwca 2026

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy” - ale czy na pewno wszyscy?



Pewnego dnia po nabożeństwie podszedł do mnie człowiek i mówi:

— Jezus powiedział: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy”. To znaczy, że decyzja należy do człowieka. Jeśli ktoś chce, przyjdzie. Jeśli nie chce, nie przyjdzie. Nie potrzeba żadnego szczególnego działania Boga.

Na to odpowiadam:

— A dlaczego jeden chce przyjść, a drugi nie chce? Dlaczego dwaj ludzie słyszą tę samą Ewangelię, siedzą w tej samej ławce, słuchają tego samego kazania, a jeden wychodzi skruszony, a drugi obojętny?

— Po prostu, bo jeden z nich podjął właściwą decyzję.

— No dobrze, ale skąd wzięła się ta właściwa decyzja? Czy człowiek z natury szuka Boga? Czy serce grzesznika samo z siebie pragnie Chrystusa?

Zapadła chwila ciszy...

To właśnie pytanie prowadzi nas do jednego z najgłębszych tematów Pisma Świętego: dlaczego jedni przychodzą do Chrystusa, a inni pozostają daleko?

Zaproszenie dla wszystkich

Nikt nie powinien mieć wątpliwości: Ewangelia jest zaproszeniem skierowanym do wszystkich ludzi.

Pan Jezus powiedział:

„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie.” (Mt 11,28)

Kościół nie ma prawa wybierać, komu głosić Ewangelię. Nie mamy mówić: „Temu tak, a temu nie”. Każdy człowiek powinien usłyszeć wezwanie do opamiętania i wiary.

Gdy głosimy Ewangelię, możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć każdemu:

„Jeżeli przyjdziesz do Chrystusa, On cię nie odrzuci.”

To nie jest tylko nasze przypuszczenie. To obietnica samego Pana:

„Tego, który do mnie przychodzi, nie wyrzucę precz.” (J 6:37)

Każdy, kto przychodzi do Chrystusa, znajduje przebaczenie, łaskę i życie.

Ale pozostaje pytanie: dlaczego jedni przychodzą, a inni nie?

Diagnoza Jezusa

Współczesny człowiek lubi myśleć o sobie jako o kimś duchowo neutralnym.

Mówi:

„Jeżeli będę chciał, uwierzę. Jeżeli nie będę chciał, nie uwierzę.”

Jednak Jezus przedstawia inną diagnozę.

Powiedział:

„Nikt nie może przyjść do mnie, jeśli mu to nie jest dane od Ojca.” (J 6:65)

Zwróćmy uwagę na słowa „nie może”.

Jezus nie mówi tylko, że człowiek „nie chce”. Mówi, że nie może.

Problem nie leży wyłącznie w braku informacji. Problem tkwi w sercu.

Człowiek upadły jest jak Łazarz w grobie. Nie potrzebuje jedynie słów zachęty. Potrzebuje słowa życia.

Martwy człowiek nie odrzuca pomocy dlatego, że ją dokładnie przemyślał. On nie reaguje dlatego, że jest martwy.

Podobnie grzesznik potrzebuje czegoś więcej niż argumentów. Potrzebuje działania Ducha Świętego.

Rolnik i tajemnica wzrostu

Paweł używa pięknego obrazu.

Mówi:

„Ja zasadziłem, Apollos podlał, ale Bóg dał wzrost.” (1 Kor 3:6)

Wyobraźmy sobie rolnika. Wychodzi na pole i rozsiewa ziarno.

Nie wybiera tylko najlepszych miejsc. Sieje szeroko.

Potem czeka.

Nie potrafi stworzyć życia wewnątrz ziarna. 

Nie może nakazać deszczowi, aby spadł. 

Nie może rozkazać słońcu, by ogrzało ziemię.

Wszystko, co może zrobić, to wiernie siać i czekać.

Tak samo jest z głoszeniem Ewangelii.

Naszym zadaniem jest siać.

Mamy wołać do ludzi:

„Przyjdź do Chrystusa!”

Ale tylko Bóg może sprawić, że martwe serce zacznie bić dla Niego.

Tylko łaska może dać to, co jest wymagane...

To jedna z najpiękniejszych prawd Ewangelii.

Bóg nie tylko nakazuje wierzyć.

Bóg daje także zdolność do wiary.

Nie tylko mówi: „Przyjdź.”

On również otwiera oczy, zmiękcza serce i wzbudza pragnienie przyjścia.

Podobnie jest z każdym Bożym przykazaniem.

Bóg mówi: „Bądźcie świętymi.”

A jednocześnie daje Ducha Świętego, który uświęca.

Bóg mówi: „Opamiętajcie się.”

A jednocześnie daje skruszone serce.

Bóg mówi: „Uwierzcie.”

A jednocześnie daje wiarę.

Całe zbawienie jest od początku do końca dziełem łaski.

Dlatego nikt w niebie nie będzie mógł powiedzieć:

„Jestem tutaj, bo byłem różsądniejszy od innych.”

Wszyscy będą śpiewać tę samą pieśń (Ap.5:12): „Godzien jest ten Baranek zabity wziąć moc i bogactwo, i mądrość, i siłę, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo..”

Dlaczego to ma znaczenie?

Ta prawda daje niezbędną dla królewskiego przyjęcia szatę pokory.

Gdy patrzymy na własne nawrócenie, nie możemy chlubić się sobą i swoimi zasługami.

Nie możemy mówić: „Byłem bardziej rozsądny niż inni.”

Mówimy raczej: „Panie, dziękuję, że otworzyłeś moje oczy.”


Ta prawda daje również nadzieję w ewangelizacji.

Być może modlisz się za dziecko, współmałżonka albo przyjaciela, który od lat odrzuca Ewangelię.

Gdyby zbawienie zależało wyłącznie od ludzkiej decyzji, moglibyśmy rozpaczać.

Ale skoro Bóg potrafi otworzyć najtwardsze serce, nigdy nie tracimy nadziei.

Przecież otworzył serce Lidii.

Przemienił prześladowcę Saula.

Przyprowadził do siebie łotra na krzyżu.

I nadal czyni to samo.

Zakończenie

Wyobraźmy sobie jeszcze jedną scenę.

Po kazaniu młody człowiek siedzi sam w ławce. W jego sercu toczy się walka. Wie, że powinien przyjść do Chrystusa, ale boi się. Myśli o swoich grzechach, porażkach i latach zmarnowanego życia.

Podchodzi do niego starszy wierzący.

— O czym tak myślisz?

— Zastanawiam się, czy Chrystus przyjąłby kogoś takiego jak ja.

— A dlaczego miałby nie przyjąć?

— Za dużo złego zrobiłem.

— Czy słyszałeś dzisiaj, co powiedział Jezus?

— Które słowa?

— „Tego, który do mnie przychodzi, precz nie odrzucę.”

— Ale skąd mam wiedzieć, czy jestem jednym z tych, których Ojciec daje Synowi?

Starszy brat uśmiechnął się.

— Nie próbuj zaglądać do księgi Bożych tajemnic. Tam, Bóg nie kazał nam szukać odpowiedzi. Kazał nam patrzeć na Chrystusa.

— Ale co konkretnie mam zrobić?

— To, co mówi Ewangelia. Opamiętaj się. Uwierz w wystarczalność Jezusa. Przyjdź do Niego ze wszystkim, co masz w sercu...

— A jeśli nie będę potrafił?

— Czy masz pragnienie aby do Niego przyjść?

— Tak... chyba tak.

— A jak myślisz, skąd wzięło się to pragnienie? Martwe serca nie tęsknią za Chrystusem. Kamienne serca nie szukają przebaczenia. Jeśli słyszysz dziś Jego głos i odczuwasz potrzebę Zbawiciela, nie kombinuj, nie uciekaj od Niego.

Młody człowiek spuścił głowę.

— A jeśli przyjdę i zostanę odrzucony?

Starszy brat otworzył Biblię i położył otwartę dłoń na tekście.

— Znajdź mi jedno miejsce, gdzie ktoś przyszedł do Jezusa ze skruchą i wiarą, a On powiedział: „Odejdź. Nie ma dla ciebie miejsca.”

Po chwili milczenia młody człowiek pokręcił głową.

— Chyba nie ma takiego miejsca.

— Właśnie. Nie ma. Są natomiast tysiące dowodów Jego miłosierdzia. Celnicy, nierządnice, złodzieje, prześladowcy, ludzie religijni i ludzie z tzw. dna społecznego. Wszyscy znaleźli łaskę, gdy przyszli do Niego.

— Więc co powinienem zrobić teraz?

— Nie roztrząsaj tego, czego Bóg nie objawił. Odpowiedz na to, co objawił. Chrystus mówi: „Przyjdź”. Nie jutro. Nie za rok. Dzisiaj.


I właśnie takie jest przesłanie Ewangelii dla każdego z nas.

Nie pytaj: „Czy jestem wybrany?”

Zapytaj siebie: „Czy chcę przyjść do Chrystusa?”

Podobnie, nie pytaj: „Czy Bóg może mnie przyjąć?”

Chrystus już odpowiedział:

„Tego, który do mnie przychodzi, nie odrzucę precz.”

Jeżeli więc słyszysz dziś Jego głos, nie zatwardzaj (nie zagłuszaj, nie znieczulaj) serca. Przyjdź do Niego ze swoim grzechem, ciężarem, winą i bezradnością. A gdy przyjdziesz, odkryjesz ku swojej radości, że to Dobry Pasterz przez cały czas szukał swojej owcy i prowadził ją do domu.




poniedziałek, 29 czerwca 2026

Pragnienie śmierci... na podstwie: A.Pink

 


Pragnienie śmierci...

Cierpienie nie dopada nas tylko na końcu życia, nie dotyczy tylko ludzi starych i obłożnie chorych... czy nie jest tak, że niejednemu w jakimś nieoczekiwanym momencie przychodzi do głowy myśl, żeby zakończyć swoją udrękę...

______________

Thomas Hobbes, angielski filozof i sceptyk przed śmiercią w 1679 roku, wypowiedział słynne słowa: „Wyruszam w moją ostatnią podróż, wielki skok w ciemność” (ang. Now I am about to take my last voyage, a great leap in the dark).

Ta krótka wypowiedź idealnie odzwierciedlała jego racjonalno-materialistyczne podejście do życia... Słowa te wskazują, że śmierć była dla niego całkowitą niewiadomą, „skokiem” w nieznaną przestrzeń.

Niektóre źródła podają również warianty w podobnym tonie, np. słowa zapisane przez jego biografów: „Byłbym rad znaleźć jakąś dziurę, by wymknąć się z tego świata”.

_____________

Wyobraź sobie...

Tej samej nocy, w tym samym szpitalu, na tym samym oddziale umierają dwaj ludzie.

Za jednymi drzwiami leży człowiek, który przez wiele miesięcy walczył z chorobą. Ból odebrał mu siły, sen i nadzieję. Każdy oddech jest wysiłkiem. Każdy dzień wydaje się cięższy od poprzedniego. Kiedy odwiedzają go bliscy, powtarza jedno zdanie:

— Już nie mogę. Chcię tylko, żeby to się skończyło.

Nie mówi o Bogu. Nie myśli o wieczności. Nie czeka na spotkanie z Chrystusem. Chce tylko, aby ustał ból.

Kilka sal dalej leży inny człowiek.

Również cierpi. Jego ciało jest wyniszczone. Lekarze nie mają już dla niego lekarstwa. Wie, że jego godziny są policzone.

Ale kiedy odwiedza go rodzina, na jego twarzy oprócz grymasu bólu jest autentyczny pokój.

Mówi:

— Chyba będzie mi was trochę brakowało. Chyba.., bo przecież zobaczymy się wkrótce.. Dziękuję Bogu za wspólne lata z wami na tym ziemskim padole. Ale wiecie... coraz bardziej myślę tylko o tym, że już niedługo zobaczę mojego Pana... 

Nie mówi tak dlatego, że kocha śmierć.

Ani dlatego, że cierpienie przestało mieć znaczenie.

Mówi tak dlatego, że kocha Chrystusa bardziej niż życie.

Obaj pragną odejść.

Obaj wiedzą, że ich ziemska droga dobiega końca.

Obaj patrzą w stronę śmierci.

Ale ich serca patrzą w dwóch zupełnie różnych kierunkach.

Jeden chce uciec od cierpienia a nadzieją jest grób..

Drugi chce spotkać Zbawiciela a jego nadzieją jest niebo..

Jeden mówi: „Nie chcę już tego bólu”.

Drugi mówi: „Chcę już być z moim Panem”.

Z zewnątrz może to wyglądać podobnie. Jednak w oczach Boga jest to różnica tak wielka jak różnica między nocą a dniem.

Istnieje radykalna różnica między pragnieniem uwolnienia od cierpienia a pragnieniem bycia z Chrystusem. Człowiek niewierzący może pragnąć śmierci, bo ma dosyć życia. Chrześcijanin pragnie nieba, ponieważ jego największym skarbem jest Chrystus.

To właśnie dlatego apostoł Paweł nie napisał: „Pragnę umrzeć, bo jestem zmęczony i mam wszystkiego dosyć..!”.

Napisał:

„Mam bowiem pragnienie rozstać się z życiem i być z Chrystusem, bo to daleko lepiej” (Flp 1:23).

Niebo było dla Pawła cenne nie dlatego, że kończyło cierpienie.

Niebo było cenne dlatego, że prowadziło do Chrystusa.

I dlatego każdy z nas powinien zadać sobie pytanie:

Gdybym dziś stanął u kresu życia, czego pragnąłbym najbardziej? Końca tylko bólu czy spotkania z Jezusem?

Od odpowiedzi na to pytanie zależy więcej, niż nam się wydaje. Ono odsłania bowiem nie tylko nasze poglądy na temat nieba, ale przede wszystkim stan naszego serca.

T.Hobbes: Piekło, to prawda odkryta za późno... (Hell is Truth seen too late)


A Eutanazja? Czy wcześniejsze odejście jest złym rozwiązaniem?

Żyjemy w czasach, gdy coraz częściej słyszymy o eutanazji. Przedstawia się ją jako akt współczucia, sposób zakończenia bólu, odzyskania kontroli nad własnym losem i uniknięcia upokorzenia chorobą. 

Warto zauważyć, że argumenty za eutanazją niemal zawsze koncentrują się na jednym pytaniu:

„Jak uwolnić człowieka od cierpienia?”

Biblia stawia inne pytanie:

„Jak człowiek może uwielbić Boga aż do końca swojej drogi?”

Do Piotra Jezus wręcz powie o jego starości i odejściu: “..gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz”. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. (J 21:19)

To ogromna różnica.

Chrześcijanin nie szuka śmierci jako rozwiązania problemów. Nie traktuje śmierci jako lekarstwa na ból. Wie, że jego życie należy do Boga od pierwszego do ostatniego oddechu.

Paweł, choć pragnął być z Chrystusem, nie próbował przyspieszać swojego odejścia. Wręcz przeciwnie.

Napisał:

„Pozostawać zaś w ciele to dla was rzecz potrzebniejsza” (Flp 1:24).

Innymi słowy:

„Chciałbym być już z Panem, ale jeśli Pan chce, abym jeszcze tutaj służył, pozostanę.”

To jest postawa wiary.

To nie jest bunt przeciwko życiu i Dawcy życia..

Nie jest to też kurczowe trzymanie się życia.

Ale oddanie swojego życia Bogu.

Chrześcijanin mówi:

„Panie, Ty wyznaczyłeś dzień moich narodzin i dzień mojej śmierci. Dopóki mnie tutaj chcesz, chcę być wierny. A gdy zechcesz mnie odwołać, pójdę do Ciebie z radością.”

Takie podejście jest zupełnie inne niż współczesne myślenie, które często widzi wartość człowieka przez pryzmat jego sprawności, przydatności, samodzielności czy jakości życia.

Bóg widzi wartość człowieka nawet wtedy, gdy leży bezsilny na łożu choroby.

Niejedno świadectwo cierpliwości, ufności i pokoju w ostatnich dniach życia przyniosło więcej chwały Bogu niż dziesiątki lat aktywnej służby.


Jak wygląda piękne odejście człowieka Bożego?

Jednym z najpiękniejszych obrazów w Biblii jest śmierć starego Symeona.

Przez całe życie oczekiwał Mesjasza.

Pewnego dnia do świątyni przyniesiono małego Jezusa. Symeon wziął Go na ręce i powiedział:

„Teraz puszczasz sługę swego, Panie, według słowa swego w pokoju; gdyż oczy moje widziały zbawienie twoje” (Łk 2:29–30).

Nie słyszymy tutaj zmęczonego starca, który mówi:

„Nareszcie koniec.”

Nie słyszymy człowieka rozgoryczonego życiem.

Nie słyszymy kogoś, kto chce uciec od problemów.

Symeon mówi:

„Widziałem Chrystusa. Zobaczyłem na własne oczy obiecanego Mesjasza. Ratunek mojej duszy. Teraz jestem gotowy odejść.”

Jego oczy nie były skierowane na grób jako nadzieję szczęśliwego zakończenia..

Jego oczy były skierowane na Zbawiciela, który pokona grób, pokona śmierć..

To jest biblijna sztuka umierania.

Nie kochamy śmierci ani umierania..

Kochamy Chrystusa, jedynego który ma władzę nad śmiercią.. 

Nie tęsknimy za końcem życia.

Tęsknimy za spotkaniem z Panem.


Jakub umierający w wierze

Podobny obraz widzimy u patriarchy Jakuba.

Po burzliwym życiu pełnym błędów, strat, cierpień i Bożych interwencji dochodzi do kresu swojej drogi.

Autor Listu do Hebrajczyków wspomina go w niezwykły sposób:

„Przez wiarę Jakub, umierając, błogosławił każdego z synów Józefa i oddał pokłon (Bogu), opierając się o wierzch swojej laski” (Hbr 11:21).

Umierający człowiek wiary nie skupiają się na sobie.

Nie rozpaczaja. 

Nie walczy desperacko o jeszcze kilka dni.

Jakub oddaje cześć Bogu.

Jego ostatnie chwile stają się aktem wiary.


Najwspanialszy przykład

Najpełniejszym wzorem pozostaje sam Chrystus.

Jezus nie szukał śmierci, ale gdy nadeszła godzina wyznaczona przez Ojca, przyjął ją dobrowolnie.

Nie uciekał od cierpienia za wszelką cenę.

Nie przyspieszał wydarzeń.

Nie skracał swojej drogi.

Powiedział:

„Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego” (Łk 23:46).

Tak umiera człowiek doskonale ufający Bogu.

Nie wybiera sam chwili odejścia. Powierzaja ją Ojcu.


Dlatego chrześcijańska nadzieja jest czymś znacznie głębszym niż pragnienie zakończenia bólu.

Świat mówi:

„Usuńmy cierpienie, nawet jeśli trzeba usunąć cierpiącego.”

Ewangelia mówi:

„Przejdźmy przez cierpienie z Chrystusem, aż On sam otworzy nam bramę do domu.”

My nie szukamy śmierci. Ale też się jej nie boimy..

Czekamy na naszego Pana.

I gdy nadejdzie wyznaczona przez Niego godzina, chcemy umieć powiedzieć wraz z Symeonem:

„Teraz puszczasz sługę swego w pokoju...”

Bo największym pragnieniem wierzącego nie jest tylko uwolnienie od cierpienia.

Największym pragnieniem wierzącego jest być z Chrystusem, bo to jest o niebo lepiej. (Flp 1:23)