niedziela, 21 czerwca 2026

„Najnudniejszy człowiek w zborze”



„Najnudniejszy człowiek w zborze”

– Wstawaj, Kuba! – zawołała mama spod schodów. – Za pół godziny nabożeństwo!

Kuba jęknął i przewrócił się na drugi bok.

– Znowu?

– Tak, znowu.

– Byłem przecież tydzień temu.

– I jadłeś też tydzień temu – odpowiedziała mama. – A jednak dzisiaj znów jesteś głodny.

Kuba przewrócił oczami.

– To nie to samo.

Pięć minut później siedział już przy stole, z telefonem w ręku.

– Schowaj go na chwilę – powiedział tata.

– Tato, wszyscy mają telefony.

– Wiem. Ale nie wszyscy potrafią odłożyć je choć na godzinę.

Kuba westchnął.

Nabożeństwo nie należało do jego ulubionych zajęć. Długie kazanie. Pieśni, których nie znał. Rozmowy z ludźmi starszymi od jego dziadków.

Szczególnie z jednym.

Brat Jan.

Miał ponad osiemdziesiąt lat, chodził o lasce i zawsze próbował rozmawiać z młodzieżą.

Kuba uważał go za najnudniejszego człowieka na świecie.


Po nabożeństwie, gdy młodzi stali przed budynkiem i rozmawiali, brat Jan podszedł powoli.

– Cześć, Kuba.

– Dzień dobry.

– Jak szkoła?

– Dobrze.

– A czego nauczyłeś się dziś z kazania?

– Hmm...

Kuba gorączkowo próbował sobie przypomnieć.

Nic.

Starszy brat uśmiechnął się łagodnie.

– To może zadam ci inne pytanie. Wiesz, ile mam lat?

– Osiemdziesiąt kilka?

– Osiemdziesiąt dwa.

– To dużo.

– Bardzo dużo – zaśmiał się Jan. – A wiesz, ile lat chodzę z Panem Jezusem?

Kuba wzruszył ramionami.

– Sześćdziesiąt trzy.

To zrobiło na nim wrażenie.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

– To więcej niż moi rodzice żyją.

– Dokładnie.

Jan spojrzał na niego uważnie.

– Wiesz, Kuba, Biblia mówi:

„Przed siwizną wstaniesz i będziesz szanował osobę starca. Będziesz się bał swojego Boga.”
(3 Mojżeszowa 19:32)

– Chodzi o to, żeby być miłym dla starszych?

– Tak, ale nie tylko. Bóg połączył szacunek dla starszych z bojaźnią Bożą. Wiesz dlaczego?

– Nie.

– Bo kiedy człowiek przestaje słuchać ludzi, których Bóg prowadził przez całe życie, zwykle niedługo potem przestaje słuchać także Boga.

Te słowa utkwiły Kubie w głowie.


Kilka tygodni później młodzież miała odwiedzić kilku starszych członków zboru.

Kuba nie był zachwycony.

Ale został przydzielony właśnie do brata Jana.

Usiedli razem przy herbacie.

Na ścianie wisiało stare, pożółkłe zdjęcie.

– To pan?

– Tak.

– Ale był pan młody!

– Trudno uwierzyć, prawda? – zaśmiał się Jan.

Potem zaczął opowiadać.

O tym, jak jako nastolatek usłyszał Ewangelię.

Jak stracił pracę, bo nie chciał kłamać.

Jak modlił się o chore dziecko.

Jak Bóg odpowiedział na modlitwę.

Jak przeżył ciężkie lata, kiedy wydawało się, że wszystko się rozpada.

Jak Pan nigdy go nie zostawił.

Kuba słuchał coraz uważniej.

Telefon przez cały czas leżał w kieszeni.

Po raz pierwszy od dawna nawet o nim nie myślał.


Gdy wychodzili, Kuba zapytał:

– Bracie Janie... czy nigdy nie miałeś wątpliwości?

Starszy mężczyzna spojrzał przez okno.

– Miałem, i to wiele.

– I co wtedy?

– Trzymałem się tego, co wiedziałem o Bogu.

– Czyli?

– Że jest wierny i dobry w swojej świętości..

Potem otworzył swoją Biblię.

– Posłuchaj.

„Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki.”
(Hebrajczyków 13:8)

– Ja się zmieniałem – powiedział Jan. – Moje siły się zmieniały. Moje zdrowie się zmieniało. Ale Chrystus nigdy się nie zmienił. Paweł pisał do młodego Tymoteusza: wiem komu powierzyłem całe swoje życie... a On mnie nigdy nie zawiódł.. 

Kuba milczał.

Nagle zrozumiał coś ważnego.

Ten człowiek wcale nie był nudny.

Był raczej jak żywa biblioteka Bożej wierności.


Kilka miesięcy później wydarzyło się coś jeszcze.

W niedzielny poranek mama zawołała:

– Kuba! Za pół godziny wychodzimy!

– Już schodzę!

Mama spojrzała zdziwiona.

– O, szybki jesteś dzisiaj..

– Tak.

– Coś się dzieje ciekawego?

Kuba uśmiechnął się.

– Nic takiego. Po prostu chcę być wcześniej.

– Naprawdę?

– Tak.

Mama zaśmiała się.

– To chyba cud.


Tego dnia, jak zawsze w niedzielę, w zborze śpiewano pieśni uwielbienia.

Ludzie w różnym wieku śpiewali razem.

Małe dzieci i ich rodzice. Studenci i seniorzy.

Kuba spojrzał na brata Jana siedzącego kilka rzędów dalej.

Nagle przypomniał sobie słowa psalmisty:

„Uradowałem się, gdy mi powiedziano: Pójdziemy do domu PANA!”
(Psalm 122:1)

Po raz pierwszy naprawdę zaczął rozumieć te słowa.

Nie chodziło tylko o budynek.

Nie chodziło tylko o spotkanie ludzi.

Chodziło o spotkanie z Bogiem.


Zastosowanie

Zastanów się:

Czy znasz w swoim zborze starszą osobę, której nigdy naprawdę nie słuchałeś?

Czy nabożeństwo jest dla ciebie obowiązkiem, czy przywilejem?

Czy przychodzisz, aby „odsiedzieć godzinę”, czy aby spotkać Boga?

Biblia mówi:

„Siwe włosy są koroną chwały; znajduje się ją na drodze sprawiedliwości.”
(Przysłów 16:31)

Starsi wierzący są świadectwem tego, że Bóg prowadzi swoich ludzi przez całe życie.


Wezwanie

Być może myślisz, że problemem są nudne kazania, długie nabożeństwa albo starzy ludzie, którzy ciągle chcą rozmawiać.

Ale może problem leży głębiej.

Może jeszcze nie odkryłeś, kim naprawdę jest Chrystus.

Kiedy człowiek poznaje Jezusa jako swojego Zbawiciela, zaczyna kochać to, co On kocha: Jego Słowo, Jego lud, Jego Kościół, Jego dzień chwały...

Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi: „Czy szanujesz starszych?”

Ani: „Czy chodzisz na nabożeństwa?”

Najważniejsze pytanie brzmi: „Czy kochasz Pana Jezusa Chrystusa?”

Bo gdy Chrystus staje się skarbem serca, wtedy Jego dom przestaje być nudnym obowiązkiem, a staje się miejscem radości. A ludzie, którzy przez dziesiątki lat chodzili z Nim wiernie, stają się dla nas nie ciężarem, lecz bezcennym darem Boga.





sobota, 20 czerwca 2026

P.D.Tripp | Psalm 73 Sekret zadowolenia



 Choć bardzo cenię sobie Psalm 73:25-26, słowa psalmisty budzą we mnie głęboki niepokój. Pisze bardzo dobitnie:

„Kogo mam w niebie oprócz Ciebie? I nie ma na ziemi niczego, czego bym pragnął poza Tobą. Moje ciało i serce mogą zawieść, ale Bóg jest siłą mojego serca i moim udziałem na zawsze”. 

Są to słowa napisane przez kogoś, kto poznał sekret zadowolenia, i żałuję, że to nie ja jestem autorem tego psalmu. Ale szczerze mówiąc, są dni, kiedy pragnę wielu rzeczy poza Panem. Dlaczego? Ponieważ grzech wywiera trzy rodzaje wpływu na moje serce i wiem, że nie jestem w tym osamotniony.


1. Właściciel zamiast szafarza

Wyobraź sobie dozorcę muzeum, któremu powierzono opiekę nad bezcenną galerią obrazów. Jego zadaniem jest troszczyć się o eksponaty, pilnować porządku i pomagać zwiedzającym. Pewnego dnia zaczyna jednak myśleć:

– Dlaczego ja mam tylko pilnować tego miejsca? Przecież codziennie tu jestem. To właściwie moje muzeum.

Najpierw przestawia obrazy tak, jak mu się podoba. Potem zdejmuje niektóre ze ścian i zabiera do swojego mieszkania. W końcu zaczyna pobierać opłaty od zwiedzających do własnej kieszeni.

Problem polega na tym, że nigdy nie był właścicielem. Był tylko zarządcą. Im bardziej zachowuje się jak właściciel, tym większy chaos wprowadza i tym bardziej niszczy to, co zostało mu powierzone.

Tak właśnie działa grzech. Bóg powierzył nam życie, czas, ciało, rodzinę, pieniądze i zdolności, abyśmy nimi zarządzali dla Jego chwały. Grzech szepcze mi jednak:

– To twoje życie.
– Twoje pieniądze.
– Twój czas.
– Twoje ciało.
– Rób z nimi, co chcesz.

Wtedy przestaję być szafarzem, a zaczynam udawać właściciela. Zamiast pytać: „Panie, czego Ty chcesz?”, pytam: „Co będzie najlepsze dla mnie?”. Zamiast podporządkowywać świat Bogu, próbuję podporządkować Boga, ludzi i okoliczności sobie.

To właśnie było istotą pierwszego grzechu w Edenie. Adam i Ewa nie chcieli już żyć jako stworzenia zależne od Stwórcy. Chcieli sami decydować, co jest dobre, a co złe. Chcieli zasiąść na tronie, który należy wyłącznie do Boga. A każdy nasz grzech jest w gruncie rzeczy kolejną próbą zajęcia tego samego tronu.


2. Poziomo zamiast pionowo

Spróbuj wyobrazić sobie człowieka umierającego z pragnienia nad brzegiem morza.

Wcześniej, jako rozbitek przez wiele dni dryfował po oceanie. Słońce paliło niemiłosiernie, a jego gardło było wyschnięte. Wokół widział tylko wodę – tysiące litrów wody.

– Jeśli napiję się jeszcze trochę, poczuję ulgę – myślał.

Zaczyna więc pić wodę morską. I rzeczywiście, przez chwilę wydaje mu się, że pragnienie słabnie. Ale im więcej pije, tym bardziej jest spragniony. Sól tylko pogarsza jego stan. To, czego rozpaczliwie potrzebuje, było tuż obok niego, w małym źródełku, w niewielkiej odległości – ale nie w tej słonej wodzie. Potrzebował słodkiej, świeżej wody, której morze nie mogło mu dać.

Tak działa grzech. Odczuwam głód sensu, miłości, pokoju, bezpieczeństwa i wieczności. Są to prawdziwe potrzeby. Problem NIE polega na tym, że ich szukam, lecz na tym, GDZIE ich szukam.

Mówię sobie:

„Jeśli znajdę odpowiednią osobę, będę szczęśliwy.”

„Jeśli zdobędę więcej pieniędzy, będę spokojny.”

„Jeśli ludzie będą mnie podziwiać, będę kimś.”

„Jeśli osiągnę sukces, moje życie nabierze sensu.”

I przez chwilę wydaje mi się, że znalazłem ukojenie. Ale po pewnym czasie wraca to samo pragnienie. Dlaczego? Ponieważ nie zostałem zaprojektowany do noszenia ciężaru, który może udźwignąć tylko Bóg.

Jak powiedział Augustyn:

„Stworzyłeś nas dla siebie, a niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie.”

Grzech sprawia, że szukam w wymiarze poziomym – w ludziach, rzeczach, osiągnięciach i przyjemnościach – tego, co można znaleźć jedynie w wymiarze pionowym, w pojednaniu i społeczności z Bogiem. To tak, jakby próbować nakarmić się zapachem chleba albo ogrzać się obrazkiem ognia. Można się zachwycić, można na chwilę odwrócić uwagę od głodu, ale tylko prawdziwy chleb nasyca, a tylko prawdziwy ogień daje ciepło.

Dlatego Jezus NIE powiedział: „Dam wam trochę więcej szczęścia”, lecz:

„Ja jestem chlebem życia” (J 6:35),

„Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do Mnie i pije” (J 7:37).

To, czego dusza szuka w tysiącu miejsc, ostatecznie znajduje tylko w Nim.


3. Porównywanie zamiast miłości

Znowu... wyobraź sobie dwóch sąsiadów mieszkających obok siebie. Każdy z nich ma własny ogród. Każdy codziennie otrzymuje od króla wodę, nasiona i narzędzia. Wszystko, czego potrzebują, by jego ogród kwitł. Ale jeden z nich zamiast cieszyć się tym, co dostał, nieustannie zagląda przez płot.

– Dlaczego jego ogród jest większy?
– Dlaczego ma więcej róż?
– Dlaczego jego drzewa są wyższe?

Każdy poranek zaczyna od porównywania. Każdy wieczór kończy narzekaniem. Z czasem przestaje nawet zauważać dary, które codziennie dostarcza mu król. Nie patrzy już na rękę Dawcy. Patrzy tylko na ogród sąsiada.

W końcu jego własny ogród zaczyna zarastać chwastami, bo więcej czasu poświęca na ocenianie innych niż na pielęgnowanie tego, co sam otrzymał.

Tak działa grzech. Kiedy ja jestem w centrum mojego świata, życie staje się nieustannym konkursem. Nie pytam już: „Jak dobry był Bóg dla mnie?”. Pytam: „Czy dostałem tyle co inni?”. Nie liczę błogosławieństw, lecz różnice. Nie jestem wdzięcznym dzieckiem Ojca, lecz zazdrosnym sędzią porównującym swoje życie z życiem innych.

A jednak lekarstwo nie polega przede wszystkim na większym wysiłku. Psalmista nie mówi: „Sam zmusiłem swoje serce do zadowolenia”. Raczej odkrywa na nowo piękno Boga:

„Kogo innego mam w niebie, jeśli nie Ciebie? I na ziemi w nikim innym nie mam upodobania. (...) Bóg jest opoką serca mego i działem moim na wieki” (Ps 73:25-26).

Dlatego odpowiedzią jest codzienna łaska.

To trochę jak manna na pustyni. Bóg nie dał Izraelowi zapasu na czterdzieści lat. Każdego ranka musieli wyjść i zbierać świeży pokarm. Tak samo ty i ja nie żyjemy wczorajszą łaską. Każdego dnia na nowo przychodzimy do Boga i mówimy:

„Panie, dzisiaj moje oczy znów będą patrzyły przez płot. Dzisiaj znów będę skłonny porównywać się z innymi. Daj mi dzisiaj łaskę, bym bardziej cieszył się Tobą niż tym, co mają inni. Spraw, byś Ty był moim udziałem.”

Im częściej patrzę na Króla, tym mniej czasu spędzam na liczeniu róż w cudzych ogrodach. A człowiek zachwycony Bogiem przestaje zazdrościć innym, ponieważ odkrywa, że w Chrystusie otrzymał skarb większy niż wszystko, co mógłby posiadać.

Każdego dnia musisz pokornie przyznać, że masz skłonność do skupiania się na sobie. Każdego dnia musisz pokornie przyznać, że twoje pragnienia często dotyczą bardziej świata stworzonego niż Pana. Każdego dnia musisz pokornie przyznać, że masz skłonność do porównywania się z bliźnim, zamiast go kochać.

Biblia obiecuje, że Bóg udzieli łaski pokornym (List św. Jakuba 4:6 i 1 List św. Piotra 5:5:  Bóg przeciwstawia się ludziom pysznym i zarozumiałym, a pokornym okazuje swą łaskę). Kiedy poprosisz o pomoc, On ci ją udzieli, a ty będziesz coraz bardziej uwolniony od żarłocznego dążenia, które jest przygnębiającą rzeczywistością tak wielu ludzi.




piątek, 19 czerwca 2026

William Borden | Bez zaśtrzeżeń. Bez odwrotu. Bez żalu.



William Borden 

Słynne hasło „Bez zastrzeżeń. Bez odwrotu. Bez żalu.” (No reserves. No retreats. No regrets.) to motto życiowe Williama Whitinga Bordena, amerykańskiego milionera, który w wieku 25 lat zrzekł się majątku, by zostać misjonarzem. Zmarł tragicznie w Egipcie w drodze do Chin, a jego postawa zainspirowała miliony ludzi na całym świecie.


Chicago, 1904 rok.

W salonie domu rodziny Bordenów panowała niezwykła cisza. Na ścianach wisiały obrazy, pod oknami stały ciężkie dębowe meble, a przez wysokie szyby wpadało popołudniowe światło.

Szesnastoletni William Borden siedział naprzeciw ojca.

– Ukończyłeś szkołę średnią – powiedział ojciec z dumą. – Chcemy dać ci prezent, którego nigdy nie zapomnisz.

Bill spojrzał z zaciekawieniem.

– Jaki?

Matka uśmiechnęła się.

– Podróż dookoła świata.

Chłopak zaniemówił.

– Naprawdę?

– Azja, Bliski Wschód, Europa – wyliczał ojciec. – Zobaczysz świat, zanim rozpoczniesz studia na Yale.

Bill był spadkobiercą ogromnej fortuny. Mógł mieć niemal wszystko. Ale wtedy jeszcze nie wiedział, że ta podróż zmieni całe jego życie.


Kilka miesięcy później stał na pokładzie statku wpływającego do portu w Indiach.

Widział tłumy wychudzonych dzieci.

Widział żebraków śpiących na ulicach.

Widział wdowy pozostawione same sobie.

Pewnego wieczoru siedział samotnie na pokładzie.

Morze było spokojne.

Wyjął notes i zaczął pisać list do domu.

"Kochani rodzice. Nie mogę przestać myśleć o ludziach, których tutaj spotykam. Czuję, że Bóg wzywa mnie do pracy misyjnej..."

Odłożył pióro.

– Panie – wyszeptał – jeśli naprawdę tego chcesz, pójdę.


Kiedy wrócił do Ameryki, wiadomość szybko rozeszła się wśród znajomych.

– Chcesz zostać misjonarzem? – zapytał jeden z przyjaciół.

– Tak.

– Przecież jesteś milionerem!

– Wiem.

– To szaleństwo.

– Dlaczego?

– Bo wyrzucasz swoje życie do kosza!

Bill przez chwilę milczał.

Potem otworzył Biblię.

Na tylnej stronie napisał dwa słowa:

„No reserves.”

„Bez zastrzezeń.”

Żadnego zabezpieczania sobie życia.

Żadnego trzymania jednej nogi w świecie.

Całość dla Chrystusa.


Jesienią 1905 roku pojawił się na Yale.

Nie afiszował się bogactwem.

Nosił zwykłe ubrania.

Mieszkał jak inni studenci.

Ale bardzo szybko zauważono, że różni się od reszty.

Pewnego ranka jego współlokator obudził się wcześniej.

Usłyszał cichy głos.

Bill klęczał przy łóżku.

Modlił się.

Po zakończeniu modlitwy chłopak zapytał:

– Ty robisz to codziennie?

– Tak.

– Dlaczego?

Bill uśmiechnął się.

– Bo nie potrafię przeżyć dnia bez Chrystusa.


Po pewnym czasie zaproponował:

– Spotkajmy się rano przed śniadaniem. Przeczytamy Biblię i pomodlimy się.

– Tylko we dwóch?

– Na początek.

Tak zaczęła się grupa modlitewna.

Potem dołączył trzeci student.

Potem czwarty.

Potem kolejni.

Po roku uczestniczyło w takich spotkaniach sto pięćdziesiąt osób.

Kilka lat później – tysiąc z tysiąca trzystu studentów Yale.


Pewnego wieczoru organizowano grupy biblijne.

Na stole leżała lista studentów.

– Kto zajmie się Hendersonem? – zapytał jeden z liderów.

Ktoś podniósł rękę.

– Ja.

– A Thompson?

– Mogę go odwiedzić.

Potem zapadła cisza.

– A Carter?

Wszyscy spojrzeli po sobie.

Carter był znany z pijaństwa, bójek i drwin z chrześcijaństwa.

Nikt się nie odezwał.

Po chwili rozległ się spokojny głos.

– Zapiszcie go mnie.

To był Bill.

Jeden z przyjaciół zaśmiał się.

– Bill, ty zawsze bierzesz najtrudniejszych.

– Właśnie oni najbardziej potrzebują Ewangelii.


Wiele nocy spędzał poza kampusem.

Przechadzał się po biednych dzielnicach New Haven.

Pewnego zimowego wieczoru zauważył mężczyznę leżącego przy ścianie.

Od człowieka czuć było alkohol.

– Przyjacielu...

Mężczyzna otworzył oczy.

– Czego chcesz?

– Chodź ze mną.

– Po co?

– Zjesz ciepły posiłek.

– Nie mam czym zapłacić.

– Ja zapłacę.

Po drodze pijany mężczyzna zapytał:

– Dlaczego to robisz?

Bill odpowiedział:

– Bo Chrystus zrobił dla mnie znacznie więcej.


W czasie studiów jego powołanie stawało się coraz bardziej konkretne.

Coraz częściej mówił o Chinach.

Szczególnie o ludzie Kansu i o muzułmanach, którzy nigdy nie słyszeli Ewangelii.

Jeden z kolegów powiedział mu kiedyś:

– Mógłbyś prowadzić wielką firmę.

– Mógłbym.

– Mógłbyś zostać milionerem większym niż twój ojciec.

– To prawda.

– Więc dlaczego Chiny?

Bill spojrzał przez okno.

– Bo Chrystus jest wart więcej niż wszystko, co mogę posiadać.


Po ukończeniu Yale zaczęły napływać oferty pracy.

Jedna bardziej lukratywna od drugiej.

Dyrektor dużej firmy powiedział mu:

– Pańska przyszłość jest zabezpieczona.

– Dziękuję.

– Jaką pensję uważa pan za odpowiednią?

Bill pokręcił głową.

– Nie szukam pracy.

– Nie?

– Jadę na misję.

Biznesmen patrzył na niego ze zdumieniem.

– Odrzuca pan wszystko?

– Tak.

Tego wieczoru Bill ponownie otworzył Biblię.

Pod słowami „No reserves” dopisał:

„No retreats.”

„Bez odwrotu.”


Po studiach teologicznych w Princeton wyruszył w końcu ku swojemu celowi.

Najpierw Egipt.

Musiał nauczyć się arabskiego.

Później Chiny.

Później Kansu.

Tak przynajmniej planował.


Kair, początek 1913 roku.

Pewnego ranka obudził się z silnym bólem głowy.

Następnego dnia gorączka była jeszcze wyższa.

Lekarz wyglądał na zaniepokojonego.

– To zapalenie opon mózgowych.

Przyjaciel siedzący przy łóżku zapytał:

– Bill, czy się boisz?

William był bardzo słaby.

Ale na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.

– Nie.

– Nawet teraz?

– Nie.

– Żałujesz czegoś?

Długo milczał.

Potem wyszeptał:

– Chrystus nigdy nikogo nie zawiódł.


9 kwietnia 1913 roku William Whiting Borden zmarł.

Miał zaledwie dwadzieścia pięć lat.

Wieść obiegła Amerykę.

Gazety pisały o młodym milionerze, który oddał majątek, karierę i życie dla Ewangelii.

Dla wielu ludzi wydawało się to tragedią.

Zmarnowany potencjał.

Zmarnowane życie.

Zmarnowane lata.

Ale gdy po jego śmierci znaleziono Biblię, odkryto jeszcze jeden napis.

Pod słowami:

„No reserves.”

„No retreats.”

widniały kolejne dwa słowa:

„No regrets.”

„Bez żalu.”

Bo człowiek, który wszystko oddał Chrystusowi, odchodził z tego świata bez poczucia straty.

Jak powiedział kiedyś sam Pan Jezus:

„Kto straci swoje życie z mego powodu i dla Ewangelii, ten je zachowa” (Mk 8,35).

William Borden nigdy nie dotarł do Chin.

Ale jego historia dotarła dalej, niż mógłby przypuszczać.

I do dziś przypomina, że wielkość życia nie mierzy się długością lat, bogactwem ani sukcesem, lecz tym, czy zostało ono całkowicie oddane Królowi.

czwartek, 18 czerwca 2026

Cornelius Van Til - Absolut - rozmowa dwóch studentów


Dla Van Tila każda religia lub filozofia odrzucająca biblijnego Boga (niezależnie czy był to Budda, Kant, czy starożytni Grecy) cierpiała na ten sam podstawowy problem epistemologiczny: brak obiektywnego fundamentu dla logiki, moralności i ludzkiej wiedzy.

_________________

 Wiatr szarpał gałęziami starych kasztanowców rosnących między akademikami. Był późny wieczór. Większość studentów dawno rozeszła się do swoich pokoi albo siedziała w zatłoczonej stołówce. Tylko w niewielkiej salce do nauki na ostatnim piętrze biblioteki paliło się jeszcze światło.

Przy jednym ze stolików siedział Marek. Przed nim leżały porozrzucane książki z filozofii, notatki z zajęć i kubek zimnej już kawy. Nerwowo przewracał kartki.

Kilka godzin wcześniej wrócił z wykładu, na którym profesor omawiał filozofię Corneliusa Van Tila. Od tamtej pory nie mógł się skupić. Im więcej czytał, tym bardziej miał wrażenie, że grunt usuwa mu się spod nóg.

Do sali wszedł Adam, student starszego roku. Był znany z tego, że oprócz filozofii studiował teologię i często prowadził długie rozmowy z ludźmi zmagającymi się z pytaniami o wiarę.

— Jeszcze siedzisz? — zapytał, stawiając plecak na podłodze.

— Próbuję zrozumieć coś z dzisiejszego wykładu.

— Van Til?

— Właśnie.

Adam usiadł naprzeciwko.

— Wyglądasz tak, jakbyś właśnie odkrył błąd w całej rzeczywistości.

Marek uśmiechnął się blado.

— Może trochę tak jest.

Przez chwilę milczał.

— Powiedz mi szczerze. Czy ty naprawdę wierzysz, że bez chrześcijaństwa człowiek nie potrafi uzasadnić nawet samego myślenia? Przecież to brzmi absurdalnie.

Adam oparł łokcie o stół.

— Co dokładnie cię niepokoi?

— Wykładowca mówił, że wszystkie systemy filozoficzne odrzucające Boga kończą w sprzecznościach. A przecież byli wielcy myśliciele. Platon. Arystoteles. Kant. Nie byli głupcami.

Adam skinął głową.

— Oczywiście, że nie byli.

— Więc jak można twierdzić, że ich systemy nie działają?

Adam przez chwilę obracał w dłoniach długopis.

— Powiem inaczej. Dzisiaj na egzaminie z logiki korzystałeś z praw logiki?

— Oczywiście.

— Skąd wiesz, że będą działały jutro?

— Bo zawsze działały.

— To nie odpowiedź. To tylko opis doświadczenia.

Marek zmarszczył brwi.

— Dobrze, bo świat jest uporządkowany.

— Skąd wiesz?

— Bo taki obserwujemy.

— A skąd pewność, że obserwacje mają znaczenie?

Marek westchnął.

— Właśnie tego nie lubię w filozofach. Na każde pytanie odpowiadają pytaniem.

Adam roześmiał się.

— Tylko wtedy, gdy próbują dojść do fundamentów.

Za oknem rozległ się grzmot.

Marek spojrzał na mokry dziedziniec uczelni.

— Dobrze. To wyjaśnij mi, dlaczego Platon miałby nie wystarczyć.

Adam otworzył leżący obok zeszyt i narysował dwa koła.

— Platon zauważył coś bardzo ważnego. Jeśli wszystko się zmienia, nie możemy mieć pewnej wiedzy. Dlatego szukał czegoś trwałego.

— Świata idei.

— Właśnie. Wiecznych, niezmiennych form.

Marek pokiwał głową.

— Brzmi rozsądnie.

— Tak. I dlatego chrześcijanie często darzą go pewną sympatią. Lepszy Platon niż chaos sofistów. Lepszy porządek niż nihilizm. Ale to wciąż człowiek budujący wieżę bez fundamentu.

Wiatr i deszcz uderzały w szybę.

Adam wskazał półki biblioteczne.

— Wyobraź sobie, że wszystkie książki tutaj zmieniają treść co minutę. Czy mógłbyś zdobyć wiedzę?

— Nie.

— Sofiści właśnie taki świat proponowali. Wszystko płynie. Wszystko względne. Ale wtedy nawet ich własne twierdzenia rozpływają się jak atrament w wodzie.

Adam dopisał w zeszycie jedno słowo:

ABSOLUT

— Platon dostrzegł problem. Chciał znaleźć coś stałego. Mówił o wiecznych ideach. Ale...

Dotknął końcówką długopisu zapisanego słowa.

— Problem polega na tym, że jego absolut był zimny, bezosobowy, odłączony od życia. A człowiek nadal żył w świecie zmian. Platon próbował połączyć oba światy, ale nigdy naprawdę mu się to nie udało.

Marek odchylił się na krześle.

— Nadal nie rozumiem, dlaczego chrześcijaństwo miałoby rozwiązać ten problem.

Adam odpowiedział spokojnie:

— Ponieważ początek rzeczywistości nie jest ani chaosem, ani abstrakcyjną ideą. Początkiem jest Bóg, który mówi.

Sięgnął po mały Nowy Testament noszony w plecaku.

— „Na początku było Słowo...”

Potem spojrzał na Marka.

— Czy widzisz? Nie bezosobowa energia. Nie milcząca forma. To jest Słowo. Relacja. Sens. Komunikacja.

Przez chwilę słychać było tylko szum wentylacji.

— Jeśli wszechświat stworzył osobowy Bóg, wtedy logika ma sens. Słowa mają sens. Prawda ma sens. Ponieważ wszystko pochodzi od Tego, który jest prawdą.

Marek skrzyżował ręce.

— A jeśli Boga nie ma?

Adam zamilkł.

Po chwili wskazał okno.

— Widzisz ten deszcz?

— Tak.

— Gdybyś powiedział, że krople spadają całkowicie przypadkowo, bez żadnego porządku, nauka byłaby niemożliwa. Ale współczesny człowiek robi coś dziwnego. Chce uporządkowanego świata bez Boga porządku. Chce znaczenia bez Dawcy znaczenia.

Odwrócił się od okna.

— To tak, jakby ktoś chciał światła, ale przeciął kabel prowadzący do źródła prądu.

Marek spuścił wzrok na notatki.

Właśnie to go dręczyło od kilku tygodni.

Na zajęciach coraz częściej słyszał, że człowiek sam tworzy własny sens, własną moralność i własną prawdę. Początkowo brzmiało to wyzwalająco. Teraz jednak czuł się bardziej zagubiony niż wolny.

— Czy dlatego Van Til mówił, że niewierzący żyją w sprzeczności?

— Tak. I my także żylibyśmy w sprzeczności, gdyby nie łaska Boga.

Adam zamknął zeszyt.

— Apostoł Paweł mówi, że ludzie „podając się za mądrych, stali się głupi”. To nie jest obelga intelektualna. To diagnoza duchowa. Człowiek odłącza się od Boga, ale nadal chce używać świata, który tylko Bóg wyjaśnia.

— Więc sceptycyzm nie jest oznaką wolności?

— Nie. Sceptycyzm to człowiek stojący na moście i próbujący przekonać siebie, że most nie istnieje.

Sala była już niemal pusta. Bibliotekarka zaczęła gasić światła w dalszej części budynku.

Adam spojrzał na stos książek.

— Wiesz, przez lata uczelnia nauczyła mnie jednej rzeczy.

— Jakiej?

— Człowiek bez Boga nigdy naprawdę nie odpoczywa. Musi nieustannie wymyślać sens od nowa.

— A chrześcijanin?

Adam zamyślił się.

— Chrześcijanin zaczyna od tego, że sens już istnieje. Nie tworzy światła. Wchodzi do tego światła.

Znowu otworzył Ewangelię Jana.

— „W Nim było życie, a życie było światłością ludzi.”

Marek siedział nieruchomo.

Deszcz nadal bębnił o szyby.

W końcu odezwał się cicho:

— A jeśli ktoś przez lata budował wszystko bez Boga?

Adam nie odpowiedział od razu.

Sam pamiętał okres, gdy próbował znaleźć ostateczne odpowiedzi wyłącznie w filozofii.

Wreszcie powiedział:

— Wtedy musi zrobić najtrudniejszą rzecz ze wszystkich.

— Jaką?

Adam spojrzał mu prosto w oczy.

— Przestać udawać, że sam jest światłem.