niedziela, 31 maja 2026

"Wewnętrzne dziecko" - opowiadanie i próba odpowiedzi na wewnętrzne dylematy



Wieczór był chłodny i wilgotny. Deszcz osiadał na szybach małej kawiarni przy rynku, a światła uliczne rozmywały się w mokrym bruku jak akwarela.

Marek siedział naprzeciwko profesora Corneliusa — starszego człowieka o spokojnych oczach i dłoniach noszących ślady wieku oraz wielu zapisanych stronic. Między nimi leżał telefon. Na ekranie otwarty był długi wpis ich znajomej opisującej swoje doświadczenia medytacji, ciszy, cierpienia i „Wewnętrznego Dziecka”.

Marek przesunął palcem po ekranie.

— Przeczytałem to kilka razy — powiedział cicho. — I nie wiem, co mam myśleć. Część mnie chce powiedzieć: „to zwiedzenie”. Ale druga część… druga część po prostu jej współczuje.

Profesor skinął głową.

— To dobrze.

— Dobrze?

— Tak. Jeśli człowiek przestaje współczuć, zaczyna mówić prawdę jak kamień. A prawda podana bez miłości potrafi bardziej zmiażdżyć niż uleczyć.

Marek spojrzał znowu na ekran.

— Ona pisze pięknie. Wręcz poetycko.

— Ludzie poranieni często uczą się mówić językiem duszy — odparł profesor. — Cierpienie wyostrza niektóre zmysły.

Zapadła chwila ciszy. Za oknem przejechał tramwaj.

— Najbardziej zatrzymało mnie to zdanie — powiedział Marek. — „Tak trudno było mi uwierzyć, że miłość nie musi wiązać się z krzyżem.”

Profesor westchnął bardzo powoli.

— Bo prawdopodobnie od dzieciństwa uczono ją, że miłość zawsze kosztuje utratę siebie. Że trzeba cierpieć, by zasłużyć na miejsce przy stole. Niektórzy dorastają w domach, gdzie czułość pojawia się tylko po bólu.

— Myśli pan, że dlatego uciekła w tę ciszę?

— Nie tylko. Myślę, że ona naprawdę odnalazła tam pewnego rodzaju ulgę.

Marek zmarszczył brwi.

— Ale przecież ta cała mistyka… „boskie oczy”, „wewnętrzne dziecko”, „nieskończoność”… To nie jest chrześcijaństwo.

— Nie jest — odpowiedział spokojnie profesor. — Ale nie wolno nam popełnić błędu i uznać, że skoro jej odpowiedzi są błędne, to jej pytania są fałszywe.

Marek milczał.

Profesor pochylił się lekko nad stołem.

— Posłuchaj uważnie, czego ona naprawdę szuka. Ciszy. Bezpieczeństwa. Odpoczynku od przemocy. Miłości, która nie pożera. Miejsca, gdzie człowiek nie jest stale oceniany.

— Czyli… czegoś prawdziwego?

— Oczywiście. Problem polega na tym, że człowiek bardzo często trafnie diagnozuje swój ból, ale błędnie wybiera lekarstwo.

Kelnerka postawiła na stole parującą i pachnącą herbatę. 

— Wie pan, co mnie uderzyło? — odezwał się Marek po chwili. — Ona naprawdę wierzy, że odnalazła coś świętego.

— Bo dla niej to było święte doświadczenie. Wyobraź sobie człowieka, który całe życie tonął pod wodą, a nagle po raz pierwszy może zaczerpnąć powietrza. Taki człowiek będzie całował nawet rękę, która podała mu złudzenie ratunku.

— Czyli medytacja była złudzeniem?

Profesor pokręcił głową.

— Nie wszystko tam było złudzeniem. Cisza potrafi odsłonić, jak bardzo jesteśmy rozbici. Sam Chrystus odchodził na miejsca pustynne. Problem nie leży w ciszy. Problem zaczyna się wtedy, gdy cisza zajmuje miejsce Boga.

Marek spojrzał pytająco.

— David Powlison pisał kiedyś, że cierpiący człowiek często zamienia ulgę w zbawiciela. I myślę, że dokładnie to wydarzyło się tutaj.

— To znaczy?

— Ona nie tylko znalazła ukojenie. Ona zaczęła budować wokół tego nową tożsamość. Cisza stała się objawieniem. „Wewnętrzne dziecko” stało się przewodnikiem. Własne wnętrze zaczęło pełnić funkcję świątyni.

Marek oparł się o krzesło.

— Mocne.

— Ale bardzo współczesne.

Profesor spojrzał przez okno.

— Dawniej ludzie szukali zbawienia w rytuałach. Dziś szukają go w sobie. To ta sama religijność — tylko sanktuarium przeniosło się do wnętrza człowieka.

— „Zakochałam się w sobie” — przeczytał cicho Marek z ekranu.

Profesor zamknął oczy na chwilę.

— Wiesz… to zdanie jest jednocześnie smutne i tragiczne.

— Dlaczego tragiczne?

— Bo człowiek nie został stworzony, by być własnym zbawicielem i nieść ciężar własnego zbawienia. Nawet najbardziej subtelna forma samouwielbienia ostatecznie załamuje się pod ciężarem życia.

— Ale przecież ona mówi o miłości do siebie po latach cierpienia.

— I to jest właśnie moment, w którym trzeba ogromnej delikatności — odpowiedział profesor. — Chrześcijaństwo nie mówi człowiekowi: „jesteś bezwartościowy”. Nigdy. Ono mówi: twoja wartość jest tak wielka, że Syn Boży oddał za ciebie życie. Ale to nie jest to samo co odkrywanie boskości w sobie.

Marek długo mieszał łyżeczką w herbacie.

— Wie pan, czego się boję? Że gdybym z nią rozmawiał, wszystko bym zepsuł. Że zacząłbym poprawiać teologię, zanim dotknąłbym jej ran.

Profesor uśmiechnął się smutnawo.

— To już dobry znak.

— Dlaczego?

— Bo młodzi apologeci często chcą wygrać dyskusję szybciej, niż nauczą się płakać z ludźmi.

Za oknem deszcz zaczął padać mocniej.

— Myśli pan, że ona odrzuciła Boga?

Profesor zamyślił się.

— Myślę, że możliwe, iż odrzuciła karykaturę Boga. Tego „boga-ojca”, który zamienia człowieka w męczennika.

— Ale przecież Jezus mówi o krzyżu.

— Tak. Jednak wielu ludzi słyszy tylko: „cierp więcej”. Tymczasem Ewangelia nie mówi: „masz cierpieć, by zasłużyć na miłość”. Ewangelia mówi: „Chrystus cierpiał, ponieważ sam nie mogłeś siebie ocalić”.

Marek spuścił wzrok.

— Nigdy wcześniej nie dostrzegałem tej różnicy tak wyraźnie.

Profesor dopił herbatę.

— To bardzo ważna różnica. Dla niektórych ludzi słowo „krzyż” brzmi jak kolejne wezwanie do samozniszczenia. A Chrystus nie przyszedł po to, by dobić złamanych.

— Dane Ortlund powiedziałby coś takiego, prawda?

Profesor uśmiechnął się szerzej.

— Dokładnie. Powiedziałby jej zapewne: „To nie Chrystus cię skrzywdził. To ludzie nauczyli cię bać się Boga... ludzie podświadomie projektują na Boga surowość swoich ludzkich ziemskich ojców lub autorytetów… a przecież naturalne serce Chrystusa jest pełne łagodności dla poranionych, a ludzkie wyobrażenia o Nim często tę prawdę zniekształcają.”.

W kawiarni zrobiło się ciszej. Kilku klientów wyszło na zewnątrz pomimo deszczu.

Marek znowu spojrzał na ekran telefonu.

— Jest tam jeszcze coś… coś bardzo poruszającego.

— Co takiego?

— Że ona boi się utracić radość, jeśli znowu spojrzy na cierpienie świata.

Profesor skinął głową powoli.

— To najbardziej ludzkie zdanie w całym tym wpisie.

— Naprawdę?

— Tak. Bo pokazuje człowieka rozdartego między współczuciem a przetrwaniem. Między empatią a zmęczeniem. Między pragnieniem dobra a lękiem przed ponownym utonięciem w bólu.

— I co chrześcijaństwo mówi takiej osobie?

Profesor przez chwilę patrzył na mokre szyby.

— Że nie musi zbawiać świata własnym cierpieniem.

Marek uniósł wzrok.

— Tylko Chrystus jest Zbawicielem — dokończył cicho.

Profesor kiwnął głową.

— A to oznacza, że możesz płakać nad cierpieniem ludzi i jednocześnie przyjąć własną radość jako dar, a nie zdradę.

Deszcz bębnił o szyby.

— Wie pan… — odezwał się Marek po długiej chwili. — Mam wrażenie, że ona stoi bardzo blisko prawdy, a jednocześnie bardzo daleko.

Profesor spojrzał na niego z łagodnością.

— Wielu ludzi tak stoi. Dotykają promieni światła, ale jeszcze nie widzą jego źródła.

— I co wtedy?

Profesor założył płaszcz.

— Wtedy nie zaczynasz od krzyku. Zaczynasz od cierpliwości. Tak jak Chrystus wobec nas.

Wyszli z kawiarni w chłodny wieczór.

Miasto pachniało deszczem.

Marek schował telefon do kieszeni i przez chwilę szli w milczeniu.

— Profesorze?

— Tak?

— A jeśli ona kiedyś odkryje, że przez całe życie szukała nie „Wewnętrznego Dziecka”… tylko Ojca?

Starszy człowiek zatrzymał się pod latarnią.

I odpowiedział bardzo cicho:

— Wtedy zrozumie, że była szukana wcześniej, niż sama zaczęła szukać.





sobota, 30 maja 2026

Psal 105 cz.3 | Oparte na komentarzu Matthew Henry’ego oraz Alberta Barnesa | Wezwanie do uwielbienia przez pamięć o Bożych dziełach i Jego wiernym przymierzu


 

Rozważanie Psalmu 105 

..oparte na komentarzu Matthew Henry’ego oraz Alberta Barnesa


Wezwanie do uwielbienia przez pamięć o Bożych dziełach i Jego wiernym przymierzu.


 🔹 1. Uwielbienie zakorzenione w pamięci (w. 1–7)


 „Dziękujcie Panu… opowiadajcie między narodami o Jego dziełach”


Uwielbienie nie jest tylko uczuciem – to świadome przypominanie sobie tego, co Bóg uczynił.


Wierzący nie mają zatrzymywać tych prawd dla siebie – mają je ogłaszać innym.


👉 Wniosek:

Jeśli twoje serce stygnie nie dlatego, że Bóg przestaje działać,

ale dlatego, że przestajesz pamiętać i mówić o Jego dziełach.



 🔹 2. „Szukajcie Pana ustawicznie” (w. 4)


Henry zauważa coś bardzo praktycznego:

człowiek wierzący nigdy nie dochodzi do momentu, w którym „już znalazł wystarczająco dużo”.


To szukanie obejmuje: modlitwę, zależność, ciągłe kierowanie serca ku Bogu


👉 Zatem szukanie - to nie jednorazowy akt, ale styl życia.


 🔹 3. Bóg pamięta przymierze (w. 8–11)


 „Na wieki pamięta o swoim przymierzu”


To nie znaczy, że Bóg musi okazjonalnie „przypomnieć sobie”, ale że nigdy nie przestaje działać zgodnie ze swoją obietnicą.


Przymierze z Abrahamem było: jednostronne (z inicjatywy Boga) pewne (bo oparte na Nim, nie na człowieku).


👉 Zatem, nasze bezpieczeństwo nie leży w naszej wierności, lecz w Bożej..


 🔹 4. Ochrona ludu Bożego (w. 12–15)


 „Nie dotykajcie pomazańców moich”


Widzimy tu szczególną troskę Boga o swój lud, nawet gdy: jest słaby, nieliczny, pozbawiony wpływu..


A mimo to... Bóg potrafi powstrzymać królów i narody dla dobra swoich ludzi.


👉 To bardzo pocieszające: Bóg strzeże swoich – nawet gdy oni tego nie dostrzegają..



 🔹 5. Józef – cierpienie pod kontrolą Boga (w. 16–22)


 „Posłał przed nimi męża – Józefa”


Zwróć uwagę na paradoks: 

- to, co było grzechem ludzi (sprzedanie Józefa), było jednocześnie częścią planu Boga.


Barnes dodaje ważny szczegół: „aż się spełniło słowo Pana” – czyli czas próby trwał dokładnie tyle, ile Bóg zamierzył.


👉 Wniosek: Twoje cierpienie nie jest: przypadkowe, bezcelowe, poza wszelką kontrolą.. Bóg ma w nim swój czas i cel..



 🔹 6. Egipt i plagi (w. 23–36)


Widzimy w tym fragmencie: 

- moc Boga nad naturą

- sąd nad pychą (bogami) Egiptu


Plagi były nie tylko karą, ale też objawieniem charakteru i mocy Boga.


👉 Wniosek: Bóg nie działa w ukryciu – On objawia swoją moc w historii



 🔹 7. Wyjście z Egiptu (w. 37–41)


 „Wyprowadził ich… nie było wśród ich pokoleń słabego”


Henry zauważa:

- wyjście było pełne (nikt nie został)

- było hojne (z bogactwem)

- było bezpieczne (pod Bożą ochroną)


To obraz zbawienia – Bóg nie tylko wyprowadza, ale też zaopatruje i prowadzi dalej..


👉 Zbawienie to nie tylko uwolnienie od czegoś, ale prowadzenie przez całe życie..



 🔹 8. Pustynia – Boża wierność w trudnościach (w. 39–41)


Henry podkreśla:


 obłok – prowadzenie

 ogień – światło i ochrona

 manna – zaopatrzenie

 woda ze skały – życie


Bóg dawał dokładnie to, co było potrzebne – nie więcej, nie mniej.


👉 Bóg jest wystarczający w każdej sytuacji



 🔹 9. Cel wszystkiego (w. 42–45)


 „Aby strzegli ustaw Jego”


Bóg nie wybawił Izraela tylko po to, by byli wolni, ale by byli posłuszni.

A posłuszeństwo jest odpowiedzią na łaskę, nie jej warunkiem.


👉 Łaska prowadzi do świętości


Psalm 105 uczy, że:


👉 Wierzący mają pielęgnować swoją wiarę przez przypominanie sobie Bożych dzieł, ufając Jego wierności i odpowiadając posłuszeństwem


🔹 Możesz zadać sobie 3 pytania:


1. Co Bóg już zrobił w moim życiu, o czym zapomniałem?

2. Czy moje zaufanie opiera się na emocjach czy na przymierzu Boga?

3. Czy moja wdzięczność prowadzi mnie do posłuszeństwa?


Psalm 105 

...to wezwanie, by patrzeć wstecz na Bożą wierność, 

ufać Mu dziś i żyć dla Niego jutro...





piątek, 29 maja 2026

Historia Howarda Hughesa z perspektywy Koheleta



Historia Howarda Hughesa to jedna z najbardziej fascynujących i zarazem tragicznych opowieści XX wieku. Jest to kronika człowieka, który posiadał wszystko, czego świat mógł mu zazdrościć, a jednak zakończył życie w sposób, który budzi jedynie współczucie. Jego losy stanowią współczesny komentarz do biblijnej Księgi Koheleta, ukazując, że życie „pod słońcem” bez zakotwiczenia w Bogu jest jedynie.. „pogonią za wiatrem”.


Człowiek sukcesu i wielkich projektów


"Zarobienie pierwszego miliona jest niezwykle proste... pod warunkiem, że dostaniesz go w spadku." Howard Hughes urodził się jako syn wynalazcy, który dorobił się fortuny na świdrach do ropy naftowej. Howard, przystojny i obdarzony genialnym umysłem, przejął firmę ojca i szybko stał się uosobieniem amerykańskiego snu.


Był człowiekiem „wielkich projektów”. Stał się legendą świecie lotnictwa – sam projektował samoloty i osobiście bił rekordy prędkości. Jako producent filmowy w Hollywood tworzył superprodukcje, takie jak “Aniołowie Piekieł”, które zmieniały oblicze kina. Jego życie było wypełnione pięknymi kobietami, takimi jak Katharine Hepburn czy Ava Gardner, oraz luksusem, o jakim inni mogli tylko pomarzyć. Hughes, podobnie jak autor Księgi Koheleta, mógłby powiedzieć: „Niczego, czego pragnęły moje oczy, nie odmawiałem im, nie wzbraniałem mojemu sercu żadnej radości”.


Iluzja kontroli i potęga bogactwa


Hughes wierzył, że jego ogromny majątek daje mu status niemal boski. W notatce z 1969 roku pisał z bezwzględną szczerością: „Bob, chcę, żebyś pamiętał o jednym. Mogę kupić każdego człowieka na świecie albo go zniszczyć”. Ta wiara w absolutną moc pieniądza stała się jego religią.


Z czasem jednak to, co miało mu dawać wolność, zaczęło go więzić. Hughes zaczął chorobliwie obawiać się bakterii i ludzi. Seria wypadków lotniczych, zwłaszcza katastrofa prototypu XF-11 w 1946 roku, którą cudem przeżył, pogłębiła jego traumy i uzależnienie od leków przeciwbólowych. Stopniowo wycofywał się z życia publicznego, barykadując się w luksusowych apartamentach hoteli w Las Vegas i na Bahamach.


Upadek: Więzień własnego imperium


Najbardziej wstrząsający opis Hughesa pochodzi z jego ostatnich lat. Człowiek, który mógł kupić dowolny hotel, żył w nieludzkim brudzie. Przez dwa lata jego pościel zmieniono tylko pięć razy, dywany nigdy nie były odkurzane, a on sam przechowywał swój mocz w słoikach. Jego ciało, niegdyś sprawne i silne, było teraz wyniszczone przez infekcje, gnijące zęby i nieprzycinane paznokcie.


Hughes stał się więźniem własnych natręctw. Potrafił spędzać całe dnie na redagowaniu instrukcji dotyczących najbardziej błahych czynności. Przykładem jest procedura wyjmowania kabelka do aparatu słuchowego, która wymagała użycia co najmniej piętnastu jałowych chusteczek higienicznych przy otwieraniu każdej szafki. Ironia polegała na tym, że w czasie, gdy obsesyjnie dopracowywał te zasady, od ponad sześciu lat nie nosił już aparatu słuchowego. To doskonały obraz „marności” – wysiłku włożonego w rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia i nikomu nie służą.


Dlaczego to się stało?


Z perspektywy biblii historia Hughesa jest jaskrawym przykładem tego, że ludzkie serce jest „fabryką idoli” (jak ujął to Jan Kalwin). Hughes uczynił bogactwo i kontrolę swoimi bożkami. Jednak te bożki, choć obiecują bezpieczeństwo, w rzeczywistości są okrutnymi panami, którzy w końcu niszczą swoich czcicieli.


1. Pismo Święte uczy, że człowiek bez Boga jest duchowo martwy. Nawet największy sukces „pod słońcem” nie jest w stanie nasycić duszy stworzonej dla nieskończoności. Hughes próbował wypełnić tę pustkę projektami i przyjemnościami, ale każda z tych dróg okazała się ślepym zaułkiem.


2. Kohelet zauważa, że praca i bogactwo bez Boga przynoszą jedynie „ból i zgryzotę”, a człowiek nie zaznaje spokoju nawet w nocy. Hughes, mimo miliardów na kontach, cierpiał na bezsenność i lęk, nie potrafiąc odpocząć w Bożej opatrzności.


3. Hughes panicznie bał się śmierci, jednak, jak zauważa Biblia, śmierć jest wielkim zrównywaczem... los mędrca i głupca jest ten sam – obaj muszą umrzeć. Bogacz umierał samotnie, odizolowany, tak zmieniony, że do identyfikacji zwłok potrzebne były odciski palców.



Czego uczy nas ta historia dzisiaj? To wezwanie do refleksji nad tym, na czym budujemy swój dom – na piasku czy na skale.


Pamiętaj o Stwórcy w dniach swej młodości: Historia Hughesa to ostrzeżenie, szczególnie dla młodych ludzi. Świat będzie was wzywał na drogi edukacji, przyjemności i kariery jako celów samych w sobie. To są ślepe uliczki. Prawdziwa satysfakcja pojawia się tylko wtedy, gdy spotkasz Chrystusa na skrzyżowaniu swoich życiowych dróg.


Właściwa hierarchia wartości: Biblia kładzie nacisk na to, by wszystko robić “Soli Deo Gloria” – jedynie Bogu na chwałę. Praca, lotnictwo, sztuka – to wszystko może być dobre, jeśli jest sprawowane z wdzięcznością wobec Boga. Hughes próbował czerpać radość z rzeczy, pomijając Dawcę, co doprowadziło go do rozpaczy.


Szukaj skarbów w niebie: Historia Hughesa pokazuje, że bogactwo nie daje odpowiedzi na „ostateczne pytania” duszy. Zamiast gromadzić zasoby, których nie możesz zabrać ze sobą, zaufaj Chrystusowi, który oferuje „jedyne trwałe skarby”.


Nie czekaj, aż dojdziesz do końca „drogi materializmu”, by przekonać się, że jest on pusty. Już teraz, w miejscu, w którym jesteś, uznaj Jezusa Chrystusa za swojego Pana i Zbawiciela. Tylko w Nim Twoja praca, Twoje sukcesy i Twoje codzienne życie nabiorą wiecznego sensu, a Twoje serce odnajdzie pokój, którego nie kupią żadne pieniądze świata.


czwartek, 28 maja 2026

W słabości i znużeniu - Opowiadanie o modlitwie


Wieczór modlitewny nie był łatwy i przyjemny...

Robert, młody brat siedział w ostatniej ławce kaplicy. Modlitwa trwała. Inni wołali do Boga z gorliwością, ale jego serce było jak mokre drewno — bez ognia. Powieki ciążyły. Myśli uciekały. Ciało było zmęczone po pracy, a dusza wydawała się jeszcze bardziej zmęczona niż ciało.

Po nabożeństwie podszedł do starszego pastora.

— Szczerze... nie rozumiem siebie — powiedział cicho. — Niby chcę się modlić, ale kiedy klękam, jestem senny. Myśli się rozbiegają. Brakuje mi żarliwości, moja modlitwa przypomina powolne i trudne osuszanie wilgotnego drewna w płomieniach. Czasem jedyne co czuję to ciężar na duszy... Czy to znaczy, że duchowo jestem martwy?

Starszy człowiek spojrzał na niego ze spokojem.

— Robercie, nawet Pan Jezus bywał zmęczony.

Zapadła chwila ciszy.

— Ewangelia mówi, że usiadł przy studni w Samarii „zmęczony podróżą” (Jana 4:6). Innym razem zasnął w łodzi podczas burzy. Zmęczenie samo w sobie nie jest grzechem. Jesteśmy stworzeni z prochu...

Czy to nie jest pocieszające, że Odwieczny Syn Boży nie przyszedł jako istota niezdolna do odczuwania ludzkiej słabości.. On znał ciężar ciała.. Znał wyczerpanie po drodze.. Znał głód.. Znał noc bez snu.. Sam o sobie powiedział: Nawet lisy mają nory... a Syn Człowieczy nie ma gdzie skłonić głowy... 

Autor Listu do Hebrajczyków mówi:

 „Nie mamy bowiem arcykapłana, który by nie mógł współczuć ze słabościami naszymi... ale doświadczonego we wszystkim...”  

(Hebr. 4:15).

Są wierzący, którzy potępiają się za każde zmęczenie. Myślą, że prawdziwie duchowy człowiek nigdy nie odczuwa wyczerpania. Ale Pismo tego nie uczy.

Eliasz.. po wielkim zwycięstwie na Karmelu.. usiadł pod jałowcem i życzył sobie śmierci.. Co zrobił Bóg? Czy robił jakieś wyrzuty prorokowi? Nie.

Najpierw dał mu pospać i nakarmił go.

Czasem najbardziej duchową rzeczą, jaką człowiek może zrobić, jest odpocząć przed Panem.


Pastor pochylił się lekko i dodał:

— Ale istnieje też inne zmęczenie. Takie, które nie pochodzi jedynie z ludzkiej słabości, lecz z nieuporządkowanego życia.

To zmęczenie rodzi się wtedy, gdy człowiek bierze na siebie ciężary, których Bóg mu nie dał.

Kiedy na przykład żyje, by zadowolić ludzi bardziej niż Boga.

Kiedy mówi „tak” wszystkim wokół, ale nie pyta Boga, czego On naprawdę chce.

Marta, siostra Marii z Ewangelii była „zajęta około różnej posługi” (Łuk. 10:40), podczas gdy Maria siedziała u stóp Jezusa. Maria nie była leniwa. Problem Marty polegał na tym, że aktywność zaczęła wypierać społeczność z Chrystusem.

Ilu wierzących żyje dziś w podobny sposób?

Są aktywni. Zaangażowani. Obecni wszędzie. Pomagają wszystkim. Organizują. Służą. Biegną od pożaru do pożaru.

A jednak ich dusza jest wypalona i wysuszona na wiór.

Wróg duszy nie zawsze musi doprowadzić człowieka do jawnego grzechu. Czasem wystarczy, że doprowadzi go do ciągłego wyczerpania. Wtedy modlitwa staje się ciężarem, Biblia zamkniętą księgą, a serce traci czułość wobec Boga.


Ale tu właśnie objawia się cudowna pomoc Ducha Świętego.

Paweł pisze:

„A jeśli Duch tego, który Jezusa wzbudził z martwych, mieszka w was, 

tedy Ten, który wzbudził Chrystusa Jezusa z martwych, 

ożywi i wasze śmiertelne ciała 

przez Ducha swego, który mieszka w was” 

(Rzym. 8:11).

To nie dotyczy jedynie przyszłego zmartwychwstania. Wielu świętych doświadcza tej prawdy już teraz.

Ile razy wierzący klękał do modlitwy wyczerpany, a wstawał umocniony?

“Klękamy a wszystko ucicha wokoło, wstajemy a zorza otacza nam czoło..”

Ile razy ciało mówiło: „Nie dam rady”, a jednak Duch Boży dawał nowe siły?

Tak było z Jezusem wtedy przy studni. Był zmęczony podróżą, spragniony i głody... ale gdy zaczął mówić Samarytance o wodzie życia, jakby zapomniał o głodzie i wyczerpaniu.

— „Mam pokarm do jedzenia, o którym wy nie wiecie” — potem powie uczniom (Jana 4:32).

Społeczność z Ojcem odświeżała Jego człowieczeństwo.

Tak działa Duch Święty.

Nie zawsze usuwa słabość natychmiast. Ale daje siłę większą niż nasza własna.

I nie trzeba tu szukać wielkich bohaterów wiary... a spracowani rodzice? Wiecznie niewyspane i wyczerpane matki?! Skąd biorą siłę?

Robert spytał:

— A co z chorobami czy innymi nieszczęściami? Czy każda choroba jest atakiem szatana?

Pastor pokręcił głową.

— Nie zawsze. Księga Hioba pokazuje nam coś głębokiego. Szatan dotknął Hioba, ale tylko dlatego, że Bóg na to pozwolił.

To całkowicie zmienia perspektywę.

Czasem choroba jest walką duchową. Czasem jest Bożym zatrzymaniem człowieka. Czasem Pan przez cierpienie przywołuje swoje dziecko bliżej siebie.

Iluż to ludzi nigdy nie nauczyłoby się modlitwy, gdyby nie łoże boleści?

Ilu nigdy nie usłyszałoby Bożego głosu pośród hałasu codzienności?

    „Na ziemi mówią: przez chorobę na bocznicę odłożony.

    W niebie mówią: na stronę dla uciszenia odwołany.”

To nie znaczy, że mamy kochać cierpienie albo biernie poddawać się wszystkiemu. Ale znaczy, że nawet w słabości Bóg działa.


Historia Kościoła pełna jest ludzi, którzy byli potężni w modlitwie, choć słabi fizycznie.

Ich życie przypomina nam, że moc Boga nie objawia się jedynie w sile człowieka.

Przecież Paweł usłyszał od Pana:

 „Wystarczy ci, gdy masz moją łaskę, 

albowiem pełnia mej mocy okazuje się w słabości” (2 Kor. 12:9).

To jedna z najtrudniejszych lekcji chrześcijaństwa.

My chcemy być silni, aby służyć Bogu.

Bóg często sprawia, że człowiek odkrywa swoją słabość, aby nauczył się polegać na Nim.


Na końcu pastor powiedział cicho:

— Nie oceniaj swojej relacji z Bogiem jedynie po tym, jak się czujesz fizycznie.

Bywają ciężkie noce. Suche i głuche modlitwy. Chwile, gdy ciało odmawia współpracy.

Ale Duch Święty nie opuszcza swoich dzieci. On pomaga w słabości. On podtrzymuje omdlałe ręce. On daje siłę utrudzonemu.

Izajasz napisał:

 „Lecz tym, którzy ufają Panu, przybywa siły; 

wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły”

 (Izaj. 40:31).

To nie zawsze oznacza natychmiastowe usunięcie ciężaru.

Czasem oznacza siłę, by nie upaść pod ciężarem.

Czasem oznacza pokój pośród bólu.

Czasem oznacza cichą wytrwałość człowieka, który nadal otwiera usta do modlitwy, choć wszystko w nim jest słabe.

Ale właśnie taka modlitwa bywa najdroższa Bogu.


Czy wiesz, że Charles Spurgeon (ten wielki kaznodziaja, który bywało, że głosił 10 razy w tygodniu) przez lata zmagał się z przewlekłym bólem (reumatyzm, dna moczanowa) i głęboką depresją. Ale modlił się z głęboką pokorą i całkowitym poddaniem się woli Bożej.


A zatem.. drogi Robercie, choć Twoje ciało i duch słabną z powodu choroby, pamiętaj, że nie jesteś w tym sam. 

Charles Spurgeon, choć sam potwornie cierpiał, odnajdywał w modlitwie klucz do pokoju. Bo modlitwa nie wymaga siły fizycznej ani pięknych słów i rytuałów. Spurgeon modlił się leżąc, oddając Bogu każdy jęk i każdą łzę.

Dlatego zamiast walczyć z lękiem i bólem w samotności, zamień je w szept do Boga. On przyjmie każdą Twoją obawę.

Odpocznij w prawdzie, że Bóg ma wszystko w swoich rękach. Jego suwerenność i miłość to najwygodniejsza poduszka dla zmęczonej głowy.

Zwracaj się do Niego nieustannie. On doskonale zna Twój ból, współczuje Ci i daje łaskę, by przetrwać najgorsze chwile.

Twój ból ma kres, a Boża miłość do Ciebie nigdy się nie skończy. Ufaj Mu, nawet gdy nie rozumiesz dlaczego to spotkało właśnie Ciebie.

„Modlitwa to wyciągnięta ręka dziecka po to, co Ojciec już przygotował w Swojej miłości. Nie informujemy Boga o czymś, czego On nie wie, ani nie zmieniamy Jego woli. My po prostu odpoczywamy w Jego obietnicach”. - Ch.Spurgeon