Lampa i oliwa (Mt 25)
Dziesięć panien miało lampy. Z zewnątrz wszystkie wyglądały podobnie. Jednak pięć z nich nie miało oliwy.
Wniosek?
Można mieć piękną lampę. Może być tam knot i wszystko, co potrzebne. Można nawet przez chwilę poświecić. Ale bez oliwy płomień gaśnie.
Tak samo dobre uczynki są światełkiem widocznym dla ludzi, ale życie pełne światła pochodzi od Boga. Bez Jego Ducha człowiek nie może świecić naprawdę.
Wyobraź sobie dwa strumyki.
Jeden płynie wartko, drugi wysycha. Dzieci bawiące się przy nich mówią:
– Musimy sprawić, żeby ta wyschnięta rzeka płynęła.
Zaczynają nosić wiaderkami wodę i wylewać ją do koryta. Przez chwilę wygląda, jakby rzeka żyła. Ale po chwili woda znika.
Przechodzi obok dziadziuś i mówi:
– Nie potrzebujecie więcej wiader. Potrzebujecie źródełka.
Dopóki źródło nie wybije, rzeka pozostanie sucha.
Tak samo jest z człowiekiem. Wielu próbuje "dolewać" sobie dobrych uczynków, religijności czy moralności. Ale prawdziwe życie pojawia się dopiero wtedy, gdy Chrystus staje się źródłem wody żywej w sercu.
Sam Jezus powiedział:
„Kto wierzy we mnie... z wnętrza jego popłyną rzeki wody żywej.” (J 7:38)
To nie strumień tworzy źródło. To źródło tworzy strumień.
Wyobraź sobie gałąź odciętą od winnego krzewu.
Ktoś przywiązuje do niej kiście winogron. Z daleka wygląda pięknie. Ale wszyscy wiedzą, że te owoce nie urosły na tej gałęzi. Są tylko przywiązane.
Tak wygląda religijność bez Chrystusa.
Natomiast gałąź złączona z krzewem nie wysila się, aby produkować życie. Ona po prostu trwa w krzewie. A życie płynie z krzewu.
Pan Jezus wyraził to w następujący sposób:
„Ja jestem krzewem winnym, wy jesteście latoroślami. Kto trwa we mnie, a Ja w nim, ten wydaje wiele owocu; bo beze mnie nic uczynić nie możecie.” (Jana 15:5, BW)
Jakże łatwo odwrócić tę kolejność! Wydaje nam się, że jeśli będziemy wystarczająco dobrzy, cierpliwi, pobożni i gorliwi, wtedy staniemy się prawdziwymi chrześcijanami. Jakby owoce mogły stworzyć życie.
Ale Ewangelia mówi coś dokładnie odwrotnego... To nie owoce dają życie korzeniowi. To korzeń daje życie owocom.
To nie nasze uczynki rodzą Chrystusa w nas. To Chrystus rodzi dobre uczynki.
To nie nasze posłuszeństwo sprawia, że Bóg nas przyjmuje. Bóg przyjmuje nas wyłącznie ze względu na doskonałą sprawiedliwość Chrystusa, a dopiero potem zaczyna przemieniać nasze życie.
Warto podkreślać te różnice.
Martwe drzewo można ozdobić. Można przywiązać do niego setki jabłek. Z daleka będzie wyglądało imponująco. Jednak pierwszy silniejszy wiatr obnaży prawdę.
Tak samo człowiek może nauczyć się religijnego języka, poprawnych zachowań, regularnego chodzenia do kościoła czy znajomości Biblii. Może wyglądać jak drzewo pełne owoców.
Ale jeśli nie jest złączony z Chrystusem przez wiarę, pozostaje duchowo martwy.
Z drugiej strony młode drzewko, które dopiero zapuściło korzenie, może jeszcze nie mieć wielu owoców. Jednak ogrodnik się nie niepokoi. Widzi zdrowy korzeń. Wie, że owoc przyjdzie we właściwym czasie.
Tak samo działa łaska Boża. Najpierw Bóg daje nowe życie. Potem pojawiają się owoce.
Najpierw Duch Święty wszczepia grzesznika w Chrystusa. Potem rodzi się skrucha. A następnie pojawia się miłość do Boga, głód Słowa, pragnienie świętości.
To nie człowiek swoim wysiłkiem produkuje życie. Życie płynie z Chrystusa.
Dlatego reformatorzy tak mocno podkreślali, że dobre uczynki są konieczne, ale nie jako przyczyna zbawienia. Są jego dowodem. Są świadectwem, że drzewo żyje.
Owoc nie tworzy korzenia... To korzeń tworzy owoc.
Ta prawda chroni nas przed dwiema wielkimi pułapkami.
Pierwszą jest pycha.
Gdy zauważamy w swoim życiu posłuszeństwo, łatwo pomyśleć: „Bóg kocha mnie bardziej, bo dobrze sobie radzę.”
Nie. Bóg przyjął nas wyłącznie dzięki sprawiedliwości Chrystusa. Nasze uczynki niczego do tego nie dodają.
Drugą skrajną pułapką jest rozpacz.
Patrzymy na swoją słabość i mówimy: „Nie jestem wystarczająco dobry. Nigdy nie będę należał do Chrystusa.”
Ale Jezus nie powiedział: „Najpierw wydawajcie owoce, a potem przyjdźcie do Mnie.”
Powiedział:
„Kto trwa we mnie... ten wydaje wiele owocu.” (Jana 15:5, BW)
Owoc jest skutkiem trwania... Nigdy jego warunkiem.
Dlatego chrześcijanin nie odpoczywa w swoich owocach. Nie liczy ich każdego dnia z lękiem, jakby od ich liczby zależało Boże przyjęcie.
Odpoczywa w Chrystusie.
A pozostając blisko Niego — przez Słowo, modlitwę i wszystkie środki łaski, które Bóg ustanowił — doświadcza, że życie Zbawiciela nieustannie przepływa do jego serca.
I właśnie dlatego pojawiają się owoce.
Nie dlatego, że gałąź bardzo się stara.
Ale dlatego, że jest złączona z żywym Krzewem Winnym.
Owoc jest dowodem życia.
Lecz to Chrystus jest Korzeniem, z którego to życie nieustannie wypływa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz