William Borden
Słynne hasło „Bez zastrzeżeń. Bez odwrotu. Bez żalu.” (No reserves. No retreats. No regrets.) to motto życiowe Williama Whitinga Bordena, amerykańskiego milionera, który w wieku 25 lat zrzekł się majątku, by zostać misjonarzem. Zmarł tragicznie w Egipcie w drodze do Chin, a jego postawa zainspirowała miliony ludzi na całym świecie.
Chicago, 1904 rok.
W salonie domu rodziny Bordenów panowała niezwykła cisza. Na ścianach wisiały obrazy, pod oknami stały ciężkie dębowe meble, a przez wysokie szyby wpadało popołudniowe światło.
Szesnastoletni William Borden siedział naprzeciw ojca.
– Ukończyłeś szkołę średnią – powiedział ojciec z dumą. – Chcemy dać ci prezent, którego nigdy nie zapomnisz.
Bill spojrzał z zaciekawieniem.
– Jaki?
Matka uśmiechnęła się.
– Podróż dookoła świata.
Chłopak zaniemówił.
– Naprawdę?
– Azja, Bliski Wschód, Europa – wyliczał ojciec. – Zobaczysz świat, zanim rozpoczniesz studia na Yale.
Bill był spadkobiercą ogromnej fortuny. Mógł mieć niemal wszystko. Ale wtedy jeszcze nie wiedział, że ta podróż zmieni całe jego życie.
Kilka miesięcy później stał na pokładzie statku wpływającego do portu w Indiach.
Widział tłumy wychudzonych dzieci.
Widział żebraków śpiących na ulicach.
Widział wdowy pozostawione same sobie.
Pewnego wieczoru siedział samotnie na pokładzie.
Morze było spokojne.
Wyjął notes i zaczął pisać list do domu.
"Kochani rodzice. Nie mogę przestać myśleć o ludziach, których tutaj spotykam. Czuję, że Bóg wzywa mnie do pracy misyjnej..."
Odłożył pióro.
– Panie – wyszeptał – jeśli naprawdę tego chcesz, pójdę.
Kiedy wrócił do Ameryki, wiadomość szybko rozeszła się wśród znajomych.
– Chcesz zostać misjonarzem? – zapytał jeden z przyjaciół.
– Tak.
– Przecież jesteś milionerem!
– Wiem.
– To szaleństwo.
– Dlaczego?
– Bo wyrzucasz swoje życie do kosza!
Bill przez chwilę milczał.
Potem otworzył Biblię.
Na tylnej stronie napisał dwa słowa:
„No reserves.”
„Bez zastrzezeń.”
Żadnego zabezpieczania sobie życia.
Żadnego trzymania jednej nogi w świecie.
Całość dla Chrystusa.
Jesienią 1905 roku pojawił się na Yale.
Nie afiszował się bogactwem.
Nosił zwykłe ubrania.
Mieszkał jak inni studenci.
Ale bardzo szybko zauważono, że różni się od reszty.
Pewnego ranka jego współlokator obudził się wcześniej.
Usłyszał cichy głos.
Bill klęczał przy łóżku.
Modlił się.
Po zakończeniu modlitwy chłopak zapytał:
– Ty robisz to codziennie?
– Tak.
– Dlaczego?
Bill uśmiechnął się.
– Bo nie potrafię przeżyć dnia bez Chrystusa.
Po pewnym czasie zaproponował:
– Spotkajmy się rano przed śniadaniem. Przeczytamy Biblię i pomodlimy się.
– Tylko we dwóch?
– Na początek.
Tak zaczęła się grupa modlitewna.
Potem dołączył trzeci student.
Potem czwarty.
Potem kolejni.
Po roku uczestniczyło w takich spotkaniach sto pięćdziesiąt osób.
Kilka lat później – tysiąc z tysiąca trzystu studentów Yale.
Pewnego wieczoru organizowano grupy biblijne.
Na stole leżała lista studentów.
– Kto zajmie się Hendersonem? – zapytał jeden z liderów.
Ktoś podniósł rękę.
– Ja.
– A Thompson?
– Mogę go odwiedzić.
Potem zapadła cisza.
– A Carter?
Wszyscy spojrzeli po sobie.
Carter był znany z pijaństwa, bójek i drwin z chrześcijaństwa.
Nikt się nie odezwał.
Po chwili rozległ się spokojny głos.
– Zapiszcie go mnie.
To był Bill.
Jeden z przyjaciół zaśmiał się.
– Bill, ty zawsze bierzesz najtrudniejszych.
– Właśnie oni najbardziej potrzebują Ewangelii.
Wiele nocy spędzał poza kampusem.
Przechadzał się po biednych dzielnicach New Haven.
Pewnego zimowego wieczoru zauważył mężczyznę leżącego przy ścianie.
Od człowieka czuć było alkohol.
– Przyjacielu...
Mężczyzna otworzył oczy.
– Czego chcesz?
– Chodź ze mną.
– Po co?
– Zjesz ciepły posiłek.
– Nie mam czym zapłacić.
– Ja zapłacę.
Po drodze pijany mężczyzna zapytał:
– Dlaczego to robisz?
Bill odpowiedział:
– Bo Chrystus zrobił dla mnie znacznie więcej.
W czasie studiów jego powołanie stawało się coraz bardziej konkretne.
Coraz częściej mówił o Chinach.
Szczególnie o ludzie Kansu i o muzułmanach, którzy nigdy nie słyszeli Ewangelii.
Jeden z kolegów powiedział mu kiedyś:
– Mógłbyś prowadzić wielką firmę.
– Mógłbym.
– Mógłbyś zostać milionerem większym niż twój ojciec.
– To prawda.
– Więc dlaczego Chiny?
Bill spojrzał przez okno.
– Bo Chrystus jest wart więcej niż wszystko, co mogę posiadać.
Po ukończeniu Yale zaczęły napływać oferty pracy.
Jedna bardziej lukratywna od drugiej.
Dyrektor dużej firmy powiedział mu:
– Pańska przyszłość jest zabezpieczona.
– Dziękuję.
– Jaką pensję uważa pan za odpowiednią?
Bill pokręcił głową.
– Nie szukam pracy.
– Nie?
– Jadę na misję.
Biznesmen patrzył na niego ze zdumieniem.
– Odrzuca pan wszystko?
– Tak.
Tego wieczoru Bill ponownie otworzył Biblię.
Pod słowami „No reserves” dopisał:
„No retreats.”
„Bez odwrotu.”
Po studiach teologicznych w Princeton wyruszył w końcu ku swojemu celowi.
Najpierw Egipt.
Musiał nauczyć się arabskiego.
Później Chiny.
Później Kansu.
Tak przynajmniej planował.
Kair, początek 1913 roku.
Pewnego ranka obudził się z silnym bólem głowy.
Następnego dnia gorączka była jeszcze wyższa.
Lekarz wyglądał na zaniepokojonego.
– To zapalenie opon mózgowych.
Przyjaciel siedzący przy łóżku zapytał:
– Bill, czy się boisz?
William był bardzo słaby.
Ale na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
– Nie.
– Nawet teraz?
– Nie.
– Żałujesz czegoś?
Długo milczał.
Potem wyszeptał:
– Chrystus nigdy nikogo nie zawiódł.
9 kwietnia 1913 roku William Whiting Borden zmarł.
Miał zaledwie dwadzieścia pięć lat.
Wieść obiegła Amerykę.
Gazety pisały o młodym milionerze, który oddał majątek, karierę i życie dla Ewangelii.
Dla wielu ludzi wydawało się to tragedią.
Zmarnowany potencjał.
Zmarnowane życie.
Zmarnowane lata.
Ale gdy po jego śmierci znaleziono Biblię, odkryto jeszcze jeden napis.
Pod słowami:
„No reserves.”
„No retreats.”
widniały kolejne dwa słowa:
„No regrets.”
„Bez żalu.”
Bo człowiek, który wszystko oddał Chrystusowi, odchodził z tego świata bez poczucia straty.
Jak powiedział kiedyś sam Pan Jezus:
„Kto straci swoje życie z mego powodu i dla Ewangelii, ten je zachowa” (Mk 8,35).
William Borden nigdy nie dotarł do Chin.
Ale jego historia dotarła dalej, niż mógłby przypuszczać.
I do dziś przypomina, że wielkość życia nie mierzy się długością lat, bogactwem ani sukcesem, lecz tym, czy zostało ono całkowicie oddane Królowi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz