Refleksja za: John Piper
„Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie.” (J 13:35)
To niezwykłe, że Jezus nie powiedział: „Po tym poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli we wszystkim będziecie się zgadzać”. Nie powiedział też: „jeśli wygracie każdą debatę teologiczną” albo „jeśli będziecie mieli bezbłędnie uporządkowany system doktrynalny”. Powiedział: jeśli będziecie się wzajemnie miłować.
Pewnego wieczoru dwóch chrześcijan siedziało przy stole po zakończonym studium biblijnym. Obaj kochali Pismo. Obaj kochali Chrystusa. Obaj wierzyli w zbawienie z łaski. Ale gdy rozmowa zeszła na predestynację, wybranie i wolną wolę człowieka, atmosfera zaczęła gęstnieć.
— Jeśli człowiek sam decyduje o swoim zbawieniu, to dlaczego modlimy się, żeby Bóg otworzył komuś oczy? — zapytał pierwszy.
— Bo Bóg działa, ale człowiek musi odpowiedzieć — odparł drugi.
Kilka minut później nie słuchali już siebie nawzajem. Każdy przygotowywał kolejne argumenty. Głosy stawały się coraz ostrzejsze. W końcu jeden z nich rzucił:
— Jak możesz tego nie widzieć?
Drugi odpowiedział podobnym tonem:
— A jak ty możesz ignorować te wersety?
Po chwili zapadła cisza.
Wtedy starszy brat, który siedział nieopodal, spokojnie zamknął Biblię.
— Panowie — powiedział — czy zauważyliście, że obaj bardziej walczycie o zwycięstwo niż o siebie nawzajem?
To pytanie zabolało.
Bo prawda jest taka, że istnieją doktryny bardzo ważne. Doktryny łaski nie są błahostką. Pytania o nowe narodzenie, Boże działanie w zbawieniu czy naturę człowieka mają ogromne znaczenie. Warto je studiować. Warto o nich rozmawiać. Warto badać Pisma jak Berejczycy.
Ale istnieje niebezpieczeństwo większe niż przegranie sporu teologicznego.
Można wygrać argument i przegrać.. miłość braterską.
Można mieć poprawną doktrynę, a jednocześnie nie mieć ducha Chrystusa w sposobie jej przedstawiania.
Pomyślmy o dwóch wielkich kaznodziejach XVIII wieku: George Whitefield i John Wesley. Dzieliły ich głębokie różnice dotyczące wybrania i łaski. Nie udawali, że problem nie istnieje. Nie rozmywali swoich przekonań dla świętego spokoju. A jednak potrafili patrzeć na siebie jak na brat na brata, a nie jak na wroga.
Kiedy Whitefield umierał, ktoś zapytał go, czy spodziewa się spotkać Wesleya w niebie.
Whitefield odpowiedział mniej więcej tak: „Nie... Wesley będzie tak blisko tronu Boga, a ja tak daleko, że prawdopodobnie go nie zobaczę”.
To nie była uszczypliwość. To był żartobliwy wyraz pokory i miłości.
Jak bardzo różni się to od ducha naszych czasów, gdzie czasem wystarczy jeden wpis w mediach społecznościowych, by chrześcijanie zaczęli traktować siebie nawzajem jak przeciwników.
A przecież największym cudem nie jest to, że ktoś został kalwinistą lub arminianinem.
Największym cudem jest to, że martwy grzesznik został ożywiony przez Chrystusa.
Największym cudem jest krzyż.
Największym cudem jest to, że ludzie, którzy byli wcześniej nieprzyjaciółmi Boga, “naczyniami gniewu” - teraz stali się dziećmi Bożymi.
Kiedy staniemy przed tronem Baranka, nikt nie będzie chlubił się doskonałością swojego systemu teologicznego (ani “wiarą ojców”). Wszyscy będziemy śpiewać tę samą pieśń o Tym, który nas odkupił swoją krwią.
Dlatego badajmy Pismo gorliwie. Brońmy prawdy odważnie. Dyskutujmy uczciwie. Ale nigdy nie zapominajmy, że brat w Chrystusie nie jest naszym przeciwnikiem.
Chrystus nie powiedział, że świat pozna Jego uczniów po tym, jak doskonale rozwiązują wszystkie teologiczne spory (choć są potrzebne aby doktryna była jasno sformułowana).
Powiedział, że pozna ich po miłości.
A czasami najbardziej przekonującym argumentem nie jest kolejny cytat z teologa, lecz cierpliwość, łagodność i szacunek wobec brata, który czyta ten sam tekst Pisma inaczej niż my.
Bo prawda i miłość nie są rywalami. W Chrystusie zawsze idą razem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz