sobota, 24 października 2026

Rozmowy niedokończone | Marta i Paweł — Czy miłość potrzebuje prawdy?

Marta i Paweł — czy miłość potrzebuje prawdy?


Spotkanie po kolejnej przerwie. Paweł wie, że Marta przechodzi okres zmian w swoim myśleniu o wierze. Nie chce jej osądzać ani wygrać z nią dyskusji. Chce ją po prostu zrozumieć, ale.. nie chce też udawać, że różnice między nimi są nieważne.


1. „Nie chcę już nikogo oceniać”


Marta: Wiesz, Paweł, chyba wreszcie zaczynam rozumieć, o co chodzi w życiu. Przez tyle lat słuchałam, co jest grzechem, co wolno, czego nie wolno. Ciągle jakieś poczucie winy, ciągle strach, że Bóg jest niezadowolony. A przecież najważniejsza jest miłość.


Paweł: A co masz na myśli, mówiąc, że najważniejsza jest miłość?


Marta: Że nie powinniśmy oceniać ludzi. Każdy ma swoją drogę, swoje doświadczenia, swoją prawdę. Nie wiemy, przez co przeszedł drugi człowiek. Dlaczego mielibyśmy mu mówić, jak ma żyć?


Paweł: Zgadzam się, że często za szybko oceniamy ludzi. Widzimy czyjś czyn, ale nie znamy całej historii. Sam nieraz musiałem przyznać, że byłem zbyt surowy wobec kogoś, kogo tak naprawdę nie rozumiałem.


Marta: No właśnie! I dlatego nie chcę już dzielić ludzi na dobrych i złych. Każdy ma w sobie coś pięknego. Trzeba to zobaczyć.


Paweł: A jeśli ktoś wykorzystuje drugiego człowieka? Jeśli manipuluje, kłamie albo krzywdzi własne dziecko? Czy wtedy też nie powinniśmy rozróżniać dobra i zła?


Marta: Oczywiście, że krzywdzenie jest złe. Ale można powiedzieć komuś, że coś robi źle, bez nazywania go grzesznikiem i bez potępiania go.


Paweł: Tu jesteśmy bliżej siebie, niż myślisz. Ja też nie chcę potępiać ludzi ani stawiać się ponad nimi. Ale mam pytanie: czy uważasz, że coś może być naprawdę złe, nawet jeśli człowiek, który to robi, jest przekonany, że postępuje dobrze?

Marta: Tak. Przecież można się mylić.


Paweł: Czyli człowiek może szczerze wierzyć w coś, co jest nieprawdą?

Marta: No tak.


Paweł: A więc sama szczerość nie wystarcza. I samo przekonanie, że postępuję z miłością, nie gwarantuje, że rzeczywiście robię coś dobrego.


Marta: To prawda. Ale nadal uważam, że nie powinniśmy nikomu narzucać naszych zasad.

Paweł: A czy powiedzenie komuś prawdy zawsze oznacza narzucanie mu zasad?


Marta: Nie zawsze. Zależy, jak to robisz.

Paweł: Właśnie. Można mówić prawdę z pogardą, ale można też mówić ją z miłością. Można używać zasad, żeby kontrolować ludzi, ale można też wskazywać im drogę, ponieważ naprawdę zależy nam na ich dobru. Problemem nie musi być sama prawda. Problemem może być sposób, w jaki się nią posługujemy.


Marta: Tylko skąd wiesz, że to właśnie ty masz rację?

Paweł: Nie dlatego, że jestem Pawłem. I nie dlatego, że zawsze dobrze rozumiem Biblię. Nie jestem nieomylny. Wierzę jednak, że istnieje prawda, która nie zależy od moich odczuć, a Bóg może skorygować moje myślenie. Dlatego nie chcę, żeby ostatecznym kryterium był wyłącznie mój własny osąd.


2. „A jeśli dziecko ma swoją prawdę?”

Paweł: Mogę ci opowiedzieć pewną scenę?

Marta: Jasne.

Paweł: Wyobraź sobie, że twoje dziecko buduje zamek z klocków LEGO. Ma instrukcję, ale odkłada ją na bok.

„Mamo, nie będę jej czytał. Każdy ma swoją prawdę. Ja czuję, że ten klocek powinien pasować właśnie tutaj”.

Wciska go na siłę. Konstrukcja się przekrzywia, a potem rozpada.

Co mu powiesz?


Marta: Że chyba źle połączyło elementy. Pokażę mu, jak powinno je połączyć.

Paweł: A jeśli odpowie: „Nie oceniaj mnie! To mój zamek. Moja droga. Moja prawda”?


Marta: Pewnie powiedziałabym, że może budować, jak chce, ale jeśli chce uzyskać konkretny efekt, musi zrozumieć, jak działają klocki.

Paweł: Czyli miłość do dziecka nie wymaga od ciebie potwierdzania, że wszystko zrobiło dobrze.


Marta: Nie. Ale przecież nie chodzi o to, żeby zawsze budować według instrukcji. Można stworzyć coś własnego.

Paweł: Oczywiście. I to jest ważne rozróżnienie. Jeśli tworzymy własny zamek, mamy dużo swobody. Ale jeśli twierdzimy, że zbudowaliśmy konkretny model, nie możemy dowolnie zmieniać zasad i oczekiwać, że efekt będzie taki sam.

Podobnie jest w życiu. Nie każda różnica między ludźmi oznacza błąd. Nie musimy mieć identycznych gustów, osobowości czy planów. Ale jeśli pytamy, co jest prawdą o człowieku, o Bogu; co to jest dobro czy zło, to nie wystarczy powiedzieć, że każdy ma własną wersję.


Marta: Tylko Biblia nie jest instrukcją LEGO. Nie można po prostu otworzyć strony i znaleźć odpowiedzi na każdą sytuację.


Paweł: Zgadzam się. Biblia wymaga interpretacji, mądrości i uwzględnienia kontekstu. Nie chcę udawać, że wszystkie pytania są proste. Ale to, że potrzebujemy mądrości w stosowaniu instrukcji, nie dowodzi, że instrukcja jest bezużyteczna.

Zresztą pomyśl o rodzicu, który widzi, że dziecko chce zrobić coś niebezpiecznego. Czy miłość oznacza, że pozwala mu na wszystko, ponieważ nie chce ograniczać jego wolności?


Marta: Nie. Czasami trzeba powiedzieć „nie”.

Paweł: I czasami dziecko będzie na nas złe, choć właśnie wtedy najbardziej potrzebuje naszej troski. Miłość nie zawsze daje człowiekowi to, czego chce. Szuka jego prawdziwego dobra.


Marta: Ale ludzie dorośli nie są dziećmi.

Paweł: To prawda. Nie chcę cię traktować jak dziecka. Sam też nie chcę, żeby ktoś mnie tak traktował. Chodzi mi o to, że wszyscy możemy się mylić, niezależnie od wieku. Dojrzałość nie polega na tym, że nikt nie może nas poprawić. Polega między innymi na tym, że potrafimy rozważyć możliwość, iż nie mamy racji.


3. „Nie wierzę już w grzech”


Marta: Wiesz, co mnie najbardziej odrzuca? To ciągłe mówienie o grzechu. Ludzie mają w sobie tyle lęku, wstydu i poczucia winy. A potem słyszą, że są grzeszni i potrzebują ratunku. Ja chcę, żeby człowiek wreszcie zobaczył swoją wartość.

Paweł: Nie chciałbym, żebyś straciła wrażliwość na ludzi, którzy byli ranieni religijnym strachem. To naprawdę może zostawić głębokie ślady. Ale zastanawiam się, czy nie odrzucasz czegoś, co być może zostało ci kiedyś przedstawione w niewłaściwy sposób.


Marta: Czyli czego?

Paweł: Biblijnego rozumienia grzechu. Grzech nie oznacza, że człowiek nie ma żadnej wartości. Biblia mówi, że jesteśmy stworzeni na obraz Boga. Ale mówi również, że jesteśmy zdolni do zła, że potrafimy usprawiedliwiać siebie i że potrzebujemy przebaczenia.

Marta, czy nigdy nie zdarzyło ci się zrobić czegoś, o czym wiedziałaś, że zrani drugiego człowieka, a mimo to to zrobiłaś?


Marta: Oczywiście, że mi się zdarzyło. Każdemu się zdarza.

Paweł: A kiedy tak się stało, czego potrzebowałaś? Tylko tego, żeby ktoś powiedział ci, że jesteś wspaniałym człowiekiem? Czy może również tego, żebyś mogła uczciwie przyznać się do winy, otrzymać przebaczenie i naprawić to, co zniszczyłaś?


Marta: Jednego i drugiego. Nie chcę jednak żyć w przekonaniu, że jestem zła.

Paweł: No i wcale nie musisz sprowadzać całej swojej tożsamości do najgorszych rzeczy, które zrobiłaś. Ale czy nie ma różnicy między stwierdzeniem „jestem bezwartościowa” a stwierdzeniem „zrobiłam coś złego i potrzebuję przebaczenia”?


Marta: Jest.

Paweł: Właśnie. Biblia nie mówi nam, że mamy pogardzać sobą. Mówi, że mamy uczciwie stanąć przed Bogiem.

Pomyśl o Izajaszu. Kiedy zobaczył świętość Boga, uświadomił sobie własną nieczystość (Iz 6,1–7). Nie dlatego, że Bóg chciał go upokorzyć. Po prostu w obecności świętego Boga prorok zobaczył coś, czego wcześniej nie widział z taką wyrazistością.


Marta: Ale dlaczego Bóg miałby aż tak przejmować się tym, co robimy? Jeśli naprawdę jest miłością, dlaczego nie może po prostu nas zaakceptować takimi, jacy jesteśmy?

Paweł: Marta, a gdyby ktoś skrzywdził twoje dziecko, powiedziałabyś: „Nie będę oceniać. Każdy ma swoją prawdę. Najważniejsze, żebyśmy wszyscy czuli się zaakceptowani”?

Marta: Oczywiście, że nie! Chciałabym, żeby ktoś zareagował, żeby moje dziecko było bezpieczne.

Paweł: Właśnie. Dlaczego? Bo je kochasz. Nie jest ci obojętne, co je spotyka. Nie nazwiesz krzywdy dobrem tylko po to, żeby nikogo nie urazić. Nie pomylisz miłości z przyzwoleniem na zło.

A jeśli tak rozumiemy miłość wobec własnego dziecka, dlaczego mielibyśmy oczekiwać, że Bóg, który jest źródłem wszelkiej dobroci, będzie obojętny wobec zła, które niszczy Jego stworzenie?

Pomyśl o tym: Bóg nie przestaje być miłością, kiedy sprzeciwia się złu. Właśnie dlatego, że jest miłością, nie może być wobec niego obojętny.

I tu dochodzimy do świętości Boga. Świętość nie oznacza, że Bóg wymyślił sobie listę zakazów i oczekuje, że będziemy ich przestrzegać pod groźbą kary. Oznacza, że Bóg jest doskonale dobry, czysty i sprawiedliwy. Nie ma w Nim fałszu, egoizmu ani zła. Nie musi dostosowywać swoich ocen do naszych zmiennych przekonań, ponieważ Jego dobroć nie zmienia się wraz z naszymi nastrojami.

Marta: Ale w takim razie Bóg ciągle nas ocenia. Ciągle sprawdza, czy jesteśmy wystarczająco dobrzy.

Paweł: Nie chodzi o to, że Bóg szuka pretekstu, żeby nas potępić. Chodzi o to, że nie możemy zrozumieć Jego miłości, jeśli udajemy, że zło nie istnieje.

Wyobraź sobie lekarza, który odkrywa w organizmie pacjenta śmiertelną chorobę. Czy z miłości do pacjenta powinien przemilczeć diagnozę, żeby go nie przestraszyć? Czy może powiedzieć: „Wszystko jest w porządku. Nie ma żadnej choroby. Nie chcę cię oceniać”?

Przecież to byłoby okrucieństwo ukryte pod pozorem życzliwości.

Dobry lekarz nie stwierdza choroby dlatego, że nienawidzi pacjenta. Stwierdza ją, ponieważ chce mu pomóc. Ale nawet najlepszy lekarz nie może samym zapewnieniem o miłości usunąć choroby. Potrzebne jest skuteczne leczenie.

Marta: Czyli uważasz, że grzech jest taką chorobą?

Paweł: To coś więcej niż choroba, bo grzech wiąże się również z naszą winą i odpowiedzialnością przed Bogiem. Ale ta analogia pomaga zrozumieć, dlaczego samo zapewnienie o akceptacji nie wystarczy.

Biblia mówi, że nasz problem nie polega wyłącznie na tym, że czasem popełniamy błędy. Problem sięga głębiej: chcemy sami decydować, co jest dobre, często usprawiedliwiamy siebie, a czasem świadomie wybieramy to, co krzywdzi innych i sprzeciwia się Bogu.

I teraz najważniejsze: gdyby Bóg po prostu powiedział, że grzech nie ma znaczenia, nie rozwiązałby naszego problemu. Jedynie ogłosiłby, że nie chce się nim zajmować.

Marta: Ale to nadal brzmi tak, jakby Bóg przede wszystkim chciał nas rozliczać.

Paweł: Rozumiem, dlaczego możesz tak myśleć. Ale spójrz, dokąd prowadzi Biblia. Nie zatrzymuje nas przed świętym Bogiem po to, żeby pozostawić nas w rozpaczy. Pokazuje nam nasz grzech po to, żebyśmy zrozumieli, jak bardzo potrzebujemy Zbawiciela.

Marta, krzyż jest odpowiedzią Boga na problem, którego nie da się rozwiązać samą akceptacją.

Gdyby grzech był nieistotny, po co Jezus miałby umierać? Gdyby Bóg mógł po prostu uznać zło za dobro, po co byłoby odkupienie? A gdyby Bóg nie kochał grzeszników, dlaczego miałby posłać swojego Syna, żeby za nich umarł?

Na krzyżu widzimy jednocześnie dwie rzeczy: Bóg nie bagatelizuje grzechu i nie porzuca grzesznika. Chrystus nie przyszedł powiedzieć nam, że nigdy nie popełniliśmy błędu. Przyszedł, aby wziąć na siebie ciężar naszego grzechu i pojednać nas z Bogiem.

Dlatego nie muszę wybierać między świętością Boga a Jego miłością. Nie muszę udawać, że zło nie istnieje, żeby uwierzyć, że Bóg mnie kocha.

Mogę stanąć przed Nim w prawdzie — ze swoją winą, słabością i potrzebą przebaczenia — ponieważ wiem, że w Jezusie Chrystusie Bóg otworzył drogę pojednania.

Bo Ewangelia nie mówi: „Nie ma żadnego problemu, jesteś doskonały taki, jaki jesteś”. Mówi: „Problem jest poważny, ale Boża łaska jest większa. Nie musisz ukrywać swojej winy ani sam siebie zbawiać. Przyjdź do Chrystusa”.



4. „Jeśli Bóg jest miłością, dlaczego potrzebowaliśmy krzyża?”


Marta: Dla mnie Jezus jest przede wszystkim przykładem miłości. Pokazał nam, jak żyć, jak nie wykluczać ludzi, jak patrzeć na innych z sercem.

Paweł: Ja też widzę w Nim doskonały przykład miłości. Ale mam wrażenie, że jeśli zatrzymamy się tylko na tym, nie usłyszymy całego przesłania Jezusa.

Marta: Co masz na myśli?

Paweł: Jezus nie przyszedł wyłącznie po to, by pokazać nam, jak być lepszymi ludźmi. Powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (J 14:6). Nie powiedział: „Odkryłem w sobie drogę do Boga, a wy odkryjcie własne drogi”. Mówił, że przychodzimy do Ojca przez Niego.

A apostołowie wyjaśniali, że Chrystus umarł za nasze grzechy i pojednał nas z Bogiem.

Jeśli problemem człowieka jest wyłącznie brak wiedzy o własnej wartości, Jezus mógłby być tylko nauczycielem, który pomaga nam odkryć siebie.

Ale jeśli problemem jest również nasza wina wobec świętego Boga, potrzebujemy kogoś, kto dokona naszego pojednania ze swiętym Bogiem.


Marta: Nadal nie rozumiem, dlaczego Bóg nie mógł po prostu przebaczyć.

Paweł: Ok. Spróbujmy inaczej. Wyobraź sobie, że ktoś skrzywdził twoje dziecko. Potem przychodzi i mówi: „Przepraszam”. Czy przebaczenie oznacza, że krzywda była nieważna?


Marta: Nie. Ale można przebaczyć.

Paweł: Oczywiście. Ale przebaczenie nie sprawia, że to, co się wydarzyło, nagle staje się dobrem. Ktoś musi zmierzyć się z rzeczywistością krzywdy, a odbudowanie zaufania może wymagać czasu i zmiany zachowania.

Krzyż pokazuje nam, że Bóg nie udaje, iż zło nie istnieje. I jednocześnie nie pozostawia grzesznika bez nadziei.

Paweł, znaczy ja — Paweł uśmiechnął się — czyli apostoł Paweł, napisał, że Bóg okazuje swoją miłość przez to, że Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami (Rz 5:8).

To jest dla mnie niesamowite. Bóg nie czekał, aż sami się naprawimy. Nie powiedział: „Najpierw udowodnijcie, że jesteście godni mojej miłości”. Sam przyszedł nas ratować.


Marta: Czyli uważasz, że bez krzyża nie byłoby przebaczenia?

Paweł: Właśnie tak przedstawia to Nowy Testament. Krzyż nie jest ani wypadkiem w historii, ani dodatkiem do Ewangelii, nie jest też tylko symbolem poświęcenia. Jest centrum Bożego dzieła pojednania.

I dlatego nie chcę wybierać między Bożą miłością a Jego świętością. Gdy patrzę na krzyż, widzę, jak śmiertelnie poważny jest grzech i jak niebotycznie wielka jest Boża łaskawa miłość w Chrystusie.


Marta: A jeśli ktoś nie wierzy w grzech, ale stara się po prostu kochać ludzi?

Paweł: Nie będę twierdził i doszukiwał się dowodu, że taka osoba nie potrafi kochać. Oczywiście, że potrafi. Nie chodzi mi o to, żeby odbierać ludziom spoza Kościoła zdolność do czynienia dobra.

Pytanie jest inne: czy nasza zdolność do kochania wystarcza, żeby rozwiązać problem naszej winy wobec Boga? Czy wystarczy, że będziemy się starać, skoro sami nieraz krzywdzimy tych, których kochamy?

Chrześcijaństwo nie mówi: „Bądź wystarczająco dobry, a może Bóg cię zaakceptuje”. Mówi: „Chrystus przyszedł zbawić grzeszników. Przyjdź do Niego”.


5. „Ale Biblia też może się mylić”


Marta: Tylko że ja nie potrafię już traktować Biblii jako nieomylnego Słowa Bożego. Pisali ją ludzie. Były różne przekłady, różne interpretacje. Dlaczego mam przyjmować, że to właśnie ta księga mówi mi, jak żyć?

Paweł: To uczciwe pytanie. Nie oczekuję, że przestaniesz je zadawać. Sam uważam, że musimy badać teksty, rozumieć kontekst i odróżniać to, co Biblia rzeczywiście mówi, od tego, co my do niej dopowiadamy.

Ale mam do ciebie pytanie: czy fakt, że tekst przekazali ludzie, dowodzi, że jego treść jest błędna?


Marta: Nie dowodzi. Ale przecież ludzie mogą się mylić.

Paweł: Zgadzam się. Pytanie brzmi, czy Bóg może posłużyć się ludzkimi autorami, aby przekazać prawdę. Biblia twierdzi, że Pismo jest natchnione przez Boga (2 Tm 3:16). Możemy badać, czy istnieją dobre podstawy, by temu wierzyć.

Nie chcę też udawać, że każda trudność tekstowa ma natychmiastowe rozwiązanie. Ale czym innym jest przyznać, że mamy pytania, a czym innym z góry uznać, że Biblia nie może mieć autorytetu ponad nami.


Marta: Tylko ja nie chcę już przyjmować czegoś dlatego, że ktoś powiedział mi, że muszę w to wierzyć.

Paweł: Ja też nie chcę, żebyś wierzyła bezmyślnie. Ale pozwól, że zapytam: czy jesteś gotowa, żeby również twoje obecne przekonania zostały poddane krytycznej ocenie?

Marta: Oczywiście.

Paweł: Co mogłoby cię przekonać, że twoje rozumienie Jezusa jest błędne?

Marta: Musiałabym to przemyśleć.

Paweł: To już dobry początek. Nie oczekuję, że zgodzisz się ze mną od razu. Chciałbym tylko, żebyśmy oboje byli gotowi słuchać argumentów, zamiast z góry odrzucać wszystko, co nie pasuje do naszych przekonań.

Bo jeśli moje serce jest ostatecznym autorytetem, to kto ma prawo powiedzieć mi, że się mylę? Jeśli twoje serce jest ostatecznym autorytetem, kto ma prawo skorygować ciebie?

Marta: Może właśnie dlatego powinniśmy bardziej ufać miłości niż zasadom.

Paweł: A ja myślę, że potrzebujemy miłości, która nie jest ślepa, i prawdy, która nie jest okrutna.


6. „Nie chcę wracać do religijnego strachu”

Marta: Wiesz, czego najbardziej się boję? Że jeśli znów zacznę myśleć o grzechu i sądzie, wrócę do tego samego lęku, od którego próbowałam się uwolnić.

Paweł: Dziękuję, że mi to mówisz. Nie chciałbym, żeby wróciły twoje dawne lęki. I nie chcę lekceważyć tego, co przeżyłaś.

Ale czy możemy rozważyć, że istnieje różnica między religijną manipulacją a prawdą o Bogu?

Marta: Nie wiem.

Paweł: Kiedy ktoś używa Biblii, żeby kontrolować innych, zastraszać ich lub wzbudzać w nich zależność od siebie, robi coś bardzo poważnego. Nie chcę tego usprawiedliwiać.

Ale jeśli ktoś źle używa instrukcji, nie wynika z tego, że każdy projekt jest niemożliwy. Jeśli ktoś wykorzystuje słowo „miłość”, żeby manipulować, nie oznacza to, że miłość jest zła.

Podobnie nie chcę, żebyś musiała wybierać między życiem w strachu a odrzuceniem wszystkiego, co Biblia mówi o grzechu.

Jest trzecia droga: możemy uczciwie przyjrzeć się temu, kim jest Bóg, co mówi o człowieku i co zrobił dla nas w Chrystusie.


Marta: A jeśli okaże się, że naprawdę jestem grzeszna?

Paweł: Marta, ja również jestem grzesznikiem. Nie stoję po jednej stronie, a ty po drugiej. Nie przychodzę do ciebie jako człowiek, który sam się naprawił i teraz ocenia innych.

Potrzebuję tej samej łaski, o której ci mówię.

I wiesz, co jest dla mnie najważniejsze? To, że Jezus nie mówi grzesznikom: „Najpierw stańcie się doskonali, a potem możecie do mnie przyjść”. On zaprasza utrudzonych, przebacza, przywraca i przemienia.

Jego łaska nie oznacza, że grzech jest nieważny. Oznacza, że grzech nie musi mieć ostatniego słowa nad człowiekiem, który przychodzi do Chrystusa.


Marta: Czyli według ciebie prawdziwa wolność nie polega na tym, że mogę sama zdecydować, co jest dobre?

Paweł: Myślę, że wolność jest czymś więcej niż prawem do samodzielnego definiowania dobra i zła.

Jeśli budujesz zamek z klocków, wolność nie polega na tym, że możesz sprawić, by każdy element pasował do każdego innego. Polega również na tym, że poznajesz, jak działa konstrukcja, i dzięki temu możesz zbudować coś trwałego.

A w życiu? Wolność nie polega na tym, że nigdy nie słyszę słowa „nie”. Polega również na tym, że nie jestem już niewolnikiem własnej pychy, lęku, egoizmu czy potrzeby usprawiedliwiania siebie.

Jezus powiedział: „Poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi” (J 8:32). Nie obiecał wolności od wszelkiej korekty. Obiecał wolność, która przychodzi przez poznanie prawdy.


Marta: Muszę to przemyśleć.

Paweł: Oczywiście. Nie musisz teraz odpowiadać.

Chciałbym tylko, żebyś pamiętała o jednej rzeczy. Nie wierzę, że Bóg jest przeciwko tobie dlatego, że zadajesz pytania. Wierzę, że warto szukać Go uczciwie, bez udawania i bez strachu przed trudnymi tematami.


Nie chcę, żebyś przyjęła moje zdanie tylko dlatego, że się znamy. Chciałbym, żebyśmy razem przyjrzeli się Jezusowi — temu, co rzeczywiście powiedział, kim twierdził, że jest, dlaczego umarł i co oznacza Jego zmartwychwstanie.


Bo może się okazać, że Jezus jest kimś znacznie większym niż symbolem miłości, który możemy dowolnie interpretować.

Może jest Panem, który zna nas lepiej, niż my znamy siebie, i który kocha nas na tyle, by nie pozostawić nas w błędzie.


I to jest dla mnie dobra wiadomość: nie muszę sam odkryć w sobie drogi do Boga. Bóg sam przyszedł do nas w Chrystusie...


Brak komentarzy: