piątek, 2 października 2026

Guillaume Bignon - chrześcijaństwo to coś, z czego człowiek powinien wyrosnąć

 


Francuz, który chciał obalić chrześcijaństwo

Guillaume Bignon (cz:gijom bińją) mieszkał pod Paryżem. Był człowiekiem, którego trudno było nazwać naiwnym czy niewykształconym.

Studiował matematykę, fizykę i inżynierię. Pracował jako informatyk. Grał w siatkówkę na wysokim poziomie, występował w zespole rockowym. Był człowiekiem współczesnym, wykształconym i przekonanym, że świat da się wyjaśnić bez Boga.

I właśnie dlatego uważał chrześcijaństwo za coś, z czego człowiek powinien wyrosnąć.

Bóg? Religia? Biblia?

Jego zdaniem były to pozostałości dawnego świata, potrzebne ludziom, którzy nie potrafili jeszcze wyjaśnić rzeczywistości za pomocą nauki.

Guillaume był ateistą. I nie miał szczególnej potrzeby zmieniania tego przekonania.

Aż pewnego dnia podczas wakacji na Karaibach poznał Amerykankę.

Zaczęli się spotykać.

Relacja rozwijała się, ale szybko pojawił się problem. Dziewczyna była chrześcijanką i poważnie traktowała swoje przekonania. Uważała, że współżycie seksualne należy do małżeństwa.

Dla Guillaume'a było to niezrozumiałe.

Nie chciał przyjąć jej zasad. Ale zamiast po prostu zakończyć znajomość, postanowił zrobić coś, co z perspektywy czasu okazało się niezwykłe.

Pomyślał mniej więcej tak:

„Jeżeli chrześcijaństwo jest fałszywe, udowodnię jej to.”

I tak ateista postanowił rozpocząć śledztwo przeciwko chrześcijaństwu. Tyle że bardzo szybko odkrył pierwszy problem. Tak naprawdę nigdy wcześniej nie przeprowadził poważnego dochodzenia przeciwko chrześcijaństwu. Po prostu był ateistą.

Dorastał w kulturze, w której wiara w Boga wydawała się czymś przestarzałym. Przyjął określony sposób patrzenia na świat, podobnie jak większość ludzi przyjmuje język, którym mówi się w domu.

Nagle jednak uświadomił sobie:

„Jeżeli chcę obalić chrześcijaństwo, powinienem najpierw sprawdzić, w co chrześcijanie naprawdę wierzą.”

I otworzył Biblię. Nie zrobił tego z modlitwą, ani z pokorą. Nie zrobił tego dlatego, że pragnął spotkać Boga. Otworzył ją jak człowiek, który chce znaleźć dowody przeciwko przeciwnikowi.

Ale Biblia zaczęła robić z nim coś, czego się nie spodziewał. Szczególnie zainteresowała go osoba Jezusa. 

Kim właściwie był Jezus? 

Czy naprawdę żył? 

Co naprawdę mówiły o Nim najstarsze źródła? 

Czy Ewangelie można traktować jako wiarygodne świadectwa?

Czy chrześcijaństwo rzeczywiście jest w konflikcie z nauką?

Czy można racjonalnie wierzyć w Boga?

Guillaume zaczął szukać odpowiedzi. Pewnego dnia wydarzyło się coś pozornie banalnego.

Miał problem z barkiem, który na jakiś czas uniemożliwił mu grę w siatkówkę w niedzielę. W rezultacie znalazł się w sytuacji, w której mógł odwiedzić kościół.

Poszedł do ewangelicznego zboru w Paryżu. Ale nie wszedł tam jak człowiek poszukujący zbawienia. Wszedł jak obserwator. Jak ktoś, kto chce przyjrzeć się dziwnemu plemieniu od środka.

Sam później opisywał swoje nastawienie w bardzo obrazowy sposób — niemal jak wizytę w zoo, gdzie można obserwować niezwykłe stworzenia.

Plan był prosty: wejść, popatrzeć, wyjść.

Nie chciał z nikim rozmawiać. Ale kiedy znalazł się przy drzwiach, coś się zmieniło. Zamiast wyjść, odwrócił się  i podszedł do pastora. Zaczął zadawać pytania. A pastor nie wyśmiał go.

Nie odpowiedział: „Jak możesz być tak głupi?” Nie próbował go zawstydzić. Po prostu rozmawiał z nim. Przez kolejne tygodnie Guillaume wracał ze swoimi pytaniami. A miał ich bardzo dużo. Pytał o wiarygodność Ewangelii. Pytał o cuda. Pytał o relację między nauką a wiarą. Pytał, czy istnienie Boga można racjonalnie uzasadnić. Pytał, dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie. Pytał, czy chrześcijaństwo nie jest po prostu psychologiczną potrzebą człowieka.

Czytał. Sprawdzał. Porównywał argumenty. I krok po kroku zaczęło się rozpadać jego przekonanie, że chrześcijaństwo jest intelektualnie niepoważne.

Ale wydarzyło się coś jeszcze ważniejszego. Guillaume zaczął dostrzegać, że problem nie dotyczy wyłącznie pytania: „Czy Bóg istnieje?”

Zaczynał dotyczyć pytania: „A jeśli Bóg istnieje — co to oznacza dla mnie?”

To jest zupełnie inne pytanie. Można bowiem dyskutować o Bogu jak o problemie filozoficznym. Można analizować argumenty. Można dyskutować o kosmologii, początku wszechświata, moralności, historii i wiarygodności dokumentów.

Ale Biblia robi coś więcej. Ona nie pozwala człowiekowi pozostać wyłącznie obserwatorem. W pewnym momencie człowiek przestaje pytać: „Czy chrześcijaństwo jest prawdziwe?”..

i zaczyna słyszeć pytanie: „Co zrobisz z tymi faktami, jeśli rzeczywiście są prawdziwe?”

W czasie swoich poszukiwań został skonfrontowany z własnym grzechem i poczuciem winy związanym z poważnym złem, którego się dopuścił.

Nagle krzyż Chrystusa przestał być dla niego ciekawym elementem chrześcijańskiej doktryny.

Nie był już tematem do akademickiej dyskusji.

Stał się odpowiedzią na jego własny problem.

Bo jeśli Bóg jest święty, to grzech nie jest błahostką.

Jeżeli istnieje moralny Bóg, człowiek nie jest tylko biologicznym organizmem, który czasami robi rzeczy społecznie niepożądane.

Jest grzesznikiem stojącym przed swoim Stwórcą.

I wtedy Guillaume zaczął rozumieć coś, czego wcześniej nie rozumiał.

Chrześcijaństwo nie mówi:

„Stań się lepszym człowiekiem, a Bóg cię zaakceptuje.”

Mówi coś znacznie bardziej radykalnego:

„Nie jesteś w stanie sam naprawić swojej winy. Potrzebujesz Zbawiciela.”

I wtedy krzyż nabrał dla niego nowego znaczenia.

Jezus nie przyszedł jedynie nauczyć ludzi moralności.

Nie przyszedł jedynie pokazać przykład miłości.

Nie umarł jedynie jako ofiara politycznej niesprawiedliwości.

Chrystus umarł za grzeszników.

Za ludzi winnych.

Za ludzi, którzy nie potrafią sami siebie oczyścić.

Za ludzi takich jak Guillaume.

Człowiek, który otworzył Biblię, żeby znaleźć argument przeciwko Bogu, został skonfrontowany nie tylko z pytaniem o istnienie Boga, ale z własnym sercem.

I uwierzył w Chrystusa.

Nie dlatego, że rozwiązał każdą filozoficzną zagadkę świata.

Nie dlatego, że otrzymał odpowiedź na każde możliwe pytanie.

Ale dlatego, że doszedł do przekonania, że Ewangelia jest prawdziwa — i że jego własnym problemem nie jest tylko brak informacji o Bogu, lecz jego grzech i potrzeba przebaczenia.

Później jego droga zaprowadziła go znacznie dalej.

Człowiek, który wcześniej uważał chrześcijaństwo za intelektualnie głupie, zaczął studiować Nowy Testament i filozofię.

Zdobył tytuł magistra w dziedzinie studiów nad Nowym Testamentem, a następnie doktorat z filozofii teologicznej.

Został chrześcijańskim filozofem i apologetą.

Ale chyba najbardziej niezwykłe w tej historii nie jest to, że ateista został apologetą.

Najbardziej niezwykłe jest to, dlaczego w ogóle otworzył Biblię.

Chciał znaleźć w niej argument przeciwko Bogu.

A znalazł coś zupełnie innego.

Znalazł Chrystusa.

I tutaj jego historia przypomina nam o pewnej niezwykle ważnej prawdzie biblijnej.

Czasami człowiek myśli, że to on prowadzi poszukiwania Boga.

„Ja badam.”

„Ja sprawdzam.”

„Ja stawiam pytania.”

„Ja zdecyduję, czy uwierzę.”

Ale Ewangelia odwraca tę perspektywę.

Jezus mówi:

„Nie wy mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem.”
J 15,16

A Paweł przypomina chrześcijanom:

„Nie ma rozumnego, nie ma, kto by szukał Boga.”
Rz 3,11

To nie znaczy, że ludzie nigdy nie szukają odpowiedzi. Oczywiście, że szukają. Guillaume jest tego dobrym przykładem.

Ale Biblia mówi, że pod powierzchnią naszego poszukiwania Boga kryje się coś głębszego: to Bóg jest pierwszym Poszukującym.

Zanim człowiek zawoła do Boga, Bóg działa w jego sercu.

Zanim człowiek zacznie szukać Chrystusa, Chrystus szuka zgubionych.

Zanim syn marnotrawny wróci do domu, ojciec wygląda na drogę.

I dlatego historia Guillaume'a Bignona nie jest przede wszystkim historią człowieka, który dzięki swojej inteligencji znalazł Boga.

To historia łaski.

Człowiek wszedł do kościoła, żeby obserwować chrześcijan.

A sam został obserwowany przez Boga.

Przyszedł, żeby przesłuchiwać chrześcijaństwo.

A sam został postawiony przed pytaniami Ewangelii.

Chciał udowodnić, że Chrystus nie jest prawdziwy.

A Chrystus pokazał mu prawdę o nim samym.

I być może właśnie dlatego najważniejsze zdanie tej historii brzmi nie:

„Ateista znalazł Boga.”

Ale:

„Bóg znalazł ateistę.”

Bo Ewangelia nie jest historią człowieka, który wspina się do Boga.

Jest historią Boga, który zstępuje do człowieka.

Nie po to, żeby powiedzieć:

„Popraw się, a wtedy cię przyjmę.”

Ale:

„Przyjdź do mnie.”

Chrystus przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.

I dlatego pytanie, które historia Guillaume'a zostawia nam dzisiaj, nie brzmi:

„Czy potrafię odpowiedzieć na każde pytanie ateisty?”

To ważne pytanie.

Ale jest jeszcze ważniejsze:

„Co robię z Chrystusem, kiedy już usłyszę prawdę o Nim?”

Bo można znać argumenty i nie znać Chrystusa.

Można przeczytać setki książek o Bogu i nadal uciekać przed Bogiem.

Można zadawać bardzo inteligentne pytania, a jednocześnie nie chcieć odpowiedzi, która będzie wymagała pokuty.

Guillaume rozpoczął swoją drogę od próby obalenia chrześcijaństwa.

Ale skończył ją u stóp krzyża.

I tam odkrył, że największym problemem człowieka nie jest brak dowodów na istnienie Boga. Największym problemem jest grzech — i właśnie na ten problem Bóg przygotował odpowiedź w Jezusie Chrystusie.


Brak komentarzy: