wtorek, 13 października 2026

Jezus, którego odkryliśmy — i Jezus, który naprawdę przyszedł

 Jezus, którego odkryliśmy — i Jezus, który naprawdę przyszedł

Było późne popołudnie. W kawiarni przy oknie siedziało dwoje ludzi. Nasi znajomi Marta i Paweł. Za szybą przesuwały się samochody, ludzie wracali z pracy, ktoś prowadził psa, para nastolatków śmiała się przy przejściu dla pieszych.

Marta mieszała kawę, choć dawno przestała pić.

— Wiesz, co mnie najbardziej uderza? — powiedziała w końcu. — Że wy, chrześcijanie, jesteście tak bardzo przywiązani do Biblii.

Paweł uśmiechnął się lekko.

— A to źle?

— Nie wiem. Może tak. Może po prostu nie rozumiecie, czym była Biblia.

— O, ciekawe... to znaczy?

Marta odłożyła łyżeczkę.

— Za Biblią stoją ludzie. Omylni ludzie. Przez wieki ją przepisywali, tłumaczyli, interpretowali. Powstały różne kanony, różne przekłady, różne interpretacje. A ty mówisz mi: „Biblia mówi”. Skąd wiesz, co naprawdę mówi?

Paweł przez chwilę milczał.

— To świetne pytanie.

Marta uniosła brwi.

— Hmm... Naprawdę?

— Tak. Tylko mam wrażenie, że pod tym pytaniem kryje się kilka innych.

— Mianowicie?

— „Czy znasz całą historię Biblii?”. „Czy znasz hebrajski i grecki?”. „Czy znasz wszystkie rękopisy?”. „Czy znasz historię powstawania kanonu?”. „Czy znasz wszystkie spory interpretacyjne?”.

— Dokładnie... wyjąłeś mi to z ust...

— I zakładasz, że jeśli odpowiem „nie”, to Biblia przestaje być wiarygodna.

— A nie?

Paweł pokręcił głową.

— Oczywiście, że nie. To byłby dziwny standard poznania. Nie muszę wiedzieć wszystkiego o historii medycyny, żeby wiedzieć, że konkretna diagnoza może być prawdziwa. Nie muszę znać łaciny, żeby wiedzieć, że Cezar istniał. Nie muszę być ekspertem od archeologii, żeby przyjąć świadectwo historyczne.

— Ale Biblia jest czymś więcej niż zwykłą książką historyczną. Jej twierdzenia są bardzo kategoryczne i wymagające.. czyż nie?

— No właśnie...

Marta spojrzała przez okno.

— Więc co jest twoim zdaniem najważniejsze?

Paweł odpowiedział spokojnie:

— Jezus.

— Jezus?

— Tak. Ostatecznie pytanie o Biblię prowadzi do pytania o Chrystusa.

Marta uśmiechnęła się.

— Czyli jednak.. Jezus zamiast Biblii?

— Nie, nie... Właśnie odwrotnie. Jezus i Pismo nie są tutaj konkurentami. Jeśli Jezus jest tym, za kogo się podawał, to musimy się dowiedzieć, co mówił o Pismach i komu powierzył przekazanie swojej nauki.

Marta oparła się o krzesło.

— No dobrze. Niby tak... Ale ja mam zupełnie inne spojrzenie na Jezusa.

— Jakie?

— Myślę, że Jezus przyszedł ludzi.. oświecić.

— Co przez to rozumiesz?

— Pokazać im inny sposób życia. Wyprowadzić ich z religijnego lęku. Pokazać miłość. Przebaczenie. Wolność. Pokazać, że człowiek może wejść na wyższy poziom duchowości.

Paweł przyjrzał się jej uważnie.

— A skąd wiesz, że właśnie po to przyszedł?

Marta wzruszyła ramionami.

— Z jego nauczania.

— Którego dokładnie..?

— Z Ewangelii.

— Czyli jednak wracamy do tekstu.

Marta zaśmiała się.

— Ok.. złapałeś mnie.

— Nie chcę cię łapać. Chcę tylko zauważyć coś ważnego. Mówisz: „Wiem, jaki był prawdziwy Jezus”. Ale żeby to stwierdzić, musimy wrócić do świadectw o Jezusie.

— Ale właśnie te świadectwa są takie.. ludzkie, czyli omylne.

— Oczywiście, że ludzkie.. a jakie mają być?

— Więc problem omylności pozostaje...? - powiedziała z lekkim zadowoleniem.

— Tylko jeśli założymy, że człowiek omylny nie może przekazać prawdy.

Marta zamyśliła się, lekko uśmiechnęła do siebie i powiedziała z przekąsem.

— A może.. nie może? 

Paweł zastanawiał się przez chwilę a następnie wskazał na jej filiżankę.

— Powiedzmy, że kelner przynosi ci kawę i mówi: „To jest kawa bez mleka”.

— No i?

— Skoro kelner jest omylnym człowiekiem, to czy dlatego musisz założyć, że w filiżance jest mleko?

— No..nie, to absurdalne...

— Dlaczego?

— Bo mogę to sprawdzić.

— Właśnie. Omylny świadek nie oznacza automatycznie fałszywego świadectwa.

Marta skinęła głową.

— Dobrze. Ale autorzy Biblii byli nie tylko omylni. Byli też zależni od własnej kultury, języka, polityki, sposobu myślenia.

— Oczywiście.. i co z tego?

— No więc skąd wiemy, że naprawdę przekazali to, co Bóg chciał powiedzieć?

Paweł pochylił się nad stolikiem.

— A!... To jest już właściwe pytanie.

Zapadła chwila ciszy po czym Paweł kontynuował…

— Biblia sama odpowiada, że natchnienie nie oznaczało zamiany człowieka w maszynę. Łukasz we wstępie do Dziejów.. mówi, że dokładnie badał wydarzenia. Król Dawid pisał jako Dawid. Apostoł Piotr jako Piotr. Paweł jako Paweł. Każdy miał własny styl, temperament, historię...

— Czyli.. Bóg nie wyłączył ich osobowości?

— Jak widzisz.. nie.

— To trochę dziwne...

— Raczej piękne. Bóg nie musiał pozbawić człowieka jego osobowości, żeby przez niego przemówić.

Marta milczała.

Paweł otworzył Biblię.

— Posłuchaj słów Piotra: „Albowiem proroctwo nigdy nie przychodziło z woli ludzkiej, lecz wypowiadali je ludzie Boży, natchnieni Duchem Świętym”.

— Znam ten tekst.

— A drugi: „Całe Pismo jest natchnione przez Boga”.

— Też znam...

— Ale zauważasz, że Biblia nie skupia się i nie sugeruje jakoby autorzy tych słów byli doskonali.. ok? Mówi coś innego. Mówi, że źródłem ostatecznym Pisma jest Bóg.

Marta popatrzyła na niego uważnie.

— Tylko że ktoś może powiedzieć: „To właśnie sobie wymyśliliście”.

— Może.

— I co wtedy?

— Wtedy musimy przejść do Chrystusa.

Marta westchnęła.

— Znowu Jezus.

— Oj tak! Znowu Jezus.




„A może Jezus chciał nas tylko oświecić?”

Marta wzięła łyk kawy.

— Dobrze. Załóżmy, że skupimy się na Jezusie. Ja naprawdę uważam, że Jezus był przede wszystkim nauczycielem duchowym.

— Co to znaczy „duchowym”?

— Nauczył ludzi patrzeć inaczej na rzeczywistość. Pokazał, że miłość jest ważniejsza od religijnych zasad. Że trzeba przebaczać. Że nie należy żyć w lęku. Że trzeba odnaleźć światło.

Paweł skinął głową.

— Brzmi pięknie.

— Ale?

— Ale to jeszcze nie jest Jezus z Ewangelii.

— Dlaczego?

Paweł otworzył Ewangelię Jana.

— Jezus mówi: „Jeśli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w swoich grzechach”.

Marta skrzywiła się.

— To bardzo mocne.

— Właśnie. Czy to brzmi jak nauczyciel, który mówi: „Odkryjcie w sobie lepszy stan świadomości”?

— Nie.

— Jezus mówi o grzechu. O sądzie. O śmierci. O zbawieniu.

— Ale mówi też o miłości.

— Oczywiście. Tylko że miłość Jezusa nie polega na powiedzeniu człowiekowi: „Wszystko z tobą w porządku”.

Marta spuściła wzrok.

— Co masz na myśli?

— Jezus kochał ludzi zbyt mocno, żeby kłamać im o ich stanie.

Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało.

— Pomyśl o człowieku, który ma ciężką chorobę — ciągnął Paweł. — Lekarz może powiedzieć: „Nie chcę cię straszyć. Ciesz się życiem. Wszystko będzie dobrze”.

— To nie byłaby miłość.

— Właśnie. Miłość czasami mówi rzeczy, których człowiek nie chce słyszeć.

Marta pokiwała głową.

— Jezus nie tylko pocieszał. On również ostrzegał.

— Tak. I to bardzo poważnie.

— O piekle.

— O sądzie. O odpowiedzialności. O grzechu.

— To nie pasuje do współczesnego obrazu Jezusa.

— Ale pytanie brzmi: czy chcemy biblijnego Jezusa, czy obraz Jezusa, który jest dla nas wygodny?

Marta spojrzała na niego gwałtownie.

— To brzmi oskarżycielsko.

— Nie chciałem oskarżać ciebie. Mówię o sobie. Każdy z nas ma pokusę stworzenia sobie Boga, którego łatwiej kochać.




Jezus jako światło

Marta przez chwilę obracała filiżankę w dłoniach.

— Właśnie dlatego podoba mi się określenie „światło”. Jezus przynosi światło.

— Tak.

— Oświeca człowieka — kontynuowała Marta.

— Tak.

— Więc może chodzi właśnie o to, żeby człowiek odkrył światło w sobie?

Paweł pokręcił głową.

— Spójrz, co mówi Jezus.

Otworzył Jana 8.

— „Ja jestem światłością świata” — powiedział Paweł z naciskiem na „jestem”.

Marta milczała.

— Nie mówi: „Pomogę wam znaleźć światło w was samych”. Nie mówi: „Wszyscy macie w sobie boskie światło, a ja pomogę wam je odkryć”.

— Tylko co?

— „Ja jestem światłością świata.”

Marta spojrzała na tekst.

— To rzeczywiście brzmi inaczej.

— Bardzo inaczej. Jezus nie przedstawia siebie jako przewodnika do czegoś większego od siebie. On przedstawia siebie jako cel.

— Czyli nie: „Idźcie za światłem”.

— Tylko: „Przyjdźcie do Mnie”.

Marta przez chwilę patrzyła w milczeniu.

— To zmienia wszystko.

— Tak.




„A może apostołowie źle Go zrozumieli?”

Marta nie odpuszczała.

— Ale przecież apostołowie też mogli Go źle zrozumieć.

— Mogli.

— Nawet bardzo źle.

— Ba, wielokrotnie źle Go rozumieli.

Marta uśmiechnęła się.

— No właśnie.

— Paweł nie rozumiał drogi krzyża. Uczniowie spierali się, kto będzie największy. Nie rozumieli wielu Jego słów. Po śmierci Jezusa byli przestraszeni.

— Więc skąd pewność, że później wszystko zrozumieli dobrze?

Paweł odpowiedział:

— Nie uzyskujemy takiej pewności dlatego, że byli genialni. Mamy ją dlatego, że Jezus obiecał im pomoc Ducha Świętego.

— Masz na myśli Jana 14?

— Tak. Jezus powiedział: „Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w imieniu moim, nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem”.

Marta zmarszczyła brwi.

— „Przypomni”.

— Właśnie.

— Czyli według Jezusa uczniowie mieli być świadkami tego, co powiedział.

— Tak.

— A nie późniejszymi twórcami nowej religii?

— Dokładnie.

Paweł zamknął Biblię.

— To bardzo ważne. Jeśli Jezus jest naprawdę Synem Bożym, to pytanie nie brzmi: „Czy apostołowie byli omylni?”. Oczywiście, byli. Pytanie brzmi: czy Jezus mógł ich zachować w ich świadectwie?

Marta odpowiedziała cicho:

— Jeśli jest Synem Bożym — tak.




Problem z „moim Jezusem”

Kelner przyniósł rachunek, ale żadne z nich jeszcze nie wstawało.

— Wiesz, co mnie jeszcze zastanawia? — powiedziała Marta.

— Co?

— Coraz więcej ludzi mówi: „Mój Jezus jest taki…a taki..”.

Paweł uśmiechnął się smutno.

— To prawda.

— „Mój Jezus nie potępia”.

— „Mój Jezus nie mówi o piekle”.

— „Mój Jezus nie ocenia”.

— „Mój Jezus uważa, że najważniejsze jest, żebym był szczęśliwy”.

Marta spojrzała na niego.

— Co w tym złego?

— Samo pytanie jest złe.

— Jakie pytanie?

— Nie powinno być: „Jaki jest mój Jezus?”. Tylko: „Jaki jest Jezus?”.

Marta zamyśliła się.

— To trochę jak z człowiekiem.

— Właśnie. Wyobraź sobie, że ktoś mówi: „Mam własnego Piotra. Mój Piotr jest bardzo spokojny, nigdy się nie złości, lubi takie rzeczy, których ty nie lubisz…”.

— Powiedziałabym, że mnie z kimś pomylił.

— Dokładnie. Nie możesz stworzyć sobie dowolnego obrazu człowieka i nazwać go jego imieniem.

— Bo on sam decyduje, kim jest.

— Albo przynajmniej jego rzeczywiste życie i świadectwa o nim korygują nasze wyobrażenia.

Marta spojrzała na Biblię.

— Czyli można zrobić coś podobnego z Jezusem.

— I robimy to bardzo często.

— Tworzymy Jezusa na własne podobieństwo.

— Tak.

— Jezus, który potwierdza moje przekonania.

— Jezus, który usprawiedliwia moje decyzje.

— Jezus, który nie mówi mi, że jestem grzesznikiem.

— Jezus, który nie ma prawa osądzać mojego życia.

— Jezus, który chce tylko, żebym był szczęśliwy.

Paweł pokiwał głową.

— I wtedy można powiedzieć: „Wierzę w Jezusa”.

— Chociaż tak naprawdę wierzę w siebie i swoje wyobrażenie Jezusa.

Zapadła długa cisza.




Pismo i Jezus

Marta wzięła Biblię do ręki.

— Jest jednak coś, czego nadal nie rozumiem.

— Co takiego?

— Jeśli Jezus jest centrum, dlaczego tak bardzo bronisz Pisma?

Paweł odpowiedział bez wahania:

— Bo Jezus bronił Pisma.

— Gdzie, czy możesz mi pokazać?

— W wielu miejscach.

Otworzył Ewangelię Mateusza.

— „Nie sądźcie, że przyszedłem rozwiązać zakon albo proroków; nie przyszedłem rozwiązać, lecz wypełnić”.

— Ale czyli nie przyszedł anulować Starego Testamentu.

— O, nie. Powiedział nawet: „Pismo nie może być unieważnione”.

Marta spojrzała na niego.

— A po zmartwychwstaniu?

Paweł otworzył Łukasza 24.

— To jest dla mnie jeden z najpiękniejszych fragmentów.

Czytał powoli:

— „I począwszy od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co o nim było napisane we wszystkich Pismach”.

Marta milczała.

— Widzisz? — zapytał Paweł. — Jezus nie mówi: „Zapomnijcie o Biblii. Teraz macie mnie”.

— Tylko pokazuje, że Pisma mówią o Nim.

— Dokładnie.

— Czyli Jezus nie jest alternatywą dla Pisma.

— Jezus jest centrum Pisma.




Najtrudniejsze pytanie

Marta spojrzała na zegarek.

— Muszę już iść.

Paweł zamknął Biblię.

— Zanim pójdziesz, chciałbym ci zadać jedno pytanie.

— Tak..?

— Załóżmy, że masz rację. Załóżmy, że przez dwa tysiące lat chrześcijanie źle rozumieli Jezusa. Załóżmy, że Kościół, apostołowie i świadectwo Pisma zostały źle zinterpretowane. Załóżmy…

Marta czekała.

— Skąd wiesz, że twoja interpretacja Jezusa jest prawdziwa?

— Mam swoje doświadczenie.

— Rozumiem.

— Czuję, że to jest prawda...

— Ok. Rozumiem.

— Dzięki temu jestem szczęśliwsza.

Paweł skinął głową.

— Tylko czy twoje poczucie szczęścia może określić prawdę?

Marta nic nie powiedziała.

— Człowiek może czuć ogromny pokój, wierząc w coś, co jest fałszywe. Może też czuć niepokój, kiedy odkrywa coś, co jest prawdziwe.

— To prawda.

— Dlatego potrzebujemy czegoś więcej niż własnego doświadczenia.

— Pewnie masz na myśli objawienie..?

— Tak. Potrzebuję objawienia, które nie pochodzi ode mnie.

Marta spojrzała na Biblię.

— Czyli problem polega na tym, że jeśli odrzucę wiarygodność Pisma, zostaję z własnym obrazem Jezusa.

— Dokładnie tak.

— A jeśli przyjmę autorytet Pisma, muszę pozwolić Jezusowi powiedzieć mi, kim On jest.

— Sama rozumiesz...

Marta wstała.

— To nie jest już takie wygodne.

Paweł uśmiechnął się boleśnie.

— Prawdziwy Jezus nigdy nie obiecał, że będzie wygodny.

Marta założyła płaszcz.

— Powiedz mi jeszcze jedno.

— Tak?.

— Co dla ciebie jest najważniejszym pytaniem?

Paweł przez chwilę milczał.

— Pomyśl, jakie pytania można zadać: „Czy znasz wszystkie rękopisy?” albo „czy znasz oryginalne języki biblii?” albo nawet: „Czy potrafisz odpowiedzieć na każdą trudność w Biblii?”... 

Marta pokręciła głową.

— Domyślam się, że to złe pytania...?

— Owszem, bo najważniejsze pytanie brzmi:

W tym momencie Paweł spojrzał jej prosto w oczy.

— Kim jest Jezus?

Marta czekała na ciąg dalszy.. 

— Bo jeśli Jezus jest tylko człowiekiem, możemy dyskutować o jego filozofii.

— A jeśli jest Synem Bożym?

— Wtedy jego słowa mają zupełnie inną wagę.

— A jeśli naprawdę zmartwychwstał?

— Wtedy nie możemy traktować jego nauki jak jednej z wielu duchowych propozycji.

— A jeśli rzeczywiście przyszedł umrzeć za grzechy?

— Wtedy człowiek nie potrzebuje przede wszystkim „wyższego stanu duchowości”.

Paweł dokończył:

— Tak, potrzebuje przebaczenia i pojednania z Bogiem.

Marta stała już przy drzwiach.

— A jeśli Jezus jest światłością?

Paweł odpowiedział:

— Wtedy nie pytamy przede wszystkim, jak znaleźć światło w sobie.

— Tylko?

— Czy przyjdziemy do Niego.

Marta wyszła.

Paweł jeszcze przez chwilę siedział przy stoliku.

Jeszcze raz otworzył Ewangelię Jana.

„Ja jestem światłością świata”.

Tak, największym problemem człowieka nie zawsze jest brak światła.

Czasami problem polega na tym, że człowiek chce sam zdecydować, co światło ma oświetlać — a czego nie wolno mu pokazać.

Bo łatwo powiedzieć: „Chcę Jezusa”.

Trudniej powiedzieć: „Chcę prawdziwego Jezusa — nawet jeśli okaże się inny od tego, którego sobie stworzyłem”.

Prawdziwe poszukiwanie nie zaczyna się od pytania:

„Który Jezus odpowiada moim potrzebom?”

lecz: „Czy pozwolę Jezusowi powiedzieć mi, kim On naprawdę jest?”


Brak komentarzy: