niedziela, 18 października 2026

Refleksja nad artykułem Rutkowskiego | Kiedy system serca się przegrzewa



Ten tekst (ciekawy wpis Roberta Rutkowskiego - pod rozważaniem) trafnie dotyka samozakłamania, obronności, pychy i niezdolności do przyjęcia korekty. 

Biblia jednak idzie głębiej niż psychologia: problemem człowieka nie jest tylko „cień”, wyparcie czy nieaktualizowany „system operacyjny”, ale serce, które potrafi oszukiwać samo siebie i uciekać przed prawdą Boga (Jr 17:9). A lekarstwem nie jest jedynie lepszy wgląd w siebie, lecz światło Słowa i przemieniająca łaska Chrystusa.

Kiedy system serca się przegrzewa

Pewien człowiek dostaje SMS-a. Krótki. Jedno zdanie.

Nie ma w nim przekleństw. Nie ma nawet szczególnej agresji. Ktoś po prostu pisze:

„Myślę, że w tej sprawie możesz się mylić”.

Czyta. Odkłada telefon. Po minucie bierze go znowu. Czyta jeszcze raz.

— Co on sobie właściwie wyobraża? — myśli.

Zaczyna układać odpowiedź. Pisze pierwsze zdanie. Kasuje. Pisze drugie. Kasuje.

W końcu powstaje odpowiedź na pół strony. Jest inteligentna, błyskotliwa i — jego zdaniem — ma definitywnie zakończyć dyskusję.

Patrzy na nią jeszcze raz.

I wtedy przychodzi mu do głowy pewna myśl:

„Dlaczego ja właściwie jestem aż tak zdenerwowany?”

Przecież ktoś tylko napisał: „możesz się mylić”.

Odkłada telefon.

Idzie zrobić kawę.

Wraca po kilku minutach i czyta swoją odpowiedź jeszcze raz.

I nagle widzi coś, czego wcześniej nie dostrzegał.

Nie próbuje bronić prawdy.

Próbuje bronić siebie.

To bardzo subtelna różnica.

Możemy mówić, że bronimy zasad, wartości, prawdy, doktryny czy sprawiedliwości. I czasami rzeczywiście tak jest. Ale czasami pod tym wszystkim znajduje się coś znacznie bardziej osobistego:

„Nie chcę, żeby ktoś zobaczył, że mogę nie mieć racji”.

Biblia nazywa ten problem dużo prościej niż współczesna psychologia.

Pycha.

I właśnie dlatego Dawid modli się słowami, które są niemal przeciwieństwem naszej naturalnej reakcji:

„Badaj mnie, Boże, i poznaj serce moje; doświadcz mnie i poznaj myśli moje. I zobacz, czy nie kroczę drogą zagłady, a prowadź mnie drogą odwieczną” (Ps 139:23–24).

Zwróćmy uwagę: Dawid nie prosi Boga, żeby zbadał jego przeciwników.

Prosi, żeby zbadał jego samego.

To niezwykła modlitwa. To właśnie jest przeciwieństwo duchowego samozakłamania.

Dawid nie mówi: „Boże, pokaż mi, co jest nie tak z innymi”. Mówi: „Zajrzyj do mojego wnętrza..”.

Bo największym problemem naszego życia może nie być to, co inni robią przeciwko nam.

Czasami największym problemem jest to, co dzieje się w nas, kiedy inni robią coś przeciwko nam.

I właśnie tam Bóg chce rozpocząć swoją pracę.

Człowiek może bardzo dobrze znać błędy innych, a jednocześnie być ślepy na własne. Jezus powiedział o tym niezwykle dosadnie: najpierw wyjmij belkę ze swojego oka, a dopiero potem zajmuj się drzazgą w oku brata (Mt 7:3–5).

I tutaj pojawia się ważna różnica między Ewangelią a zwykłą introspekcją. Biblia nie mówi nam jedynie: „poznaj swój cień”. Mówi: „przyjdź do światłości”.

„Kto zaś czyni prawdę, dąży do światłości” (J 3:21).

bop: Natomiast każdy, kto postępuje zgodnie z prawdą, przychodzi do światła, aby się okazało, że jego uczynki zostały dokonane zgodnie z wolą Bożą.

Prawda czasami boli. Korekta może zranić nasze ego. Przyznanie: „może jednak nie mam racji” wymaga pokory. Ale człowiek, który należy do Chrystusa, nie musi bronić swojego obrazu siebie za wszelką cenę. Nie musi udowadniać, że zawsze ma rację.

Może powiedzieć:
„Panie, pokaż mi prawdę, nawet jeśli będzie niewygodna”.

Dlatego Paweł pisze:

„Niech każdy bada własne postępowanie”
(Ga 6:4).

Nie cudze. Własne.

A kiedy ktoś nas atakuje? Wtedy również potrzebujemy Ewangelii. Nie każda krytyka jest prawdą. Nie każdy atak zasługuje na odpowiedź. Jezus sam „nie odpowiadał” na wiele oskarżeń (Mt 27:12–14).

Czasem największą oznaką dojrzałości nie jest najlepsza riposta, lecz spokojne serce.


Dobrym, bardzo mocnym przykładem jest Dawid wobec Szimejego w 2 Sm 16:5–12.

Dawid ucieka z Jerozolimy przed Absalomem. Jest w bardzo trudnej sytuacji. I wtedy Szimei wychodzi naprzeciwko niego, przeklina go, rzuca w niego kamieniami i oskarża go.

Abiszaj reaguje natychmiast:

„Czemu ten zdechły pies ma przeklinać mojego pana, króla? Pozwól, że podejdę i utnę mu głowę!” (2 Sm 16:9).

To jest dokładnie moment, w którym „system” może się przegrzać. Dawid jest królem. Ma władzę. Ma człowieka gotowego go bronić.

Ale Dawid odpowiada:

„Niech przeklina dalej, skoro tak mu rozkazał Pan. Może Pan wejrzy na moje utrapienie i odpłaci mi dobrem za jego dzisiejsze przekleństwo.” (2 Sm 16:11–12)

To jest spokojne serce.

Nie oznacza ono, że Dawid uważa słowa Szimejego za prawdziwe. Nie oznacza też, że pochwala jego zachowanie. Dawid po prostu nie pozwala, aby cudza agresja przejęła kontrolę nad jego sercem.

Co więcej, Dawid zostawia sprawę w rękach Boga.

Czyli jest tak:

Szimei rzuca kamieniami, ale Dawid nie rzuca kamieniem w odpowiedzi. 

Szimei podnosi głos, ale Dawid nie musi podnosić swojego. 

Szimei próbuje sprowokować Dawida, ale Dawid nie oddaje mu kontroli nad swoim sercem.

I tutaj świetnie pasują słowa Salomona:

„Łagodna odpowiedź uśmierza gniew” (Prz 15:1).

A Psalmista idzie jeszcze głębiej:

„Zrzuć na Pana swój ciężar, a On cię podtrzyma” (Ps 55:23).

Spokojne serce nie jest sercem, którego nikt nie atakuje. Jest sercem człowieka, który wie, komu może powierzyć to, co go atakuje.

Możemy więc dzisiaj zadać sobie trzy pytania:

Czy potrafię przyjąć korektę?
Czy bardziej interesuje mnie prawda, czy obrona własnego obrazu siebie?
Czy pozwalam Słowu Bożemu pokazać mi także to, czego nie chcę w sobie zobaczyć?

Bo serce, które nie pozwala się korygować, w końcu się "przegrzewa".

Ale jest dobra wiadomość: Chrystus nie tylko pokazuje nam prawdę o nas. On pokazuje nam również prawdę o sobie.

A kiedy przestajemy bronić własnej doskonałości i zaczynamy odpoczywać w Jego łasce, nie musimy już tak panicznie reagować na krytykę. Możemy być pokorni, bo nasza wartość nie zależy od tego, czy inni nas podziwiają.

„Prawda was wyswobodzi” (J 8:32).

Nie tylko prawda o innych.
Także prawda o nas.
A przede wszystkim — prawda o Chrystusie... który gdy mu złorzeczono.. nie przeklinał wrogów... ale nawet modlił się o nich... 





___________________
Rutkowski:
Brak pracy nad własnym cieniem potrafi zbytnio rozgrzać system operacyjny, co często owocuje wzburzeniem emocjonalnym. Najczęściej w mediach społecznościowych. Naprawdę niebezpiecznie robi się wtedy, gdy taki rozgrzany system należy do kogoś, kto sam przyjmuje pacjentów w gabinecie.
Odkurzyłem dla dziecka starego laptopa. Włączyłem go, próbując sprawdzić, czy system operacyjny zaskoczy i przyda się uczniowi podstawówki. Kilka chwil wcześniej czytałem przysłane mi przez kilku znajomych niewybredne internetowe wykwity na mój temat. Nie pochylam się nad hejtem, ale jeden przywołam, bo dla niepoznaki był polany gęstym, ale nieświeżym sosem pozornej erudycji tegoż znawcy psychologii głębi.
Nanosiłem tego dnia poprawki do rozdziału „Alkodestrukcji” pod tytułem „Nauka-nieuka” i nagle samoistnie mi się połączyły kropki. Już wyjaśniam, co kliknęło:

Freud nazwał to wyparciem. Adler już w 1914 roku napisał o tym cały esej i dał mu tytuł, w którym słowo „kłamstwo” brzmi dosłownie: Lebenslüge, kłamstwo życiowe. Jung pisał otwarcie, że jego pacjenci cierpią najgłębiej nie z powodu objawów, tylko z powodu problemów natury moralnej, które wyrastają z życia w nieprawdzie. Trzej ojcowie współczesnej psychologii, każdy z innego gabinetu, każdy w innym języku, powiedzieli w gruncie rzeczy jedno: kłamstwo, które mówimy komuś innemu, i wyparcie, które uprawiamy wobec samych siebie, prowadzą do choroby. Nie do metafory choroby. Do choroby.
Jordan Peterson zebrał te trzy nazwiska w jednym akapicie i dopisał zdanie, które niektórym internetowym demiurgom wyraźnie zepsuło dzień: różnica między wyparciem prawdy a kłamstwem jest kwestią stopnia, nie kategorii. To jest genialne w swojej prostocie rozszerzenie myśli trzech tytanów psychologii głębi. Rozszerzenie nie tylko trafne, ale bardzo potrzebne, bo dokłada do tej trójki coś, czego psychoanaliza kanapowa nie miała pod ręką: ciało.
Aleksander Lowen, uczeń Wilhelma Reicha, poświęcił karierę na udowodnienie: ciało nigdy nie kłamie. Można zaprzeczać bolesnym uczuciom z pełnym przekonaniem, głosem, który się nie łamie, i jednocześnie mieć spiętą przeponę, płytki oddech, ściśnięte gardło. Umysł i ciało nie są dwoma oddzielnymi urzędami, które wydają sobie nawzajem opinie. To dwie strony tej samej monety. I ciało nie czeka, aż ego się zorientuje. Nie prosi o pozwolenie. Rejestruje niezgodność między tym, co czujemy, a tym, co pokazujemy, obojętnie, czy ta niezgodność nazywa się kłamstwem wypowiedzianym na głos, czy wyparciem, którego nawet się nie zauważa.
Jeśli rozdzielimy kłamstwo i wyparcie na dwie osobne, sterylne szufladki, jedną dla świadomego fałszu, drugą dla nieświadomej obrony, robimy coś bardzo wygodnego dla teorii i bardzo szkodliwego dla prawdy. Gubimy ciało. Zostaje sam język, sama introspekcja, samo pytanie, co akurat wie ego. A to jest przecież ten kawałek człowieka, który najłatwiej oszukać.
Rozumiem, skąd bierze się chęć, żeby trzymać te dwie kategorie porządnie osobno. Freud i Jung zbudowali sto lat temu potężny, elegancki gmach myślowy, w czasach, kiedy nie mierzono jeszcze przewodności skóry ani kortyzolu we krwi, i nie było czterdziestu kilku lat badań nad stylem wypierającym. Ale trzymanie się wyłącznie tego gmachu, bez jednego okna otwartego na Lowena, na analizy psychosomatyzacji Weinbergera i Schwartza to już nie erudycja. To schematyzm intelektualny w odświętnym, ale wymiętym garniturze.
Powiem to obrazowo, bo lubię obrazy. Doktryna bez aktualizacji działa jak system operacyjny, którego nikt nie aktualizował od dwudziestu lat. Włącza się. Nawet coś liczy. Ale zawiesza się dokładnie w momencie, w którym trzeba obsłużyć coś nowego. I tu zaczyna się ta smutna, choć w dużej mierze zabawna część: człowiek, w odróżnieniu od komputera, kiedy się zawiesza, rzadko milczy. Częściej krzyczy na monitor.
Bo jeśli ktoś przez dekady budował tożsamość zawodową na tym, że znam Freuda, znam Junga, wiem, jak jest, to każde poszerzenie tej wiedzy nie jest ciekawostką. Jest zamachem na fundament. A zamach na fundament rzadko wywołuje refleksje. Aktywuje lęk przebrany w ton aroganckiej pewności siebie, czyli atak. Zwróćcie uwagę na mowę ciała ludzi, którzy stykają się z czymś niezrozumiałym. Niekiedy bywają wręcz groteskowi. Dzięki tej pozie dla wielu stają się nawet lekko uwodzący. Szczególnie dla internetowego audytorium. Tylko że za tą sceniczną dekoracją kryje się niekiedy intelektualna płycizna. Kiepscy aktorzy zbyt ekspresyjnie grają ciałem, a za mało rozumem.
Zabawne jest to, że najgłośniej krzyczą zwykle ci, którzy sami od dekad nie zajrzeli do żadnego czasopisma nowszego niż spis lektur z własnych studiów. Diagnozują u innych brak kompetencji, nie mając w swoim oprogramowaniu ani jednego update'u od lat siedemdziesiątych. To trochę jak recenzent smartfona, który ocenia go z pozycji dyskietki. Wynik zawsze wypadnie fatalnie, tylko wina nie leży w smartfonie.
To zresztą jeden z opisywanych w psychologii mechanizmów: im mocniej ktoś jest przywiązany do przekonania, tym mniejsza szansa, że korekta faktu je zmieni, a w części przypadków, zwłaszcza gdy sama korekta budzi opór, bywa, że tylko je umacnia.
Piszę o tym szerzej w rozdziale „Nauka-nieuka, czyli dlaczego warto zostać głupcem” w „Alkodestrukcji”, bo działa on identycznie, kiedy komuś, kto przez trzydzieści lat pił „kulturalnie”, pokazać dane o alkoholu jako rakotwórczym narkotyku. Taki człowiek nie dostaje wiedzy. On rozpoznaje zamach. I reaguje tak samo: nie argumentem, tylko podniesionym głosem.
Ktoś zawieszony na starym systemie, słysząc szerszy punkt widzenia, nie ryzykuje przegranej dyskusji. Staje się śmieszny. Bo eksponowana pewność siebie bez aktualizacji brzmi jak komputer z systemem sprzed dekady, który krzyczy, że internet nie działa, bo to internet się nagle zestarzał.





Brak komentarzy: