
Niebo nad Aleksandrią przybrało złowrogi, ołowiany odcień, ale to nie nadchodzący sztorm przerażał mieszkańców miasta. Od strony portu Eunostos nie niósł się szum fal, lecz nienaturalna, duszna i lepka cisza. [Eunostos to nazwa jednego z dwóch głównych portów morskich w Aleksandrii w Egipcie. Znajdował się po zachodniej stronie grobli Heptastadion (która łączyła miasto z wyspą Faros) i był nazywany portem „Szczęśliwego Powrotu”.] Morze wydawało się martwe, gładkie jak tafla ciemnego szkła, a w powietrzu unosił się ciężki zapach palonych ciał, octu (jeden z najważniejszych i najbardziej dostępnych preparatów medycznych) oraz rozkładu. Aleksandria zamierała. Od tygodni w gwarnych dotąd zaułkach królowała zaraza, bezwzględna i ślepa, która nie oszczędzała ani rzymskich żołnierzy, ani egipskich rzemieślników, ani greckich uczonych. (Dolina i delta Nilu były pod wieloma względami idealnym środowiskiem dla rozwoju patogenów: gęste zaludnienie, regularne wylewy rzeki, stojąca woda w kanałach irygacyjnych oraz intensywne kontakty handlowe z Bliskim Wschodem i Afryką Subsaharyjską tworzyły idealne warunki dla chorób zakaźnych i pasożytniczych)
Na tarasie Wielkiej Biblioteki, pośród ciszy przerywanej jedynie dalekimi, rozdzierającymi jękami chorych, Nikodemos opierał się o marmurową balustradę. Na kamiennym stole za jego plecami leżała ciężka, miedziana misa wypełniona ziołowymi naparami, które dawno straciły swoją moc. Jako lekarz czuł palącą bezradność. Metody Hipokratesa i Galena zawodziły; palone na rogach ulic ogniska mające oczyszczać powietrze przynosiły jedynie gryzący dym, a cmentarze poza murami dawno już się przepełniły. Każdy świt przynosił nowe stosy ciał i nowe imiona wykreślane z ksiąg żyjących. Miasto, które było sercem nauki i cywilizacji, stawało się wielkim, marmurowym grobowcem. Ludzkie siły i rozum wyczerpały się całkowicie.
Młody lekarz z niepokojem i resztką bolesnej nadziei wypatrywał małego, aleksandryjskiego statku handlowego, który rano zakotwiczył na kwarantannie przy latarni morskiej na Faros. Na jego pokładzie znajdował się starzec z Cylicji, o którym szeptano w porcie, że posiada sekretny lek – rzadki korzeń zdolny zatrzymać gnicie żywego ciała. Jeśli statek nie dopłynie do brzegu, a strażnicy miejscy ze strachu przed nową falą zarazy podpalą go u wejścia do przystani, Aleksandria zostanie ostatecznie odcięta od jakiejkolwiek szansy na ratunek.
Nikodemos odwrócił się powoli do stojącego w cieniu kolumnady przyjaciela.
– Patrzę na to miasto, Baruchu, i czuję potworny lęk – zaczął Nikodemos, wycierając dłonie zbroczone sokiem z ziół, które przed chwilą bezskutecznie próbował ucierać. – W naszej sytuacji jedyne, co ludziom zostało, to nasza grecka Ἐλπίς (Elpis). Nadzieja. Ale dla nas, Greków, elpis to przekleństwo bogów. Pamiętasz przecież mit o puszce Pandory? Kiedy z naczynia uciekły na świat wszelkie plagi, choroby i nieszczęścia, na samym dnie została zamknięta właśnie elpis. To ślepy los, pobożne życzenie, łudzenie się w obliczu ostatecznej katastrofy. Elpis to kapryśne złudzenie, które może przynieść ocalenie, ale najczęściej karmi człowieka kłamstwem aż do chwili, gdy jego ciało zsinieje od zarazy. Nasza nadzieja nie ma oparcia w faktach ani w wiedzy. To tylko rozpaczliwe, puste „być może”, podczas gdy śmierć zagląda nam w oczy.
Baruch, który do tej pory siedział w cieniu portyku, podszedł do barierki. W dłoni trzymał gruby, lniany sznur, którego marynarze używali do cumowania skrzyń z księgami. Starzec zaczął go mocno napinać w dłoniach, aż lina zatrzeszczała w głuchej, dusznej ciszy.
– Wasza elpis to dym, Nikodemosie – odparł stary Żyd, wpatrując się w martwą taflę wody. – Dlatego, gdy przyszło nam tłumaczyć obietnice Boga dane prorokom, grecka nadzieja wydawała nam się zbyt krucha, by utrzymać ludzkie życie. Słowo, które przelaliśmy na wasz język, to hebrajskie תִּקְוָה (Tikwah). Słyszysz, jak mocno splatają się te litery? Czy wiesz, skąd pochodzi ten wyraz?
Nikodemos pokręcił głową, zerkając co chwila na trzymany na dystans statek, wokół którego krążyły już łodzie straży miejskiej z zapalonymi pochodniami.
– Jego rdzeń, kawah, oznacza dosłownie: „napinać, skręcać nici, wiązać mocny sznur” – wyjaśnił Baruch, pokazując chropowate sploty liny. – Tikwah to nie jest sentymentalne „gdybanie” ani bezsilne życzenie, że może jutro choroba ustąpi. Dla nas nadzieja to gruba, potężna lina ratunkowa. Kiedy nierządnica Rachab ukryła w Jerychu naszych wywiadowców, kazali jej przywiązać w oknie czerwony sznur – w tekście stoi właśnie słowo tikwah. Ten sznur uratował jej dom przed zagładą. Hebrajska nadzieja to świadomość, że jesteś uwiązany do Boga niezłomną obietnicą. Choćby wokół szalała najgorsza zaraza, ty trzymasz się liny, która jest zakotwiczona w samym Sercu Boga. Ona się nie zerwie.
Młody lekarz spojrzał na linę w rękach starca, a potem znowu na wodę. Strażnicy portowi opuścili broń – lęk ustąpił przed autorytetem płynącym z pokładu. Marynarze ze statku z Cylicji wystrzelili w stronę brzegu grube liny pomocnicze, na których zawieszono uszczelnione woskiem skrzynie z korzeniem medycznym. Ludzie na molo chwycili sznury i zaczęli wciągać ładunek na brzeg, ratując go przed płomieniami.
– Widzisz to? – zawołał Baruch z błyskiem w oku. – To jest właśnie Tikwah! Kiedy jesteś w środku ciemności i dotyka cię morowe powietrze, nie uprawiasz greckiej poezji o ślepym losie. Chwytasz sznur przymierza. Nadzieja biblijna patrzy na wierność Boga z przeszłości i wie – z absolutną, twardą jak skała pewnością – że On doprowadzi cię do brzegu.
Nikodemos poczuł, jak pod wpływem tych słów opuszcza go wewnętrzne napięcie. Spojrzał na tabliczkę, gdzie obok siebie stały słowa ELPIS i TIKWAH.
– A więc znowu przetopiliśmy greckie naczynie... – szepnął lekarz. – Wzięliśmy naszą bezsilną, tragiczną elpis, która była tylko rozpaczą odłożoną w czasie, i związaliśmy ją z waszą niezłomną liną przymierza.
– Tak – podsumował Baruch, patrząc, jak cenne skrzynie dotykają wreszcie aleksandryjskiego marmuru, a słońce chowa się za horyzont, ustępując miejsca nocy.
Od tej nocy w Aleksandrii, gdy poganin usłyszy o „nadziei chrześcijan”, nie pomyśli o puszce Pandory i kłamstwach ślepego losu. Zrozumie, że nadzieja to kotwica. Lina, która trzyma człowieka nad przepaścią, bo na drugim jej końcu stoi Ktoś, kto nigdy nie puszcza dłoni swojego dziecka.
Jezus Chrystus – Kotwica poza zasłoną
Rozmowa Barucha i Nikodemosa uderza w sam środek dramatów, z którymi mierzymy się każdego dnia. Jakże często nasza nadzieja przypomina pogańską, grecką elpis. Mówimy: „mam nadzieję, że wyzdrowieję”, „mam nadzieję, że jakoś to będzie”, „mam nadzieję, że starczy mi cierpliwości, sił czy pieniędzy”. Takie myślenie to jedynie pobożne życzenie, desperackie zaklinanie rzeczywistości, pod którym kryje się głęboki lęk. Taka nadzieja pęka przy pierwszym zderzeniu z poważną chorobą, kryzysem w małżeństwie czy śmiercią bliskiej osoby. Zostawia nas bezradnych na zgliszczach naszych własnych planów.
Ewangelia przychodzi, by dać nam zupełnie inny punkt oparcia: Twoją jedyną, niezłomną Nadzieją (Tikwah) jest Jezus Chrystus.
W Liście do Hebrajczyków czytamy niesamowite słowa, że nasza nadzieja jest „kotwicą duszy, bezpieczną i silną, która przenika aż poza zasłonę” (Hbr 6,19). Zobacz, jaki to zachwycający obraz! Jezus Chrystus przeszedł przez śmierć, zmartwychwstał i wstąpił do nieba. On wbił kotwicę Twojego życia w sam środek wieczności, w bezpieczną przystań, której żaden ziemski sztorm nie jest w stanie poruszyć. Kiedy przeżywasz najtrudniejszą burzę w swoim życiu – gdy wali się Twoje zdrowie, emocje czy finanse – nie jesteś skazany na ślepy los. Jesteś połączony z Chrystusem grubą liną Jego obietnicy: „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.
Chrystus wzywa Cię dzisiaj: przestań opierać swoją nadzieję na zmiennych okolicznościach tego świata.
Ludzie mogą Cię zawieść, zdrowie może podupadać, a światowe systemy mogą runąć z dnia na dzień. Ale sznur Chrystusowej miłości, który został uwiązany na krzyżu Golgoty, nigdy się nie zerwie. Przestań karmić się lękiem i bezsilnym „jakoś to będzie”. Chwyć się mocno obietnic Jezusa. Choćby wokół Ciebie szalała najciemniejsza noc, pamiętaj – Twoja kotwica trzyma mocno w niebie, a Chrystus ciągnie Twój statek prosto do bezpiecznego portu. Zaufaj linie, która nigdy nie pęka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz