niedziela, 26 lipca 2026

Zło dobrem zwyciężaj - Opowiadanie

 




Opowiadanie biblijne na podstawie Rzymian 12:21 oraz wpisu dr W.Tasaka

Był późny wieczór. Taki zwyczajny, trochę duszny, trochę ciężki. W kuchni stał czajnik, jeszcze ciepły po herbacie. Na stole leżał chleb, niedojedzona kolacja i telefon, z którego co rusz wyskakiwały kolejne wiadomości. Jedna gorsza od drugiej. Politycy coś powiedzieli. Ktoś komuś odpowiedział. Ktoś wrzucił nagranie, ktoś inny komentarz. W sieci aż wrzało. Polska. Ukraina. Krzywdy. Pretensje. Historia. Wzajemne oskarżenia. Stare rany otwierane nowymi słowami.

Przy stole siedział Marek. Nerwowo przesuwał palcem po ekranie telefonu, marszczył czoło i co chwilę prychał pod nosem.

– No i widzisz? – rzucił w końcu do żony, choć tak naprawdę mówił bardziej do siebie niż do niej. – Mówiłem, że to się tak skończy. Najpierw człowiek próbuje być życzliwy, pomagać, rozumieć, a potem co? Potem słyszy kolejne pretensje. Kolejne oskarżenia. Jakbyśmy to my byli wszystkiemu winni. Jakby historii nie było. Jakby można było po prostu przejść nad wszystkim do porządku dziennego.

Anna odłożyła kubek.

– Marek…

– Nie, naprawdę. Ile można? – ciągnął. – Człowiek słucha tego wszystkiego i myśli sobie: po co się starać? Po co być cierpliwym? Po co rozmawiać, skoro każda strona i tak będzie okopana na swoich pozycjach? Jedni swoje, drudzy swoje. Każdy ma swoje racje, swoje krzywdy, swoje prawa. A zwykły człowiek zostaje z tym wszystkim w środku. I co ma zrobić? Uśmiechać się i udawać, że nic się nie dzieje?

Anna nie odpowiedziała od razu. Wiedziała, że kiedy Marek dochodzi do tego tonu, to lepiej nie przerywać. Bo to nie był tylko gniew. Za nim krył się też lęk.. i bezradność. I to trudne uczucie, kiedy człowiek nie wie już, komu wierzyć, a jednak czuje, że coś niedobrego rośnie w powietrzu.

– W niedzielę przyjdzie Ołeksij z rodziną – powiedziała spokojnie. – Pamiętasz?

Marek skrzywił się lekko.

– No pamiętam.

– I co? – zapytała. – Będziesz siedział przy stole i myślał o wszystkim, co właśnie przeczytałeś w telefonie?

Marek westchnął ciężko.

Ołeksij mieszkał dwie ulice dalej. Przyjechał z żoną i córką dwa lata temu. Gdy zaczęła się wojna, uciekli z Charkowa. Ktoś dał im namiar na wolny pokój u starszej kobiety ze zboru. Potem jakoś potoczyło się dalej. Ołeksij znalazł pracę w warsztacie samochodowym, córka poszła do szkoły, a żona zaczęła sprzątać w przychodni. Cisi ludzie. Grzeczni. Wdzięczni za każdą pomoc. A jednak od kilku tygodni Marek łapał się na czymś, co wcześniej by go przeraziło. Kiedy słyszał ukraiński w sklepie albo na przystanku, coś w nim twardniało. Niby nic wielkiego. Tylko lekkie ukłucie. Lekka niechęć. Ale przecież od takich lekkich ukłuć zaczynają się czasem bardzo ciężkie rzeczy.

– Nie mam nic do Ołeksija – mruknął. – To porządny facet.

– Wiem – odpowiedziała Anna. – Ale pytanie nie brzmi, czy masz coś do niego. Pytanie brzmi, co się dzieje z twoim sercem.

Te słowa zawisły w kuchni jak coś ciężkiego.

Marek odłożył telefon ekranem do dołu. Nie lubił, kiedy Anna mówiła właśnie w ten sposób. Cicho. Bez krzyku. Bez kazań. Ale tak, że nie dało się łatwo odbić piłeczki.

– A co ma się dziać? – burknął. – Jestem po prostu zmęczony.

– A może.., może też pozwalasz, żeby cudze zło, cudza pycha, cudze słowa robiły w tobie coś, czego nawet nie zauważasz?

Marek nic nie odpowiedział.

Anna sięgnęła po leżącą na parapecie Biblię i otworzyła ją niemal odruchowo. Była używana, z pozaginanymi rogami, pełna podkreśleń. Położyła ją przed nim.

– Przeczytaj..

Spojrzał niechętnie. List do Rzymian, dwunasty rozdział. Znał ten fragment. Ale znać ten fragment to nie oznacza lubić go wtedy, kiedy naprawdę trafia w człowieka.

Czytał półgłosem:

„Nikomu złem za złe nie oddawajcie…
Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie…
Najmilsi, nie mścijcie się sami…
Jeśli tedy łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeśli pragnie, napój go…
Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.”

Kiedy skończył, przesunął dłonią po twarzy.

– Łatwo powiedzieć.

– Nikt nie mówi, że łatwo – odpowiedziała Anna. – Ale to jest Słowo Boże, Marek. A nie cytat na kubek z kawą.


Przez następne dni te słowa chodziły za nim jak cień.

W pracy też było tylko gorzej. W warsztacie, gdzie montował okna, chłopaki co chwila wracali do tematu. Przy kawie, przy papierosie, przy rozładunku materiałów.

– Ja ci mówię – grzmiał Jarek, najgłośniejszy z nich wszystkich – człowiek się stara, a potem jeszcze po głowie dostaje. Wiesz, co ja bym zrobił? Wreszcie przestałbym się oglądać na wszystkich. Każdy niech pilnuje swojego. Tyle.

Kilku przytaknęło. Ktoś rzucił żart, ktoś inny opowiedział zasłyszaną historię. Coraz ostrzejsze słowa, coraz mniej człowieka w człowieku. Marek słuchał i ku własnemu zdziwieniu czuł, że coś w nim chce się do tego przyłączyć. Że łatwo byłoby kiwnąć głową, dorzucić swoje trzy grosze, rozładować frustrację.

Ale wtedy wracało to zdanie:
„Nie daj się zwyciężyć złu…”

Tu nie chodziło tylko o walkę na argumenty.
Nie chodziło o to, żeby nie dać się pokonać w politycznej debacie.
Albo, żeby nie dać się przechytrzyć.

Tylko: „nie daj się zwyciężyć złu.”

Jakby Duch Święty pytał go codziennie:
Marku, a co jeśli największym zagrożeniem nie jest to, co oni powiedzą? Co jeśli największym zagrożeniem jest to, co to wszystko robi z tobą?


W niedzielę Ołeksij przyszedł z rodziną punktualnie. Przynieśli ciasto i bukiet polnych kwiatów, które ich córka ściskała tak mocno, że aż pogniotła kilka łodyg. Dzieci szybko pobiegły do pokoju. Kobiety zajęły się obiadem. Marek z Ołeksijem usiedli na tarasie.

Przez chwilę rozmawiali o pogodzie, o pracy, o samochodzie, który znów odmówił posłuszeństwa. Taka męska rozmowa o wszystkim i o niczym. Ale napięcie i tak wisiało gdzieś w powietrzu. Marek czuł, że nie potrafi już rozdzielić człowieka siedzącego naprzeciwko od całego politycznego hałasu, który od tygodni dudnił mu w głowie.

W końcu Ołeksij sam przerwał milczenie.

– Mogę ci coś powiedzieć? – zapytał niepewnie.

– Jasne.

Ołeksij spuścił wzrok na kubek z herbatą.

– Boję się ostatnio. Nie o wojnę. Do wojny człowiek chyba nigdy nie przywyka, ale już wie, czego się bać. Boję się ludzi. Tego, że coś się zmienia. W sklepie ktoś ostatnio powiedział przy mojej córce: „Jeszcze ich tu brakowało... jest ich za dużo..”. W autobusie starszy pan rzucił do innego pasażera przy mojej żonie: „Niech wracają do siebie”. W pracy jest dobrze, ale słyszę, jak ludzie rozmawiają. Jakbyśmy nagle przestali być rodzinami, ludźmi, tylko stali się problemem.

Marek nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Ja rozumiem – mówił dalej Ołeksij. – Rozumiem, że historia jest trudna. Rozumiem, że są rany, o których w Polsce się pamięta. I pewnie trzeba o nich mówić. Ale ja nie jestem politykiem. Moja żona nie jest politykiem a moja córka jeszcze nie zna historii. My po prostu chcemy przeżyć. Pracować. Nie bać się, że ktoś będzie patrzył na nas jak na wrogów.

Na tarasie zapadła cisza. Tylko gdzieś w oddali przejechał motocykl, a zza płotu słychać było psa sąsiadów.

Marek patrzył na twarz Ołeksija i nagle zrobiło mu się wstyd. Nie dlatego, że wypowiedział jakieś wielkie okrucieństwo. Właściwie nic nie wypowiedział. Ale wstydził się tego, co zaczął pielęgnować po cichu. Tego, jak łatwo serce przyjmuje uproszczenia. Jak łatwo przestaje widzieć człowieka, a zaczyna widzieć kategorię, flagę, obóz, problem, stronę konfliktu.

I nagle przypomniał sobie pewną scenę z Ewangelii.

Jezus siedzi z uczniami. Mówi o miłości nieprzyjaciół, o nadstawianiu drugiego policzka, o błogosławieniu tym, którzy złorzeczą. A uczniowie pewnie słuchają i myślą dokładnie to, co myślimy: To się nie da. To nie jest praktyczne. To nie jest rozsądne. To nie działa w prawdziwym świecie.

A jednak Jezus nie cofa ani jednego słowa.
Bo Królestwo Boże nie działa według logiki odwetu.
Nie rozwija się dzięki temu, że każda rana natychmiast szuka nowej rany po drugiej stronie.
Nie zwycięża przez to, że wszyscy coraz precyzyjniej wyliczają sobie winy.

Królestwo Boże przyszło przez Króla, który sam został potraktowany jak wróg.
Wyśmiany. Odrzucony. Opluty. Skazany. Ukrzyżowany.
A gdy wisiał na krzyżu, nie modlił się: „Ojcze, pokaż im, co im zrobię, co ich czeka.”
Modlił się: „Ojcze, przebacz im.”

To nie znaczy, że grzech przestał być grzechem i że sprawiedliwość nie ma znaczenia. To znaczy, że miłosierdzie przyszło pierwsze. Że łaska uprzedza skruchę. Że dobro wkracza w sam środek zła nie po to, by je nazwać dobrem, ale po to, by nie pozwolić mu panować bez końca.

Marek wpatrywał się w kubek, jakby szukał tam słów.

– Ołeksij… – zaczął w końcu. – Powiem ci coś szczerze. Ostatnio dużo we mnie złości. I chyba też dużo lęku. Czytam te wszystkie wiadomości, słucham ludzi, i czuję, jak człowiek robi się twardy. Jak zaczyna myśleć nie o ludziach, tylko o racjach i krzywdach. O pretensjach. O tym, kto co powinien powiedzieć, kto kogo powinien przeprosić.

Ołeksij skinął głową.

– Ja też tak mam – przyznał cicho. – Tylko z drugiej strony.

I obaj uśmiechnęli się smutno. Bo to właśnie było najgorsze: że po obu stronach działał ten sam mechanizm. Ta sama spirala. Każdy zraniony, każdy przekonany o własnej racji, każdy gotów stanąć do pojedynku na pamięć, krzywdę i oskarżenia.

– Wiesz – powiedział Marek po chwili – moja żona kilka dni temu przypomniała mi pewien fragment z Listu do Rzymian. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.” I od tamtej pory nie mogę od tego uciec.

– To trudne słowa – odpowiedział Ołeksij.

– Bardzo. Bo ja bym wolał, żeby tam było napisane: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło pokonaj lepszym argumentem”. Albo: „Poczekaj, aż druga strona zrobi pierwszy krok”. Albo przynajmniej: „Bądź dobry dla tych, którzy już zasłużyli”. A tam nic takiego nie ma.

Ołeksij spojrzał na niego uważnie.

– Myślisz, że to możliwe? – zapytał. – Między ludźmi? Między narodami?

Marek przez chwilę nie odpowiadał.

– Nie wiem, czy między narodami – powiedział w końcu. – Ale wiem, że jeśli nie będzie możliwe między dwoma ludźmi przy jednym stole, to nie będzie możliwe nigdzie.


Po obiedzie dzieci biegały po ogrodzie. Córka Ołeksija zbierała poziomki, choć większość zjadała od razu, zanim doniosła je do miseczki. Anna i żona Ołeksija siedziały na ławce i rozmawiały o szkole, zakupach, cenach, zwyczajnych rzeczach. Takich, które może nie zmieniają świata, ale przypominają, że świat wciąż składa się z ludzi, a nie z nagłówków wiadomości.

Marek wyszedł na chwilę przed dom. Usiadł na schodach i patrzył na ulicę. Po drugiej stronie starszy sąsiad podlewał ogródek. Ktoś wracał z zakupami. Jakiś chłopak przejechał rowerem. Ot, zwykłe życie. A jednak w jego sercu toczyła się wojna.

Bo zrozumiał coś, czego wcześniej nie chciał przyjąć. Największe niebezpieczeństwo nie polegało na tym, że politycy będą mówić głupstwa. Oni mówili je od dawna. Nie polegało nawet na tym, że historia jest trudna, bo to też było oczywiste. Największe niebezpieczeństwo polegało na tym, że zło może zamieszkać w sercu człowieka pod bardzo pobożnymi i moralnymi pretekstami.

Można mówić o sprawiedliwości, a tak naprawdę karmić zemstę.
Można mówić o pamięci, a tak naprawdę pielęgnować nienawiść.
Można mówić o prawdzie, a tak naprawdę kochać własną wyższość.
Można mówić o krzywdzie, a tak naprawdę używać jej jak miecza przeciwko każdemu, kto stoi po drugiej stronie.

I wtedy zło wygrywa.

Nie dlatego, że ktoś wygrał debatę i nie dlatego, że jedna strona napisała mocniejszy komentarz. Ale dlatego, że serce, które miało należeć do Chrystusa, zaczęło należeć do urazy.

Marek schylił głowę.

– Panie – wyszeptał – nie chcę tak. Nie chcę być człowiekiem, którego prowadzą nagłówki wiadomości i gniew. Nie chcę, żeby cudza pycha obudziła moją pychę. Nie chcę, żeby cudza nienawiść stała się dla mnie wymówką. Naucz mnie zwyciężać zło dobrem. Nie hasłem. Nie teorią, ale tak naprawdę.

I może właśnie wtedy po raz pierwszy zrozumiał, że zwyciężanie zła dobrem nie jest miękkością. Jest walką. Prawdziwą walką.
Bo łatwo jest odpłacić.
Łatwo jest przytaknąć tłumowi.
Łatwo jest wrzucić wszystkich do jednego worka i powiedzieć: „A oni to co?”
Trudno jest zachować serce czyste i mówić prawdę bez pogardy.
Trudno jest pamiętać o krzywdzie, a jednocześnie nie odmówić drugiemu człowieczeństwa. Trudno jest nie oddać złem za zło.

Ale właśnie to robi Chrystus w swoich ludziach.

Nie czyni ich ślepymi.
Nie czyni ich naiwnymi.
Nie każe im zapominać o sprawiedliwości.
Ale uczy ich składać broń zemsty. Uczy ich oddawać sąd Bogu. Uczy ich widzieć człowieka nawet tam, gdzie świat widzi już tylko przeciwnika.


Kiedy Ołeksij z rodziną wychodzili, córka rzuciła się Annie na szyję, a potem podbiegła do Marka.

– Dziękuję za obiad – powiedziała łamaną polszczyzną i uśmiechnęła się tak szeroko, że nie sposób było się nie uśmiechnąć w odpowiedzi.

Marek odprowadził ich do furtki. Ołeksij uścisnął mu dłoń.

– Dobrze było pobyć razem – powiedział.

– Tak – odpowiedział Marek. – Dobrze.

I kiedy wracał do domu, wiedział już, że świat się od tego obiadu nie zmienił. Politycy dalej będą mówić to, co mówią. Internet dalej będzie podsycał gniew. Historia nie przestanie być bolesna tylko dlatego, że dwóch ludzi wypiło razem herbatę.

Ale wiedział też coś innego. Że zło nie musi przejść przez jego dom bez oporu. Że nie musi znaleźć w nim „wymiecionego” mieszkania. Że łańcuch pogardy może się urwać choćby na jednym człowieku. Choćby przy jednym stole, w jednej rodzinie. Choćby w jednym sercu.

A to w Królestwie Bożym nigdy nie jest mało.

Bo może nie uratujesz relacji między narodami.
Może nie naprawisz historii, nie przekonasz wszystkich.
Ale możesz nie pozwolić, by zło zrobiło z ciebie swojego posłańca.

Możesz odmówić pogardzie i zemście.
Możesz odmówić temu słodkiemu uczuciu moralnej wyższości, które tak łatwo podszywa się pod troskę o prawdę.

Możesz spojrzeć na człowieka po drugiej stronie i powiedzieć:
„Nie wiem, co zrobią politycy. Nie wiem, jak potoczy się historia. Ale ja nie chcę oddawać złem za zło. Ja należę do Chrystusa.”

I właśnie tam zaczyna się posłuszeństwo Ewangelii.

Nie na wielkich scenach i w dyplomatycznych oświadczeniach.
Nie w internetowych sporach. Ale przy stole. W kuchni. W prostej rozmowie. W sercu, które musi zdecydować, czy będzie żyło logiką świata, czy logiką Krzyża.

Bo świat mówi: „Walcz o swoje… nie daj się ograć...”
A Jezus mówi: „Nie daj się zwyciężyć złu.”

Świat mówi: „Udowodnij swoją rację.”
A Jezus mówi: „Jeśli łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go.”

Świat mówi: „Odpłać.. pięknym za nadobne”.
A Jezus mówi: „Zło dobrem zwyciężaj.”

I tylko ci, którzy poznali łaskę Ukrzyżowanego, zaczynają rozumieć, że to nie jest przegrana. To jest jedyne zwycięstwo, które naprawdę ocala człowieka. Po jednej i drugiej stronie. 






Brak komentarzy: