Ew Marka 3
Faryzeusz:
Słuchajcie uważnie, bo to, co dzieje się w Kafarnaum, to nie jest tylko kwestia kilku uzdrowień – to atak na fundamenty naszej wiary i porządku, który budowaliśmy przez wieki. My, faryzeusze, mamy za zadanie strzec Prawa, a ten człowiek, Jezus, zdaje się je całkowicie ignorować.
Wszystko zaczęło się w synagodze. Był szabat – święty dzień odpoczynku. Widzieliśmy tam człowieka ze sparaliżowaną ręką i obserwowaliśmy Jezusa, żeby sprawdzić, czy odważy się złamać Prawo. On jednak, zamiast uszanować tradycję, zaczął nas prowokować pytaniami o ratowanie życia. Spojrzał na nas z gniewem, bo milczeliśmy, i po prostu uzdrowił tego człowieka. To był szczyt bezczelności. Dlatego zaraz po wyjściu musieliśmy naradzić się ze zwolennikami Heroda, jak Go powstrzymać – ten człowiek jest niebezpieczny dla narodu.
A potem? Chaos. Nad jeziorem zebrały się ogromne tłumy, ludzie z Jerozolimy, Idumei, a nawet od pogan z Tyru i Sydonu. To nie jest religijne zgromadzenie, to niekontrolowany tłum, który napiera na Niego tak mocno, że musi uciekać do łodzi. Co gorsza, słyszymy, jak ludzie opętani przez demony krzyczą do Niego „Synu Boży!”, a On im na to pozwala. To budzi nasz największy niepokój.
Widzieliśmy też, kogo sobie dobiera na współpracowników. Poszedł na górę i wybrał dwunastu ludzi. Spójrzcie na nich: Szymon, któremu nadał nowe imię, Jakub i Jan – ludzie tak wybuchowi, że nazywa ich „Synami Gromu”. Jest tam nawet Mateusz, który przecież był kolaborantem i zbierał podatki dla Rzymu. To nie są żadni superbohaterowie ani uczeni w Piśmie, to „ludzie złamani”, zwykli rybacy i grzesznicy. Jak On może twierdzić, że tacy ludzie mają uwalniać innych od demonów?
Kiedy wrócił do domu, sytuacja stała się wręcz absurdalna. Tłum był tak wielki, że Jezus i Jego uczniowie nie mieli nawet kiedy zjeść. Nawet Jego właśni krewni przyszli, żeby Go zabrać siłą, bo uznali, że „postradał zmysły”. Nasi uczeni, którzy przybyli prosto z Jerozolimy, postawili sprawę jasno: On jest opętany przez Belzebuba. To władca demonów daje Mu moc, by wyrzucać inne demony. Jezus próbuje się bronić jakąś logiką o skłóconym królestwie, ale my wiemy swoje.
Najgorsze było jednak to, jak potraktował swoją rodzinę. Gdy matka i bracia stali na zewnątrz i prosili o spotkanie, On zlekceważył więzy krwi. Rozejrzał się po tych wszystkich ludziach siedzących wokół Niego i stwierdził, że to oni są Jego rodziną, bo niby wypełniają wolę Boga.
Dla nas to czyste bluźnierstwo. On twierdzi, że przynosi coś nowego, że relacja z Nim jest ważniejsza niż tradycja i Prawo. Ale uważajcie: każdy, kto twierdzi, że te cuda są sprawą Ducha Świętego, a nie szatana, ryzykuje wieczny grzech. My będziemy Go obserwować dalej, bo ten porządek, który On wprowadza, wywraca nasz świat do góry nogami.
__________________________
Ew Marka 3
Brat Jezusa:
Słuchajcie, to, co działo się w ostatnich dniach w Kafarnaum, przerosło nas wszystkich. Jako Jego rodzony brat, widziałem Go przez lata przy normalnej pracy, przy stole, w codziennych sprawach. Ale to, co zaczęło do nas docierać z miasta, brzmiało jak jakieś szaleństwo.
Wszystko zaczęło się od plotek o tym, co zrobił w synagodze. Opowiadano, że w sam szabat, na oczach faryzeuszy, uzdrowił człowieka z uschniętą ręką. Ludzie mówili, że bił od Niego gniew i smutek z powodu ich twardych serc. Myśleliśmy: „Co On wyprawia? Przecież faryzeusze już teraz spiskują z ludźmi Heroda, żeby Go zlikwidować”.
Potem było tylko gorzej. Gdziekolwiek się ruszył, ciągnęły za Nim tłumy – nie tylko z naszej Galilei, ale z Jerozolimy, a nawet z Tyru i Sydonu. Słyszeliśmy, że ludzie opętani przez złe duchy padają przed Nim na twarz, krzycząc, że jest Synem Bożym. W domu narastał niepokój. Mama patrzyła w okno, a my, bracia, zaczęliśmy się poważnie martwić. Kiedy doszły nas słuchy, że Jezus i Jego nowi uczniowie są tak oblężeni przez ludzi, że nie mają nawet czasu, żeby cokolwiek zjeść, uznaliśmy, że trzeba działać.
„Musiał postradać zmysły!” – to była pierwsza myśl, jaka przyszła nam do głowy. Postanowiliśmy pójść tam i po prostu zabrać Go do domu, zanim stanie się coś złego.
Kiedy dotarliśmy pod dom, w którym przebywał, nie dało się wcisnąć nawet szpilki. Tłum był gęsty, duszny i głośny. Co gorsza, słyszałem, co szeptali uczeni w Piśmie, którzy przyjechali aż z Jerozolimy. Mówili straszne rzeczy: że Jezus jest opętany przez Belzebuba i że wyrzuca demony mocą ich władcy. Serce mi pękło. Chcieliśmy Go ratować przed tymi oskarżeniami, przed tym całym chaosem.
Staliśmy na zewnątrz, bo przez ten ścisk nie było szans wejść do środka. Posłaliśmy kogoś, żeby Go wywołał. „Twoja matka i bracia szukają Cię” – przekazano Mu wiadomość.
Czekaliśmy, że wyjdzie, że odetchnie, że wróci z nami do Nazaretu, gdzie jest bezpiecznie. Ale odpowiedź, która do nas dotarła, była jak uderzenie pioruna. Jezus rozejrzał się po tych wszystkich obcych ludziach siedzących wokół Niego i zapytał: „Kto jest moją matką i moimi braćmi?”. A potem dodał coś, co na początku nas zabolało, ale co do dziś dźwięczy mi w uszach: „Moim bratem i siostrą, i matką jest każdy, kto wypełnia wolę Boga”.
Wtedy tego nie rozumiałem. Czułem się odtrącony. Ale teraz widzę to inaczej. Jezus nie przestał nas kochać, On po prostu pokazał, że buduje nową, ogromną rodzinę, która nie opiera się na więzach krwi, ale na bliskości z Bogiem. On nie szukał „idealnych” krewnych, ale tych, którzy chcą z Nim po prostu być.
Dziś wiem, że to nie On postradał zmysły. To my nie rozumieliśmy, że misja, którą dostał od Ojca, przekracza ramy naszego małego, rodzinnego domu. Wybrał sobie dwunastu chłopaków – rybaków, byłego celnika, ludzi z problemami – i zrobił z nich swoich braci. To była lekcja dla mnie: w Jego królestwie każdy, kto ufa Bogu, ma swoje miejsce przy stole. Nawet jeśli rodzina na początku puka się w czoło.
________________________
Ew Marka 3
Szymon Piotr:
Nazywam się Szymon, ale On mówi na mnie Piotr. Jeśli myślicie, że bycie uczniem Jezusa to nudne siedzenie w ławkach, to kompletnie Go nie znacie. Moje życie zamieniło się w wir, którego nie da się zatrzymać, a ostatnie dni w Kafarnaum tylko to potwierdziły.
Wszystko zaczęło się w synagodze. Pamiętam ten gęsty klimat – Jezus stał tam, a faryzeusze gapili się na Niego jak sępy, czekając, aż popełni błąd. Był szabat, a przed Nim stał gość z całkowicie bezwładną, uschniętą ręką. Jezus zapytał ich wprost: „Czy w szabat wolno pomagać, czy niszczyć?”. Zapadła cisza, taka, że słychać było własny oddech. Widziałem w Jego oczach gniew, ale i ogromny smutek, bo ich serca były twarde jak głazy. „Wyciągnij rękę!” – rzucił krótko. I wiecie co? Ten facet ją wyciągnął, a ona była zdrowa. Zamiast się cieszyć, tamci wyszli i zaczęli knuć, jak Go zabić. Szaleństwo.
Później uciekliśmy nad jezioro, ale tam było jeszcze gorzej – w pozytywnym sensie. Tłumy waliły zewsząd: z Jerozolimy, z Tyru, nawet zza Jordanu. Ludzie tak na Niego napierali, że musieliśmy przygotować łódź, żeby Go nie stratowali. Każdy chciał Go choć dotknąć. To nie byli „idealni” ludzie – wielu z nich było chorych, cierpiących, a niektórzy krzyczeli pod wpływem złych duchów.
W końcu Jezus zabrał nas na górę. To był moment, którego nigdy nie zapomnę. On nie wybrał nas dlatego, że byliśmy najlepsi, ale dlatego, że sam chciał. Wybrał naszą dwunastkę. Spójrzcie na tę ekipę: ja – impulsywny rybak, Jakub i Jan, czyli „Synowie Gromu”, którzy wybuchają o byle co, Mateusz, który kiedyś zbierał podatki dla okupanta, a nawet Judasz. Jesteśmy mieszanką charakterów i problemów, ludźmi „złamanymi”, a nie superbohaterami. Jezus powiedział, że mamy z Nim po prostu być, a potem iść i robić rzeczy, które normalnie nas przerastają, jak choćby wyrzucanie demonów.
Kiedy wróciliśmy do domu, chaos nie ustawał. Nie mieliśmy nawet czasu, żeby coś zjeść. Wtedy zaczęły się schody. Jego własna rodzina przyszła, żeby Go zabrać, bo sądzili, że „postradał zmysły”. Presja była ogromna – najbliżsi Cię nie rozumieją, a przywódcy religijni wyzywają od opętanych przez Beelzebuba. To boli, wierzcie mi.
Ale wtedy Jezus zrobił coś niesamowitego. Rozejrzał się po nas, siedzących wokół Niego w tym ścisku, i powiedział: „Oto moja matka i moi bracia. Każdy, kto wypełnia wolę Boga, jest moim bratem, siostrą i matką”.
Dotarło to do mnie z całą siłą. W świecie, gdzie ciągle musisz walczyć o akceptację, On spojrzał na mnie pierwszy. Nie muszę zasługiwać na Jego uwagę. Wybrał mnie ze wszystkimi moimi wadami i dał mi nową tożsamość. Jeśli czujesz, że nikt Cię nie rozumie, pamiętaj – my też przez to przechodziliśmy. Ale bycie w tej Jego nowej „rodzinie” jest warte każdego niezrozumiałego spojrzenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz