Rozważanie dla tych, którzy są u kresu swoich sił i dni...
____________________________________________________________Wyobraź sobie starą latarnię morską na skalistym brzegu.
Nie jest już piękna.
Farba dawno przestała mieć znaczenie.
Sól morska latami wgryzała się w ściany, zostawiając ślady jak blizny.
Drzwi skrzypią przy każdym podmuchu wiatru — jakby mówiły i przypomniały, że wszystko, co stworzone, podlega zużyciu.
Tej nocy morze też nie będzie spać.
Fale uderzają o skały z uporem, który nie zna litości.
Wiatr wciska się w każdą szczelinę.
Cała konstrukcja zdaje się drżeć od naporu złowrogich sił.
Jeszcze się nie rozpada — “tylko” drży.
Ale właśnie na takie noce została postawiona.
W środku siedzi samotny latarnik.
Żaden wielki bohater. Ot, słaby człowiek. Zmęczony.
Oczy pieką od niewyspania.
Ręce ociężałe.
Myśli, choć wolniejsze niż kiedyś, wciąż potrafią błądzić jak te statki szukające drogi podczas sztormu.
A sztorm nie ustaje. Od wielu dni.
Każdej nocy robi to samo:
sprawdza mechanizm, czyści szkło, pilnuje światła.
Wstaje, gdy inni śpią.
Czuwa, choć nikt tego nie widzi.
Wreszcie przychodzi ta spodziewana ale jakże niechciana noc, w której siada ciężej niż zwykle.
Patrzy na zegar jakby chciał go albo przyspieszyć, albo zatrzymać.
Słucha wiatru.
I wtedy w jego sercu zaczynają brzmieć słowa, które dziwnie przypominają Psalm 102:
„Dni moje znikają jak dym…”
„Moje kości płoną jak ogień…”
„Serce moje jest jak spalona trawa…”
On nie cytuje psalmu dla rozrywki intelektualnej — on nim żyje.
Czuje się jak ten „samotny ptak na dachu” — czuwający, ale odłączony.
Jego dni tracą smak.
Jego siły się kończą.
I wtedy pojawia się myśl:
„Może to wszystko nie ma sensu.
Może i tak nikt tego światła nie zobaczy.
Może to wszystko na nic”.
To nie jest krzyk buntu.
To cicha erozja duszy.
Ale właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa walka.
Nie z wiatrem.
Nie z falami.
Z prawdą.
Czy jego rzeczywistość kończy się na tym, co czuje?
Czy jego zmęczenie jest ostatecznym słowem?
Psalmista również tam był — na granicy wyczerpania.
Ale nie zatrzymał się na sobie.
I nagle, jakby przerywając własne myśli, mówi:
„Lecz Ty, Panie, trwasz na wieki” (Ps 102:13)
To „lecz” nie usuwa burzy.
Nie ucisza wiatru.
Nie przywraca sił... przynajmniej nie od razu i nie na tyle, żeby znowu poczuć się młodym orłem.
Ale ustanawia prawdę ponad doświadczeniem.
Latarnik wstaje.
Nie dlatego, że poczuł cudowny przypływ energii.
Nie dlatego, że wszystko nagle nabrało sensu.
Ale dlatego, że światło nie zależy od niego.
On nie jest jego źródłem.
On nie jest jego podtrzymaniem.
On został postawiony, by przy nim czuwać.
I właśnie to robi.
Drżącymi rękami poprawia mechanizm.
Zamglonym wzrokiem przeciera szkło.
W ciszy wraca do swojej służby.
Nie jako bohater.
Jak człowiek, który uwierzył, że Bóg jest bardziej rzeczywisty niż jego zmęczenie.
Co ciekawe, Psalm 102 nie kończy się ulgą emocjonalną.
Kończy się teologią:
„Dawno temu założyłeś ziemię i niebiosa…
One przeminą, ale Ty zostaniesz…
Ty jesteś ten sam, a lata Twoje się nie skończą” (Ps 102:26–28)
Autor Listu do Hebrajczyków odnosi te słowa do Jezusa Chrystusa.
To znaczy: Ten, który się nie zmienia — jest fundamentem wszystkiego.
________________
Człowiek się chwieje.
Serce wysycha.
Dni mijają jak dym.
Ale Bóg nie.
To nie człowiek podtrzymuje światło.
To Bóg podtrzymuje człowieka przy świetle i dzięki świetłu.
To nie nasza wytrwałość ostatecznie zabezpiecza koniec.
To Boża niezmienność i wierność przymierzu sprawiają, że Jego lud wytrwa.
Bo ta sama łaska, która przynosi ocalenie - zachowuje, podtrzymuje, działa.
I to też jest powód, dla którego latarnik ciągle wstaje i wraca do światła, i zachowuje życie.
Nie dlatego, że jest wystarczająco silny.
Ale dlatego, że Bóg, który powiedział „trwam na wieki”, jest również Bogiem, który przywraca do życia, podtrzymuje to życie i doprowadza je do końca.
Tak jak noc nie decyduje o świetle.
Tak zmęczenie nie decyduje o końcu.
Decyduje Ten, który jest ten sam — i który sprawia, że nawet wśród naszego drżenia Jego światło nadal świeci.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz