W starym, portowym mieście Aleksandrii, gdzie zapach śródziemnomorskiej soli mieszał się z aromatem papirusu, u podnóża wielkiej biblioteki siedziało dwóch ludzi. Jeden miał na imię Baruch – był sędziwym żydowskim uczonym z Jerozolimy, o dłoniach nawykłych do dotykania szorstkiego pergaminu. Drugi, młody Nikodemos, był greckim lekarzem i filozofem, wychowanym na pismach Platona.
Przed nimi leżał zwój przepisanego właśnie Psalmu 119, nad którym uczeni z Septuaginty łamali sobie głowy, próbując przełożyć semicką duszę na język Greków.
– Spójrz na ten werset, Nikodemosie – Baruch wskazał palcem na misternie wykaligrafowaną sekcję pod literą Kaf. Kształt litery przypominał otwartą, pustą dłoń, wzniesioną ku niebu. – „Ustaje z tęsknoty za Twoim zbawieniem moja dusza”. W moim języku, gdy wołam o zbawienie, używam słowa Tshu'ah.
Młody Grek poprawił tunikę, marszcząc brwi.
– Dla mnie to po prostu Soteria, Baruchu. Ocalenie. Kiedy statek wraca cało z burzy, a chory podnosi się z łoża nienaruszony, to jest soteria. Przywrócenie harmonii ciała i ducha.
Baruch uśmiechnął się łagodnie, gładząc brodę.
– Widzisz, wy, Grecy, szukacie harmonii i nienaruszalności. Ale dla mojego ludu Tshu'ah to coś znacznie bardziej gwałtownego. To słowo pachnie prochem pustyni i polem bitwy. Wyobraź sobie wojownika zepchniętego w ciasny, mroczny wąwóz, otoczonego przez wrogów. Nie może złapać tchu, nie ma gdzie się obrócić. To jest ucisk. I nagle potężne ramię Boga rozbija skały i wyprowadza go na szeroką przestrzeń. Ciepły wiatr, wolność, bezkresny horyzont! Zbawienie to nie tylko brak choroby, Nikodemosie. To wyjście z ciasnoty na wolność.
Nikodemos słuchał z otwartymi ustami. W jego medycznym umyśle zbawienie zawsze było lekarstwem. Teraz zobaczył jeszcze przestrzeń.
– A co z tymi wszystkimi momentami, gdy wasz psalmista krzyczy: „Ożyw mnie!”? – zapytał młodszy, wodząc palcem po tekście. – Przetłumaczyliśmy to jako Zao – oddychać, być żywym…
– Ach, Chayah! – oczy Barucha zabłysły. – Dla nas życie nie jest po prostu biologicznym trwaniem. Kiedy człowiek cierpi, jest prześladowany lub dotyka go rozpacz, jego dusza „przywiera do prochu”. On już jest w Szeolu, w krainie cieni. Wołanie „Chayeni!” – ożyw mnie! – to nie prośba o podtrzymanie oddechu. To błaganie, by Bóg wstrzyknął w nasze zdrętwiałe, umierające kości swoją własną, płonącą energię życiową. To zmartwychwstanie w środku dnia powszedniego!
Nikodemos zapisał coś na tabliczce woskowej, po czym zapytał:
– W takim razie, dlaczego w wersecie 86, gdy ścigają go kłamcy, woła o pomoc, a wy myślicie o wojsku? Użyliśmy słowa Boetheo – oznaczającego, że ktoś usłyszał krzyk i przybiega z odsieczą.
– I to jest piękny obraz – przytaknął Baruch. – Ale nasze Azar idzie jeszcze dalej. Bóg jako Ezer nie jest kimś, kto tylko wpada, rozwiązuje problem i ucieka. Azar to towarzysz broni. To potężny wojownik, który staje w jednym szeregu, ramię w ramię z tobą. Tarcza przy tarczy. On nie walczy zamiast ciebie w tym psalmie – On walczy z tobą, dając ci siłę, byś wytrzymał napór wroga.
Nikodemos spojrzał na wielki port w Aleksandrii. Widział tam statki kupieckie, niewolników wyładowujących towary, handlarzy kłócących się o monety.
– Wasze księgi mówią też o odkupieniu – zauważył cicho Grek. – Dla nas to Apolytrosis – wpłacenie sumy, by wykupić jeńca wojennego lub niewolnika z targu. Prawna transakcja.
– Dla nas również – skinął głową stary żydowski mędrzec. – Nazywamy to Padah – czysty wykup handlowy, cena, jaką płaci się za pierworodne synów. Ale mamy też drugie słowo: Gaal. I ono zmienia wszystko. Gaal to nie transakcja obcych ludzi na targu. Goel to Odkupiciel, który jest twoim najbliższym krewnym. Jeśli wpadłeś w długi i zostałeś niewolnikiem, twój brat lub stryj miał obowiązek przyjść, zapłacić za ciebie i przywrócić cię do rodziny. Kiedy Izajasz mówi, że Bóg nas odkupił (g'altika), mówi: „Jestem waszym najbliższym Krewnym. Przychodzę po swoich”.
Nikodemos milczał przez dłuższą chwilę. Spojrzał na greckie słowa, które przed momentem wydawały mu się tak doskonałe, zimne i precyzyjne. Teraz, pod wpływem opowieści Barucha, zaczęły pulsować krwią, przestrzenią i zapachem bitwy.
– Rozumiem – szepnął młody lekarz. – Przekładając wasze pisma na grekę, zamieniamy wasz wojenny okrzyk i rodzinną miłość w medycynę i prawo. Ale może... może właśnie tego świat potrzebuje? Połączenia obu tych rzeczy?
Baruch uśmiechnął się, zamykając zwój Psalmu 119.
– Może, mój młody przyjacielu. Może przyjdzie dzień, kiedy te dwa światy spotkają się w jednym człowieku. W kimś, kto będzie jednocześnie naszym Odkupicielem, lekarzem duszy i tym, który wyprowadzi nas na nieskończoną, szeroką przestrzeń.
Ta historia pokazuje, jak fascynujące jest zderzenie kultur w Biblii. Jutro w podobny sposób opowiemy o kolejnym słowie, o tym, jak miłość (Chesed/Agape) zmieniała swoje znaczenie w tej samej Aleksandrii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz