Smyrna 1922 — kiedy ogień pochłonął miasto i pamięć
Krzyk było słychać wiele kilometrów w morze.
13 września 1922 roku brytyjski dziennikarz George Ward Price stał na pokładzie brytyjskiego okrętu wojennego zakotwiczonego u wybrzeży Smyrny. Przed jego oczami płonęło miasto.
Opisywał widok jako „nieprzerwaną ścianę ognia” ciągnącą się przez około dwie mile. Płomienie wyrzucały w niebo języki ognia, a morze pod nimi przybrało miedziano-czerwony kolor.
Ale najbardziej przerażający nie był sam ogień.
Byli nim ludzie.
Na wąskim nabrzeżu, między płonącym miastem a morzem, zgromadziły się dziesiątki, a według niektórych szacunków setki tysięcy przerażonych ludzi. Wielu z nich było Grekami i Ormianami. Byli tam starcy, kobiety i dzieci. Matki trzymały niemowlęta. Rodziny niosły to, co zdołały uratować.
Za ich plecami płonęła Smyrna.
Przed nimi znajdowały się okręty mocarstw zachodnich.
A między nimi — morze.
Price pisał o krzyku „czystego, rozpaczliwego przerażenia”, który niósł się nad wodą na ogromną odległość.
To była Smyrna.
Miasto, które przez stulecia było jednym z najważniejszych portów wschodniej części Morza Śródziemnego.
I miasto, którego chrześcijańska historia sięgała czasów apostolskich.
Miasto, które znało apostołów
Smyrna — dzisiejszy Izmir — nie była zwyczajnym miastem.
Była jednym z siedmiu miast, do których Chrystus skierował przesłanie przez apostoła Jana w Księdze Objawienia.
Do zboru w Smyrnie Jezus powiedział:
„Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota”.
To niezwykle przejmujące, gdy znamy późniejszą historię tego miasta.
W II wieku biskupem Smyrny był Polikarp. Według starożytnego świadectwa, gdy władze rzymskie zażądały od niego wyrzeczenia się Chrystusa, odmówił.
Nie uratował swojego życia. Pozostał wierny. Został spalony jako męczennik.
Przez następne stulecia chrześcijaństwo przetrwało w Azji Mniejszej mimo prześladowań, wojen i zmieniających się imperiów.
Aż nadszedł rok 1922. Wtedy Smyrna miała stać się symbolem końca pewnej epoki.
Smyrna przed katastrofą
Na początku XX wieku Smyrna była jednym z najbardziej kosmopolitycznych miast regionu. Mieszkali tam Grecy, Turcy, Ormianie, Żydzi, Lewantyńczycy, Europejczycy i Amerykanie.
Były tam kościoły, szkoły, szpitale, teatry, banki, sklepy i drukarnie. W mieście działały instytucje różnych wspólnot religijnych i narodowych.
Według przedwojennych danych amerykańskiego konsulatu miasto liczyło około 400 tysięcy mieszkańców, choć dokładne dane demograficzne są przedmiotem sporów. Wśród mieszkańców znajdowali się m.in. Grecy, Turcy, Ormianie, Żydzi oraz liczni Europejczycy. (gpoulimenos.info)
Było to miejsce, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Ale za tym obrazem kryły się również narastające napięcia narodowe i religijne.
Pierwsza wojna światowa, rozpad Imperium Osmańskiego, nacjonalizm turecki i wojna grecko-turecka przyniosły regionowi niewyobrażalne cierpienia.
Greckie oddziały podczas odwrotu również dopuściły się zbrodni przeciwko ludności tureckiej. W Anatolii dochodziło do mordów, rabunków i podpaleń po obu stronach konfliktu.
Nie wolno tego przemilczać.
Cierpienie niewinnych ludzi nie staje się mniej ważne tylko dlatego, że cierpieli po „niewłaściwej” stronie historii.
Ale we wrześniu 1922 roku wydarzyło się coś szczególnego. Do Smyrny zaczęły napływać tłumy chrześcijańskich uchodźców uciekających przed wojną i przemocą z innych części Anatolii.
Smyrna miała być dla nich schronieniem. Stała się pułapką.
9 września
We wrześniu 1922 roku armia grecka wycofała się z Anatolii.
9 września do Smyrny wkroczyły oddziały tureckiego ruchu nacjonalistycznego. Początkowo sytuacja nie wyglądała jak początek katastrofy. Ale wkrótce zaczęły się grabieże, morderstwa i przemoc wobec ludności chrześcijańskiej.
Wśród ofiar znalazł się prawosławny metropolita Smyrny — Chryzostomos. Miał możliwość opuścić miasto. Nie zrobił tego. Pozostał ze swoim ludem.
Został zatrzymany i wydany tłumowi. Został zamordowany w sposób wyjątkowo brutalny.
Relacje dotyczące dokładnego przebiegu jego śmierci różnią się w szczegółach, ale jego zabójstwo jest dobrze poświadczone. (Wikipedia)
To wydarzenie stało się jednym z symboli tragedii Smyrny. Pasterz nie uciekł. Pozostał przy owcach. I zginął razem z nimi.
13 września — ogień
Cztery dni później wybuchł pożar.
I tutaj historia wymaga szczególnej ostrożności.
Przez dziesięciolecia odpowiedzialność za jego rozpoczęcie była przedmiotem gwałtownego sporu. Strona turecka przypisywała podpalenie Grekom lub Ormianom. Liczni świadkowie zachodni twierdzili natomiast, że ogień został wzniecony przez tureckich żołnierzy.
Minnie Mills, amerykańska misjonarka i dyrektorka American Collegiate Institute for Girls, zeznała, że widziała tureckich żołnierzy niosących pojemniki z substancją łatwopalną do budynków, po czym pojawiały się płomienie.
Brytyjski rząd, odpowiadając w listopadzie 1922 roku w Izbie Gmin na pytanie o pochodzenie pożaru, stwierdził, że według informacji rządu świadectwa wiarygodnych świadków wskazywały na tureckich żołnierzy jako tych, którzy wzniecili pożar. (api.parliament.uk)
Z drugiej strony amerykańskie dokumenty dyplomatyczne zachowały ostrożniejsze stanowisko: wskazywały, że sprzeczne świadectwa uniemożliwiały definitywne ustalenie, kto rozpoczął konkretne podpalenia. Jednocześnie podkreślały, że tureckie władze wojskowe nie zdołały zapewnić porządku ani ochrony ludności, co w ogromnym stopniu przyczyniło się do rozmiaru tragedii. (Office of the Historian)
Dlatego uczciwiej jest powiedzieć:
Istnieją mocne świadectwa przypisujące podpalenie tureckim oddziałom, ale dokładna odpowiedzialność za każde z ognisk pozostaje przedmiotem sporu historycznego. Bezsporne jest natomiast to, że pożar zniszczył znaczną część miasta, a władze okupacyjne nie zapewniły chrześcijańskiej ludności odpowiedniej ochrony przed przemocą.
I właśnie to jest najważniejsze.
Między ogniem a morzem
Ogień szybko się rozprzestrzeniał. Płonęły domy. Sklepy. Szkoły. Kościoły. Szpitale. Całe dzielnice. Płomienie przesuwały się w kierunku nabrzeża, gdzie zgromadziły się tłumy uchodźców.
Nagle tysiące ludzi znalazły się w pułapce. Za nimi — ogień. Przed nimi — morze. Wokół nich — żołnierze. A na morzu — okręty mocarstw zachodnich.
Amerykańskie dokumenty z tamtego okresu mówią o około 300 tysiącach pozbawionych środków do życia uchodźców znajdujących się w Smyrnie. (Office of the Historian)
Nie wszyscy byli tam od początku mieszkańcami miasta. Wielu było uchodźcami, którzy wcześniej uciekli z innych części Anatolii. Uciekli do Smyrny, ponieważ wydawała się najbezpieczniejszym miejscem. Teraz nie mieli już dokąd uciec. Niektórzy próbowali dostać się do morza. Niektórzy rzucali się do wody. Matki trzymały dzieci nad głowami. Ludzie próbowali dopłynąć do zagranicznych statków. Ale nie wszystkie jednostki podejmowały akcję ratunkową.
Polityka mocarstw była skomplikowana. Rządy chciały uniknąć kolejnego konfliktu i nie chciały prowokować zwycięskich tureckich nacjonalistów. W rezultacie pomoc przychodziła zbyt wolno. A czas uciekał.
Ale nie wszyscy odwrócili wzrok
I tutaj historia Smyrny ma również inną stronę. Nie wszyscy pozostali obojętni.
Amerykańscy marynarze, pracownicy organizacji pomocowych, misjonarze i pojedynczy ludzie podejmowali ogromne ryzyko, aby ratować uchodźców.
Jednym z nich był Asa Jennings — niewielki, fizycznie niepełnosprawny amerykański pastor metodystyczny i pracownik YMCA. Nie wyglądał jak człowiek, który miałby organizować wielką akcję ratunkową. A jednak właśnie to zrobił.
W sytuacji, w której wielu uważało, że nic już nie można zrobić, Jennings zaczął szukać sposobu na ewakuację uchodźców. Dzięki jego wysiłkom i współpracy z innymi udało się zorganizować flotyllę, która uratowała ogromną liczbę ludzi.
Amerykańskie dokumenty dyplomatyczne wskazują, że ostatecznie we wrześniu ze Smyrny ewakuowano ponad 200 tysięcy uchodźców, w dużej mierze dzięki działaniom amerykańskich przedstawicieli marynarki i organizacji pomocowych. (Office of the Historian)
To ważne. Bo historia Smyrny nie jest wyłącznie historią zbrodni.
Jest również historią ludzi, którzy zdecydowali się działać wtedy, gdy łatwiej było powiedzieć: „To nie mój problem”.
Okręty, które patrzyły
Najbardziej bolesnym symbolem Smyrny pozostały jednak statki stojące w porcie. Na ich pokładach byli marynarze. Była woda. Była przestrzeń. Były łodzie. Były możliwości. A na nabrzeżu byli ludzie.
Współczesny człowiek może zadać pytanie:
Dlaczego nie uratowano wszystkich?
Odpowiedź nie jest prosta.
Istniały rozkazy, ograniczenia polityczne i obawa przed konfrontacją z tureckimi nacjonalistami. Niektóre jednostki faktycznie pomagały w ewakuacji, a marynarze i pracownicy organizacji pomocowych ratowali ludzi. Nie można więc uczciwie powiedzieć, że „wszyscy tylko patrzyli”.
Ale pozostaje gorzka prawda: wielu ludzi, których można było próbować ratować, przez pewien czas pozostawało uwięzionych na nabrzeżu.
Amerykański dyplomata George Horton, który był w Smyrnie podczas katastrofy, zapisał później słowa, które stały się jednym z najbardziej przejmujących świadectw tamtych wydarzeń:
„Pozostało we mnie przede wszystkim poczucie wstydu, że należę do rodzaju ludzkiego”.
To zdanie wykracza poza Smyrnę. Dotyczy nas wszystkich. Bo historia ludzkości nie jest tylko historią tego, co robili zbrodniarze. Jest również historią tego, co robili — albo czego nie zrobili — ci, którzy mogli pomóc.
Ilu zginęło?
Dokładnej liczby ofiar prawdopodobnie nigdy nie poznamy. Szacunki różnią się znacznie.
Ludzie ginęli w wyniku masakr, pożaru, utonięć, chorób, głodu oraz późniejszych deportacji. Wielu chrześcijańskich mężczyzn zostało oddzielonych od rodzin i wysłanych do pracy przymusowej w głębi Anatolii. Dokumenty amerykańskie z września 1922 roku potwierdzają, że mężczyzn w wieku od 18 do 45 lat oddzielano od pozostałych uchodźców, a znaczna część została deportowana w głąb kraju. (Office of the Historian)
Jedno jest pewne: Smyrna, jaką znano przed 1922 rokiem, przestała istnieć.
Po pożarze niemal całkowicie zniknęła wielowiekowa chrześcijańska obecność, która była integralną częścią historii miasta.
Badania wskazują, że liczba chrześcijan w Smyrnie dramatycznie spadła w następnych latach — z setek tysięcy do zaledwie niewielkiej grupy. (Cambridge University Press)
Nie był to więc tylko pożar budynków. Był to koniec pewnego świata.
Smyrna i niezwykła ironia historii
I właśnie tutaj historia Smyrny staje się dla chrześcijan szczególnie przejmująca. Prawie dwa tysiące lat wcześniej Jezus powiedział chrześcijanom w tym mieście:
„Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota”.
Kościół w Smyrnie słyszał te słowa w świecie rzymskiego prześladowania.
Polikarp umarł jako świadek Chrystusa. A wiele wieków później chrześcijańska społeczność Smyrny ponownie znalazła się pod ogromną presją. Tym razem nie chodziło o jednego męczennika. Chodziło o całe społeczności. Domy. Rodziny. Szkoły. Kościoły. Cały sposób życia. I oto stała się rzecz niezwykle symboliczna.
Miasto, do którego Chrystus powiedział: „Bądź wierny aż do śmierci”, ponownie znalazło się między śmiercią a wiernością.
Nie oznacza to oczywiście, że każda ofiara z 1922 roku była chrześcijaninem wiernym Chrystusowi. Nie wolno romantyzować historii ani utożsamiać całej wspólnoty narodowej z Kościołem.
Ale nie można również zapominać, że w Smyrnie istniała starożytna i żywa wspólnota chrześcijańska, której korzenie sięgały czasów apostolskich.
„Bądź wierny aż do śmierci”
Historia Smyrny przypomina nam o czymś, o czym współczesny Kościół Zachodu łatwo zapomina. Chrześcijaństwo nie jest obietnicą życia bez cierpienia.
Chrystus NIE powiedział:
„Bądź wierny, a nic złego ci się nie stanie”.
Powiedział:
„Bądź wierny aż do śmierci”.
A następnie:
„A dam ci koronę żywota”.
Chrystus nie obiecuje swoim uczniom, że zawsze unikną ognia.
Obiecuje, że ogień nie będzie ostatnim słowem.
Nie obiecuje, że wierzący zawsze uniknie prześladowania.
Obiecuje, że śmierć nie będzie końcem.
Nie obiecuje, że ziemskie miasto przetrwa.
Obiecuje miasto, którego nie zniszczy żaden człowiek.
Smyrna nie jest ostatnim słowem
Kilka tysięcy lat historii może zostać zniszczonych w ciągu kilku dni. Domy mogą spłonąć. Kościoły mogą zostać zburzone. Biblioteki mogą zniknąć. Ludzie mogą zostać wypędzeni. Całe społeczności mogą zostać rozproszone. Ale Ewangelii nie można spalić.
Można spalić budynki kościoła i biblie.
Ale nie można unicestwić Chrystusa.
Można zamknąć szkołę.
Nie można zamknąć Słowa Bożego.
Można wypędzić chrześcijan z miasta.
Nie można wypędzić Chrystusa z Jego Kościoła.
Dlatego historia Smyrny jest jednocześnie historią niewyobrażalnej tragedii i przypomnieniem o nadziei. Bo ostatnie słowo nie należy do ognia. Nie należy do nacjonalizmu, armii, polityków. Nie należy nawet do śmierci.
Ostatnie słowo należy do Chrystusa.
Ten sam Jezus, który powiedział:
„Bądź wierny aż do śmierci”,
powiedział również:
„Byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i Hadesu”.
To jest chrześcijańska nadzieja. Nie taka, która udaje, że tragedia nie istnieje. Ale taka, która patrzy na tragedię i mówi: śmierć nie wygra.
Smyrna spłonęła. Jej dzielnice zniknęły. Jej mieszkańcy zostali zabici, wypędzeni albo rozproszeni. Ale Chrystus, który przemawiał do Kościoła w Smyrnie, nie został spopielony.
I Jego obietnica również nie spłonęła. Nam, dzisiaj, może nie grozić taka nagła zagłada, ale waga obietnicy pozostaje również i dla nas:
„Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz