czwartek, 26 lutego 2026

Eunuch i Filip | dylematy, depresje, rozterki, rozczarowanie i Ewangelia

link do slajdow:

https://docs.google.com/presentation/d/1DR2n_ftgkgWbzKVn432cSZQAyW9doTApsoafg5Md5TM/edit?usp=sharing 

link do audio: https://open.spotify.com/episode/5YMpAoouUWVlUT3zsiP8Gf?si=6-DsoMv-QhG2FnPG7YHuVw

 Cienie pałacu Kandaki


W sercu Meroe, gdzie Nil rozlewał się leniwie po czarnych glebach Nubii, wznosił się pałac królowej Kandaki – istny labirynt z piaskowca i cedru, opleciony winoroślą i złotem. Tu, wśród szelestu jedwabnych gobelinów i woni mirry, eunuch – bezimienny dla historii, lecz dla swych poddanych „Strażnik Skarbów” – spędzał noce w samotności. Jego komnata, największa w haremie, była paradoksem: ściany obwieszone mapami królestw, podłoga usłana futrami lwów, a na stole stosy papirusów z wyliczeniami – złoto z Punt, kość słoniowa z interioru, szmaragdy z Egiptu. Wszystko to spływało do skarbca pod jego pieczą, czyniąc go bogatszym niż faraonowie. A jednak, gdy gasły lampy oliwne i cichły kroki strażników, eunuch czuł, jak w jego piersi rośnie pustka – głębsza niż koryto rzeki w porze suchej.


Nie zawsze tak było. Pamiętał dzień, gdy jako chłopiec, syn nomadów z pogranicza, został wybrany. „Dla pałacu” – powiedzieli kapłani Amuna, wiążąc go na ołtarzu pod nożem kata. Ból przeszył go jak błyskawica, ale przetrwał. Przetrwał, bo eunuchowie nie umierali – stawali się wieczni, lojalni, bez dziedziców, bez słabości. Królowa Kandaki, mądra i bezwzględna, powierzyła mu skarbiec, bo wiedziała: tacy jak on nie zdradzą, nie zbudują własnej dynastii. Był jej cieniem, jej mieczem, który pilnował nie tylko liczb. W nagrodę miał wszystko: harem niewiast, dla których był kimś pomiędzy bratem a ojcem, miał uczty, gdzie miód lał się strumieniami, i władzę, przed którą kłaniali się wodzowie plemion.


Ale co z jego duszą? W ostatnich miesiącach sny nawiedzały go coraz częściej – wizje pustyni, gdzie piasek pochłaniał lśniące złoto, a w oddali majaczyła świetlista postać, wyciągająca dłoń. Słyszał rozmowy kupców z Judei, którzy w karawanach przynosili nie tylko przyprawy, ale i opowieści. „Bóg Izraela – mówili – nie jest jak Amun czy Izyda. On nie mieszka w posągach. On jest stwórcą wszystkiego. Gdy obcy pytał: „Który to bóg was wyprowadził z Egiptu?”, odpowiedź brzmiała: „Nie ma innego Boga. Jest tylko Jeden – Ten, który stworzył niebo i ziemię, a nas wybrał spośród wszystkich narodów”. 

Ale, dodawali niechętnie: Już Abraham usłyszał od Boga: „W tobie będą błogosławione wszystkie plemiona ziemi” (Rdz 12,3). Mojżesz powtarza to kilkakrotnie (np. Pwt 4,6-8): „Przestrzegajcie ich [praw i przykazań] i wypełniajcie, bo one są waszą mądrością i rozumem w oczach narodów; one usłyszawszy o wszystkich tych prawach, powiedzą: «Tylko ten wielki naród jest narodem mądrym i rozumnym»”.


A z jakim zachwytem opowiadali o świątyni swego Boga: „najpiękniejszy budynek świata”, „miejsce, gdzie mieszka Bóg”. 

Ale byli też tacy, którzy mówili z goryczą i krytyką: „jaskinia zbójców”, „świątynia ludzka, nie Boża”.

Dla wielu pielgrzymów zetknięcie się z tym rozdźwiękiem – piękno zewnętrzne kontra duchowa pustka – mogło być szokiem. Ale o tym nie mówili za dużo. Choć zdarzyło się usłyszeć o pewnym Jezusie, który wyraził drastyczne rozczarowanie świątynią Heroda i powiedział, że  on jestem świątynią. 


Jaka jest ta świątynia w Jerozolimie? A może tam znajdę bramę do wiecznego szczęścia. Te słowa paliły jak żar pustyni. Eunuch, choć nigdy nie miał syna, marzył o dziedzictwie – niekoniecznie ciała i krwi, lecz dziedzictwie prawdy. Czy bogactwo i władza to jedyna prawda, czy też perfidna iluzja? Jego ciało, okaleczone dla władzy i ziemskich korzyści było symbolem większej rany – oddzielenia od Boga, od pełni życia? „Dlaczego mnie to spotyka, poniżenie z jednej strony, wywyższenie z drugiej... a mimo wszystko poczucie, że musi być coś większego, coś co nadaje życiu sens?” – pytał w ciszy, patrząc na swoje okaleczone ciało. W księgach egipskich eunuchowie byli strażnikami łoża, skarbów i władcy, ale w tych żydowskich? 


Z jednej strony Wykluczeni, bardziej nieczyści niż trędowaci. Pismo, które kupcy cytowali potajemnie – mówiło: „Nie wejdzie wykastrowany do zgromadzenia Pańskiego”. Nawet w Jerozolimie, u progu świętości, miałby być outsiderem? 


A z drugiej strony czy to nie ten sam Bóg ustami psalmisty mówi, że słyszy wołanie Etiopczyków czyli ludu z ziemi Kusz? Czy ten Bóg Izraela, słyszy wołanie obcego, okaleczonego, czarnego jak noc nad sawanną Etiopczyka i naprawdę sięgnie po niego?


Ps. 68 (29)  O Boże, okaż Twoją potęgę, potęgę Bożą, z jaką działałeś dla nas

 (30)  z Twej świątyni nad Jeruzalem! 

Niech królowie złożą Tobie dary! 

(31)  Napełnij grozą dzikiego zwierza w sitowiu i stada bawołów, z cielcami narodów. 

Niech padną na twarze przynoszący srebro; rozprosz narody, co z wojen się cieszą. 

(32)  Niechaj z Egiptu nadejdą możnowładcy, 

niech Kusz wyciągnie swe ręce do Boga. 

(33)  Śpiewajcie Bogu, królestwa ziemi, zagrajcie Panu, 

(34)  który przemierza niebo, niebo odwieczne. 

Oto wydał głos swój, głos potężny: 

(35)  Uznajcie moc Bożą! 

Jego majestat jest nad Izraelem, a Jego potęga w obłokach. 

(36)  Grozę sieje Bóg ze swej świątyni, Bóg Izraela; 

On sam swojemu ludowi daje potęgę i siłę. 

Niech będzie Bóg błogosławiony!


Rozterki te gryzły go jak hieny padlinę na pustyni. Z jednej strony, podróż do Jerozolimy była szaleństwem. Ponad dwa tysiące kilometrów przez pustynie, z karawaną stu wielbłądów, strażnikami i darami – skrzyniami złota, by zyskać przychylność kapłanów. Ryzyko: rozboje Beduinów, burze piaskowe, a po co? By stanąć u wrót świątyni i popatrzeć na dym ofiar z oddali - jak pies na ucztę panów? 


Królowa Kandaki, gdy o tym wspomniał, uniosła brew: „Strażniku, skarbiec nie lubi pustek. A ty? Czy twoje serce jest wypełnione skarbem, czy grobowcem pełnym trupich kości?”. Jej słowa trafiły w sedno. On, który liczył monety dla niej, nie umiał policzyć wagi własnych dni – ile ich zmarnował na odkrywanie intryg, na strach przed kimś lepszym od siebie, który mógłby go zastąpić? Ile dni jeszcze mu zostało? Co nastąpi potem? A może tam, w Ziemi Świętej, znajdzie głos proroków – Izajasza, który obiecywał eunuchom „miejsce i imię lepsze niż to, które zajmują synowie i córki”? Co, jeśli to nie rytuały, lecz prawda o Bogu, który leczy upokorzonych, jak mówił ten żydowski Mesjasz, o którym szeptano w karawanach? 


________


Te słowa, choć eunuch ich jeszcze nie znał, odbijały się echem w jego myślach. Czy ryzykować? Zostawić pałac, gdzie jest kimś, i ruszyć w nieznane, gdzie może być tylko żebrakiem duszy? Nocą, pod baldachimem z gwiazd, podjął decyzję. „Jeśli nie teraz – szepnął – to nigdy. Nie dla złota, lecz dla światła, piękna, pokoju, radości…”.


Następnego ranka karawana ruszyła. Eunuch wsiadł do swego wozu, ściskając w dłoni zwój z opowieściami o Izraelu. Przed nim kilka miesięcy wędrówki po pustyni, ale na końcu Jerozolima – i nadzieja, że tam, wśród kamieni i modlitw, znajdzie nie tylko Boga, lecz siebie. Czego się spodziewał? Objawienia, głosu z nieba, uzdrowienia ran widzialnych i niewidzialnych. Nie wiedział, że pustynia jeszcze go zaskoczy – ale to już inna opowieść.



Świątynia, której nie było


Droga z Jaffy do Jerozolimy wiła się stromymi zboczami Gór Judzkich. Karawana wspinała się powoli, a eunuch, wysiadając co jakiś czas z wozu, czuł, jak serce bije mu coraz mocniej. Od dawna wyobrażał sobie to miejsce. Kupcy z Aksum opowiadali o nim szeptem, jakby bali się, że sam opis zbezcześci świętość: ogromna góra, na której stoi dom samego Boga Żywego; mury tak wysokie, że zasłaniają niebo; złote wierzchołki błyszczące w słońcu jak drugi Słońce; dym ofiar unoszący się dzień i noc, zapach kadzidła tak gęsty, że można go kroić nożem. Mówili o arce przymierza (choć już jej nie było - Arka Przymierza zniknęła z Jerozolimy w 586 r. p.n.e. – podczas zburzenia Pierwszej Świątyni przez Babilończyków pod wodzą Nabuchodonozora II.), o cherubinach ze skrzydłami z czystego złota, o kapłanach w białych szatach, których głosy sprawiają, że drży ziemia.


„Tam – powtarzał sobie w myślach – tam Bóg naprawdę mieszka. Jeśli wejdzie się do środka, już nigdy nie będzie się takim samym. Tam nawet eunuch może zostać uzdrowiony, może odzyskać to, co mu odebrano. Tam Bóg spojrzy na serce, a nie na ciało”.


Im bliżej był miasta, tym bardziej drżał. Kiedy w końcu, zza zakrętu drogi, ukazała się Jerozolima – najpierw wieża Dawida, potem złoty blask dachu świątyni – upadł na kolana w pyle drogi. Strażnicy myśleli, że to ukłon przed królem Dawidem; on wiedział, że to ukłon przed Tym, który miał tam mieszkać.


Ale potem przyszła rzeczywistość.


Najpierw – brama. Jako prozelita, poganin, który przeszedł na wiarę Izraela, mógł wejść tylko na Dziedziniec Pogan. Dalej – mur ostrzegawczy z napisami po grecku i łacinie: „Żaden obcy nie przekroczy balustrady i ogrodzenia wokół świątyni. Kto zostanie schwytany, sam będzie winien swojej śmierci”. Te słowa uderzyły go jak policzek. Był zarządcą skarbów królowej, przed którą kłaniały się narody – a tu stał jak żebrak za płotem.


Potem – hałas. Nie mistyczna cisza, jakiej się spodziewał, lecz targowisko. Stoiska z gołębiami, barankami, kantory wymiany pieniędzy. Kapłani w białych szatach przechodzili obok, nie patrząc na niego – czarnego, obcego, eunucha. Dym kadzidła mieszał się z zapachem zwierzęcych odchodów. Gdzieś ktoś krzyczał o cenie ofiary.


Wszedł na Dziedziniec Pogan i stanął pod kolumnadą Salomona. Patrzył w stronę Świętego Świętych – oddzielonego zasłonami, do którego nie wejdzie nigdy. I wtedy przyszło rozczarowanie – nie głośne, nie dramatyczne, lecz ciche, głębokie, jak zapadająca się studnia.


„Gdzie On jest?” – pytał w duchu. „Gdzie jest Bóg, który miał tu mieszkać? Widzę świątynię, ale nie widzę Obecności”.


W tym właśnie momencie, jak zauważa Tim Keller, eunuch przeżywa coś, co przeżywa wielu religijnych ludzi: kryzys „świątyni zbudowanej rękami”. Keller pisze: „Etiopczyk przyjechał do Jerozolimy z nadzieją, że rytuał i miejsce dadzą mu dostęp do Boga. Odkrył, że świątynia jest pusta – nie dlatego, że Bóg ją opuścił, ale dlatego, że prawdziwa świątynia miała dopiero nadejść w Osobie Jezusa Chrystusa. Jego rozczarowanie nie było przypadkowe – było przygotowaniem serca na spotkanie z Tym, który jest Świątynią”.



John Piper dodaje: „Bóg celowo pozwolił, żeby świątynia Heroda była piękna, ale martwa. Eunuch miał zobaczyć chwałę budynku – i jednocześnie jej brak. To doświadczenie pustki jest łaską. Bóg nie chciał, żeby znalazł Go w marmurze i złocie, ale w Słowie i w Duchu. Rozczarowanie świątynią było pierwszym krokiem do prawdziwego nawrócenia”.


Eunuch stał długo. Patrzył, jak kapłani wchodzą i wychodzą, jak ludzie składają ofiary, jak wszystko dzieje się zgodnie z Prawem – i czuł się bardziej samotny niż kiedykolwiek w pałacu Kandaki. Bo zrozumiał: nawet gdyby pozwolono mu wejść dalej, nawet gdyby był Żydem z pokolenia Lewiego, nawet gdyby jego ciało było całe – i tak nie znalazłby tu Boga. Bóg nie mieszkał już w tej świątyni. Albo… może nigdy w niej nie mieszkał tak, jak sobie wyobrażał.


Wyszedł z dziedzińca z ciężkim sercem. Kupił zwój Izajasza od uczonego w bramie – więcej z rozpaczy niż nadziei. „Jeśli nie w świątyni – pomyślał – to może chociaż w tych słowach coś znajdę”.


Nie wiedział jeszcze, że rozczarowanie, które czuł w cieniu złotych murów, było najpiękniejszym darem, jaki mógł otrzymać w Jerozolimie. Bo dopiero pustka po „świątyni” otworzyła w nim miejsce na Tego, który miał przyjść do niego na pustynnej drodze – nie w blasku złota, lecz w prostocie Słowa i wody chrztu.


I gdy wóz ruszał w stronę Gazy, eunuch po raz pierwszy od wielu lat płakał – nie z żalu, lecz z dziwnej, niejasnej jeszcze nadziei.



Spotkanie na pustynnej drodze


Słońce paliło bezlitośnie nad pustynią prowadzącą z Jerozolimy do Gazy. Karawana etiopskiego dostojnika posuwała się wolno – wielbłądy obładowane skrzyniami z darami, strażnicy w lśniących napierśnikach, a pośrodku bogato rzeźbiony wóz zaprzężony w białe konie. W środku siedział on – wysoki, smukły mężczyzna o hebanowej skórze, w szatach z najdroższego bisioru przetykanego złotem. Na palcach błyszczały pierścienie z ogromnymi szafirami, na szyi ciężki naszyjnik z lwimi kłami. Był zarządcą wszystkich skarbów królowej Kandaki, jej prawą ręką, człowiekiem, przed którym drżały całe prowincje.


A jednak w jego oczach tliła się jakaś dziwna pustka.


Przez wiele tygodni jechał do Jerozolimy – przez pustynie, przez góry. Słyszał o Bogu Izraela, o Jego cudach, o obietnicach zapisanych w świętych zwojach. Myślał: „Jeśli jest gdzieś prawdziwy Bóg, to właśnie tam Go znajdę”. Stał w przedsionku świątyni – dalej nie wolno mu było wejść, bo był nie tylko obcokrajowcem, ale i eunuchem. Patrzył na dym kadzideł, słuchał śpiewów kapłanów, dotykał zimnych kamieni murów. I nic. Żadnego głosu. Żadnego drgnięcia w sercu. Tylko echo własnych kroków i gorzki smak rozczarowania.


Wrócił więc do wozu bogatszy o jeden zwój – księgę proroka Izajasza, kupioną za bajońskie sumy od jakiegoś uczonego w bramie miasta. Rozwinął ją na kolanach i czytał na głos, powoli, sylaba po sylabie, choć słowa były dla niego jak zamknięte perły.


„Izaj 53:2-6: 2 Wyrósł bowiem przed nim jako latorośl i jako korzeń z suchej ziemi. Nie miał postawy ani urody, które by pociągały nasze oczy, i nie był to wygląd, który by nam się mógł podobać. 3 Wzgardzony był i opuszczony przez ludzi, mąż boleści, doświadczony w cierpieniu jak ten, przed którym zakrywa się twarz, wzgardzony tak, że nie zważaliśmy na niego. 4 Lecz on nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie. A my mniemaliśmy, że jest zraniony, przez Boga zbity i umęczony. 5 Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni. 6 Wszyscy jak owce zbłądziliśmy, każdy z nas na własną drogę zboczył, a Pan jego dotknął karą za winę nas wszystkich…”


Podniósł wzrok. Co to znaczy? Kto to jest ten „On”? Dlaczego milczy jak owca? Dlaczego cierpi za innych? Głos mu się łamał. Czytał dalej, choć nic nie rozumiał, bo coś w tych słowach paliło go od wewnątrz – jak rozżarzony węgiel włożony do serca.


Wtem usłyszał kroki. Ktoś biegł za wozem – młody mężczyzna w prostej tunice, spocony, z kurzem na stopach.


– Czy rozumiesz, co czytasz? – zawołał nieznajomy, nie czekając na pozwolenie.


Etiopczyk uniósł brew. Strażnicy już sięgali po miecze, ale coś w głosie przybysza kazało mu podnieść rękę.


– Jakże mogę rozumieć, jeśli mi nikt nie wyjaśni? – odparł z godnością, ale w jego głosie brzmiała prawdziwa tęsknota. – Wejdź i usiądź przy mnie.


Filip wszedł do wozu. Zapach drogich olejków zmieszał się z zapachem pustynnego potu. Ewangelista pochylił się nad zwojem i zaczął czytać dalej, cicho, ale z taką mocą, że wielbłądy jakby zwolniły kroku.


– To o Nim mówił Izajasz… O Jezusie z Nazaretu. O Tym, który nie miał wdzięku ani blasku, aby na Niego patrzono… Którego przebodli za nasze występki… Który poniósł choroby nasze, a myśmy Go za nic mieli…


Etiopczyk słuchał, a jego dłonie drżały na zwoju. Widział nagle wszystko: rzymskie gwoździe, purpurową szatę drwiny, koronę z ciernia, krzyż na Golgocie. Widział Baranka Bożego, który nie otworzył ust swoich, gdy Go prowadzono na śmierć. Za niego. Za jego pychę, za jego samotność, za wszystkie te lata, gdy miał wszystko – oprócz życia.


– A więc to On… – wyszeptał. – To On jest tym prawdziwym Bogiem, którego szukałem w świątyni?


Filip skinął głową.


– On zmartwychwstał. Żyje. I chce, żebyś Go przyjął. Nie jako sługa, nie jako poddany – jako syn.


Wóz zatrzymał się nagle. Przed nimi, w rozżarzonym piasku, błyszczała wąska struga wody – źródło pośród pustyni, jakby samo niebo je tam postawiło.


– Oto woda! – zawołał Etiopczyk, a w jego głosie brzmiała dziecięca radość. – Cóż stoi na przeszkodzie, abym został ochrzczony?


Filip spojrzał na niego i uśmiechnął się.


– Jeśli wierzysz z całego serca, możesz.


– Wierzę – powiedział dostojnik, a jego głos nie drżał już. – Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym.


Zszedł z wozu. Zrzucił ciężki płaszcz z purpury, pierścienie, naszyjnik – wszystko leżało w piasku jak niepotrzebny balast. W prostej lnianej tunice wszedł do wody. Gdy Filip zanurzył go w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, coś pękło w jego piersi – jakby stare serce z kamienia rozpadło się na kawałki, a na jego miejsce wlało się coś żywego, gorącego, nie do opisania.


Gdy wyszli na brzeg, Filip zniknął – tak nagle, jak się pojawił. Etiopczyk stał sam, ociekając wodą, ale nigdy w życiu nie czuł się tak bogaty. Wsiadł z powrotem do wozu, ale już nie był tym samym człowiekiem. Strażnicy patrzyli z osłupieniem – ich pan śmiał się głośno, jak dziecko, i śpiewał dziwną, radosną pieśń w nieznanym im języku.




Do końca drogi – przez Gaze, aż do pałacu królowej Kandaki – niósł w sercu skarb większy niż wszystkie złoto Meroe. Znalazł Go nie w złoconych świątyniach, nie w rytuałach i ofiarach.


Znalazł Go w prostych słowach proroka i w jeszcze prostszej wierze: że Jezus umarł za niego i zmartwychwstał – dla niego.


I to wystarczyło na całe życie.


_______

Eunuch, to symbol głodu transcendencji – bogaty, wpływowy, a jednak marginalizowany, szukający Boga poza murami kultur i ras. „Ewangelia jest inkluzywna bo Chrystus burzy bariery, lecz jest też ekskluzywna, bo tylko On jest drogą. Eunuch nie szukał lepszej formy religii, lecz lepszego bóstwa, lepszej Osoby, która wypełni pustkę”.


To spotkanie na pustyni, podkreśla Bożą suwerenność: nawet religijny, pobożny człowiek, jak eunuch, nie zbawi się sam. „On być może stał się prozelitą po to by czcić Boga w Jerozolimie, ale zbawienie przyszło nie w świątyni a na pustkowiu. Bóg prowadzi nas nie przez nasze plany, lecz przez pustynię serca”. 




 





Brak komentarzy: