Peter Leithart - Dziwne gałązki w Drzewie genealogicznym Mesjasza
Kobiety w życiu Mesjasza wg Mateusza
Na początku Ewangelii Mateusza nie ma blasku betlejemskiej gwiazdy ani chóru anielskiego. Jest tylko lista imion – sucha, prozaiczna, niemal urzędowa. „Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama”. I dalej: Abraham zrodził Izaaka, Izaak Jakuba, Jakub Judę… aż do Józefa, męża Marii.
Dla wielu czytelników to najnudniejszy fragment Nowego Testamentu. Ale właśnie w tej nudzie kryje się coś nieoczekiwanego, coś, co nie pozwala przejść obojętnie.
Mateusz zaczyna od „genesis” – greckiego słowa, które oznacza zarówno „rodowód”, jak i „początek”. To samo słowo, które otwiera Księgę Rodzaju. Nie jest to przypadek. Ewangelista świadomie nawiązuje do stworzenia świata: oto nowy początek, nowa geneza ludzkości. Ale tym razem nie w idealnym ogrodzie, lecz w splątanej, poranionej historii ludzkich rodzin.
Wśród długiego łańcucha męskich imion nagle pojawiają się cztery kobiece: Tamar, Rachab, Rut i „ta, która była żoną Uriasza” – Batszeba. Ich obecność jest szokująca. W starożytnych genealogiach kobiety pojawiały się rzadko, a już na pewno nie te o wątpliwej reputacji.
Tamar przebrała się za nierządnicę, by wymóc na własnym teściu prawo do potomstwa. Rachab była kananejską prostytutką, która zdradziła swoje miasto, by ratować izraelskich szpiegów. Rut, Moabitka pochodząca z linii kazirodczej (córki Lota), uwiodła – wprawdzie subtelnie, ale zdecydowanie – starszego Boaza na klepisku. Batszeba stała się kochanką Dawida, a potem jego żoną po tym, jak król wysłał jej męża na pewną śmierć.
Cztery skandale. Cztery kobiety, których imiona mogłyby być wymazane z pamięci, by nie plamić rodu Mesjasza. A jednak Mateusz je wymienia. I to z imienia – wszystkie oprócz Batszeby, którą nazywa „żoną Uriasza”, jakby chciał przypomnieć, że Dawid nie tylko cudzołożył, ale i mordował.
Dlaczego?
Bo Mesjasz nie przychodzi z dala od tych skandali. On przychodzi przez nie.
Jego rodowód nie jest sterylną linią świętych patriarchów. Jest pełen pęknięć, zdrad, przemocy i grzechu. I właśnie w tych pęknięciach Bóg działa najdziwniej. Tamar walczy o sprawiedliwość w świecie, który jej odmawia. Rachab ryzykuje życie, bo uwierzyła w Boga Izraela. Rut porzuca swój naród i bogów, by związać się z ludem Bożym. Batszeba – choć ofiara królewskiej żądzy – staje się matką Salomona, największego króla Izraela.
Ale jest jeszcze coś więcej.
Wszystkie cztery kobiety to poganki. Albo same pochodzą z narodów pogańskich, albo są związane z poganami. Tamar i Rachab – Kananejki. Rut – Moabitka. Batszeba – żona Chetyty Uriasza. Mateusz pomija „prawowite” matriarchini: Sarę, Rebekę, Rachelę, Leę. Zamiast nich wybiera te, które stoją na marginesie.
To nie przypadek.
Już w rodowodzie Jezusa Bóg ogłasza, że Mesjasz nie będzie wyłącznie żydowskim królem. On będzie synem Abrahama w najgłębszym sensie – tym, w którym Abraham miał stać się ojcem wielu narodów. Nie przez czystość krwi, ale przez łaskę, która przekracza granice etniczne, religijne i moralne.
Jezus nie musi czekać do Pięćdziesiątnicy, by włączyć pogan do swojego ludu. On już ich ma w sobie – w swoim ciele, w swojej krwi. Jego genealogia jest sakramentem uzdrowienia podziału, który zaczął się pod wieżą Babel. Jeszcze zanim wypowie pierwszą przypowieść, zanim dokona pierwszego cudu, jest już znakiem pojednania.
I to pojednanie nie jest abstrakcją. Jest cielesne, konkretne; jest nieczystą mieszanką krwi, która płynie w żyłach Zbawiciela.
Ewangelia Mateusza kończy się nakazem: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody”. To nie jest nowa idea, która nagle pojawiła się na końcu. To jest konsekwencja tego, kim Jezus jest od samego początku – od poczęcia. Jego ciało już było Kościołem w miniaturze: żydowskie i pogańskie, święte i zranione, czyste i splamione.
Adwent to nie tylko wspomnienie narodzin w Betlejem. To celebracja nowego początku ludzkości – takiego, w którym nie ma już podziału na „my” i „oni”. W Jezusie rodzi się „jeden nowy człowiek”, jak powie później Paweł. Człowiek, w którym Babel zostaje odwrócona, a rany historii zaczynają się goić.
Dlatego rodowód Mateusza, tak pozornie nudny, jest w istocie jednym z najodważniejszych tekstów Nowego Testamentu. Nie ukrywa grzechu przodków Mesjasza. Nie udaje, że Bóg działa tylko w czystych liniach. Pokazuje, że Bóg wchodzi w najgorsze ludzkie uwikłania – i właśnie tam przygotowuje zbawienie.
Bo Mesjasz nie przychodzi do tych, którzy nigdy nie upadli. Przychodzi do tych, którzy upadli – i do tych, którzy upadli razem z nimi.
Mat 5:3-4: 3 Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebios. 4 Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
I w tym jest cała nadzieja.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz